Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

         

  WIZYTÓWKA  GALERIA [17]  PRZYJAC. [1521]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Jarek42
Pamiętnik internetowy
Biegnę więc jestem, jestem więc biegnę

Jarek Kosoń
Urodzony: 1962----
Miejsce zamieszkania: Kołczewo
146 / 155


2018-05-28

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
II Maraton po Plaży. Towarzysko i samotnie (czytano: 1111 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: https://www.facebook.com/maratonpoplazy/

 

Drugi maraton, ale tak naprawdę pierwszy po prawdziwej piaszczystej plaży na samej linii brzegowej, bo pierwszy był po twardej, zamarzniętej, przebiegniętej gdzieś środkiem. Przekonałem się na własnej skórze (chyba bardziej własnych nogach), że ten odcinek plaży jest bardzo trudny do biegania ze względu na częste duże nachylenia na linii brzegowej, gdzie jest stosunkowo twardo, bo już ciut dalej jest grząski piach.

Przygotowania do maratonu nie były zbyt intensywne, bo ostatnie duże wybieganie na treningu było 11 maja - 20 km i 13 maja - 25 km, a 19 maja przebiegłem półmaraton na zawodach. Dzień przerwy po półmaratonie i 4 szósteczki po górkach z szybkimi podbiegami bardziej jako przygotowanie do biegu DLB (2 czerwca) niż jako odpoczynek przed maratonem. Był makaron z gulaszem przed półmaratonem i był makaron z gulaszem po półmaratonie. Dzień przed maratonem jeszcze dodatkowo na kolację. Zamakaroniłem się więc, czyli węglowodanów miałem dość.

Start - niedziela 27 maja, godzina 10:00.
Zbudziłem się bardzo wcześnie, gdzieś koło piątej. Trochę internetu, ważenie - 74,9 kg i koło szóstej śniadanie. Spakowałem się, przygotowałem plecaczek biegowy do startu - do bukłaczka ponad litr wody, dwa banany i 4 wafelki. Jeszcze gorąca herbata do termosu i gdzieś o godzinie 8:45 wyjazd samochodem. Na miejscu startu byłem po 9. Dużo czasu jeszcze było, więc przespacerowałem się do falochronu i z powrotem. 9:20 byłem na miejscu i czekałem na startujących.

Niestety frekwencja nie dopisała. Przyjechał Zdzisiek i Dorota Kowalscy z obstawą w postaci córki i jej kolegi i to byli wszyscy uczestnicy, oprócz mnie oczywiście. Dlaczego tak się stało? Dużo można by było mówić. A to w okolicy były inne biegi, a to za tydzień będzie maraton w Szczecinie, a to ludzie planują starty z dużym wyprzedzeniem, a to to, a to tamto. Ale przewidziałem to i można było przebiec krótszy dystans, od 1 kilometra w górę. Zastanawiam się nad sensem tych biegów, bo i plaża nie jest zbyt dobrym podłożem do biegania i chętnych brak. Ludzie potrzebują biegów, gdzie zapłacą, poda im się wszystko do ręki, dostaną pamiątkowy medal, koszulkę i jak najwięcej innych gadżetów. Później może przekonają się, że to jest mało warte, bo przecież najwięcej jest warte samo bieganie.

Ale czas wrócić do rzeczywistości. O 9:50 wyruszyliśmy na miejsce startu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia i o godzinie 10:08 wystartowaliśmy. Znaczy się Dorota i Zdzisiek pobiegli nieco wcześniej, bo ja włączałem endomondo i telefon musiałem schować do plecaka. Nie chciało mi się go trzymać na ręce. Czas i tak każdy sobie mierzył. Ja za pomocą stopera w zegarku, no bo jak tu dokładnie zmierzyć czas za pomocą telefonu, gdy ma się go schować? Mógłbym sobie oczywiście kupić zegarek z GPS-em, ale po co? Na treningu dystanse mam obmierzone, a na zawodach telefon wystarczy.

START
Ruszam niezbyt szybko, ale tak by dogonić Dorotę i Zdziśka. No i po krótkim czasie dogoniłem. Jakoś nie chciało mi się biec samemu, więc postanowiłem biec z nimi. Zrobił się bieg towarzyski. Mieliśmy czas na pogawędki i robienie zdjęć. Dobiegamy do Międzywodzia, potem dalej Świętouść, latarnia Kikut (której jakoś nie zobaczyłem) i Wisełka. Tutaj spotykamy "obstawę" Zdziśka i Doroty. Robią nam pamiątkowe zdjęcia i chyba dlatego był to najgorszy kilometr biegu - 8:02. Ruszamy dalej. Dorota jest po chorobie, więc uważa, żeby nie zamoczyć sobie nóg. Ale i tak to na marne, bo miejscami biegnie się wąskim pasem twardego piasku i fale chcąc nie chcąc zalewają nam nogi. Woda jest lodowata, ale jest to przyjemna ulga dla nóg. Na początku była lekka mgła, ale teraz słońce już zaczyna operować. Robi się coraz cieplej i musiałem zamoczyć głowę (w morskiej wodzie dla oszczędności wody pitnej). Najpierw robię to nieporadnie ręką (z dużą ilością piasku), potem zaczerpnąłem wodę do czapki i włożyłem na głowę. Wystarczyło to do półmetka, a potem już nie trzeba było, bo było pod wiatr i zimno. Biegniemy, biegniemy, dobiegamy do najwęższego i najpiękniejszego miejsca na trasie. Widzimy już Międzyzdroje w dalekiej oddali. Biegniemy, biegniemy... Wydaje się, że promenada jest na wyciągnięcie ręki, a to jeszcze spory dystans. Na plaży tak jest - odległości się bardzo skracają. Wreszcie już jest promenada. Dobiegam, dotykam filara (zgodnie z regulaminem) - czas 2:29:00.

Teraz druga część dystansu. Samotnie, bo Zdzisiek i Dorota kończą. Jest teraz pod wiatr. Nie za mocny, ale zawsze. Przyspieszam. 23 kilometr najszybszy - 6:03. Niestety plaża jest tak zrobiona, że na linii brzegowej, gdzie jest twardo jest spad - większy lub mniejszy. Tutaj często jest bardzo duży. W pierwszej połówce (biegnąc spadem z lewej na prawą) mi to jakoś nie przeszkadzało, natomiast z powrotem bardzo. Prawa noga nienaturalnie się układała i musiałem biec prawie kuśtykając, lewe kolano dostawało w kość, aż zaczęło boleć. Tak więc wyraźnie przyspieszyć nie mogłem. A i zmęczenie dawało się we znaki. Samotny bieg też nie nastrajał do jakiś szybkościowych szaleństw. Od 35 kilometra tempo spadło do powyżej 7 minut na kilometr. Złamanie 5 godzin już mogło być problemem. tak sobie biegnę i myślę - cóż to za nudny bieg. I wtedy właśnie przyroda mi odpowiedziała na to zagadnienie. Przyszły chmury i rozpadał się deszcz. Nie dość tego - zagrzmiało. Raz, ale zawsze. No i mogło być mniej nudnie, ale na szczęście burzy nie było. Końcówka. Banany zjadłem wcześniej i przyszedł czas na wafelki. Zjadłem, popiłem wodą. Dotykam plecaka, a tam czuję jeszcze sporo wody. Napiłem się więc jeszcze no i tak dotarłem do Międzywodzia. Stąd jeszcze 2,5 kilometra. Przyspieszam, żeby przynajmniej te 5 godzin złamać. Falochron coraz bliżej i tak sobie skalkulowałem, że mogę zrobić gdzieś 4:55. 42 kilometr - 6:26, 43 - 6:10. Czyli szybciej, coraz szybciej.
META

Przeczucie mnie nie zawiodło. Pomyliłem się o 3 sekundy. Czas 4:55:03. Chciałem złamać 4:55, ale się nie udało. Wyciągam telefon, stopuję endomondo. Dystans, jak przypuszczałem, wyszedł większy niż maraton - dokładnie 43,36 km. Jakoś za bardzo zmęczony nie byłem. Powoli sobie doszedłem do samochodu. Tutaj przebrałem się, otworzyłem termos z gorącą herbatką i z lubością wypiłem całą zawartość przegryzając wafelkami i bułeczką. No i cała historia biegu się prawie zakończyła. Jeszcze krótki dojazd do domu, prysznic, gulasz z makaronem i wieczorem do pracy (znowu do Międzyzdrojów). W sumie dla mnie maraton ten skończył się na drugi dzień rano.

Podsumowując - świetny bieg. Pogoda też dopisała, bo na drugi dzień jest Sahara (w Kołczewie słonecznie i w cieniu 30 stopni). To był mój 29 maraton i pierwszy w którym druga połówka była szybsza od pierwszej (2:29/2:26). Nie będę pisał o negative split, bo przy takich prędkościach nie wypada, ale zawsze to coś.

... poniedziałek bez biegania, wtorek na trasie crossowej 6 km - 44 minuty, środa na tej samej trasie - 32:33, czwartek - 31:45. W sobotę start w DLB po lesie na dystansie 6,68 km i może zdążę się zregenerować.

... dyplom wydrukowany i powieszony na honorowym miejscu.

hostowane



III Maraton po Plaży już 10 czerwca 2018 roku, tym razem na stałym lądzie. Szczegóły na stronie Maratonu po Plaży.





Zdjęcie - to My w Wisełce. Zamiast biec fotografujemy się, ale to był błysk i dalej ruszyliśmy z kopyta :)

Link - strona Maratonu po Plaży

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
wolodia
09:57
rlebioda
09:56
damian.cabaj
09:55
Zielu
09:53
esperlando@onet.eu
09:50
Basia
09:47
FiKa
09:47
mizaj
09:45
Artur Walkowiak
09:42
eldorox
09:41
zziajany
09:39
henrykchudy
09:34
kucza1974
09:34
Admirał
09:32
BiegamPoBorach
09:23
Admin
09:22
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |