Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

          

  WIZYTÓWKA  GALERIA [70]  PRZYJAC. [88]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
snipster
Pamiętnik internetowy
rozrewolweryzowany rewolwer, stół z powyłamywanymi nogami...

Piotr Łużyński
Urodzony: 1977-05-23
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
291 / 293


2017-05-16

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
BIG25 Berlin - lot Ikara (czytano: 461 razy)

 

Lato, a w zasadzie ciepła pogoda zawsze wywołują u mnie romantyczne ciągotki, które powodują uczucie - jestem niezniszczalny i mogę wszystko! :)

Szybować jak ptak, zawsze o tym marzyłem w dzieciństwie kiedy spoglądałem w błękitne niebo.
Stado ptaków unoszących się w przestworzach...
zawsze jak patrzę w niebo to zdziera mnie lekka zazdrość, że one mogą tak swobodnie wszystko.

Wybrałem się do Berlina, aby polatać wśród innych człowieków. Marzyłem też o iskrze i paradoksalnie iskra była, aż za duża.

Weekend w ogóle pełny dziwnych emocji. W sobotę wpadłem na PKP przed 12tą kupić bilet, jednak zanim znalazłem właściwy pociąg, ten zdążył mi odjechać sprzed nosa, bo się okazało, że w Zielonej Górze wybudowali peron na zadupiu i w ukryciu, którego nie widać i jest nazwany tak samo, jak inny. Zielona Góra... Dawno tyle k... spod nosa nie rzuciłem :)
Cały mój plan logistyczny legł w gruzach. Musiałem szukać innego połączenia, które również miało feler w postaci przebiegu przez remontowany odcinek przed Berlinem - w efekcie dojazd zastępczym autobusem do jakiejś wiochy i stamtąd na SBahn i w Biurze Zawodów (Karstad) byłem 20 minut po tym, jak organizatorzy się zwinęli. Polazłem odreagować - popatrzeć i podotykać nowych kolekcji sportowych - wszak to duży sklep sportowy ten Karstad, a potem odreagować na makaron.

W drodze do hotelu zagadała mnie zagubiona Chinka z mamuśką chyba, która nie wiedziała jak się dostać do swojego hotelu, a miała tylko fotę z nazwą sprzed wejścia. Moje offline mapy wskazały, że to jest niedaleko, więc jako dżentelmen je odprowadziłem dzielnie asystując i cośtamcośtam rozmawiając co, kto, skąd i jak komu w życiu się układa ;)

Rano pobudka o 6:00, małe szybkie śniadanko - bułka z czymś tam z dnia poprzedniego, toaleta i w drogę. Na Stadionie byłem jakoś 7:40. Start o 10:00, więc miałem sporo czasu na załatwienie formalności. Na szczęście udało się odebrać pakiet startowy bez problemów i cały mój stres z tym związany dopiero minął.

Polazłem posiedzieć na stadion na trybunach...
Stadion sam w sobie jest jebitny i wrażenia są na poziomie wielkiego WOW.
Patrząc na to wszystko ma się świadomość jak to powstawało. Dzieło na życzenie człowieczka z lekkim wąsem, które było areną zmagań Igrzysk w 1936. Trochę się pozmieniało i jak człowiek na to patrzy to się zastanawia - jak Polacy mogli spieprzyć Stadion Narodowy, że nie zrobili bieżni jak tutaj wokół murawy.

Polazłem się przebrać, oddać rzeczy do depozytu, krótka rozgrzewka i do strefy. Nigdy tak blisko startu nie stałem :)
Start ulokowany sprzed bram stadionu. Ludzi sporo jednak widać, że jest to impreza typowo dla amatorów i pasjonatów ruchu, w porównaniu do półmaratony czy maratonu berlińskiego.
Moja strefa startowa liczyła na oko setkę ludzi i była pierwszą. Paru VIP stało gdzieś pomiędzy na przodzie, a reszta to takie harpagany jak ja, czyli żadne, aczkolwiek było paru mocnych lauferów i lauferzyc ;)

W oczekiwaniu na start, który się przeciągał o 10 minut trochę już płynąłem z potem. Słońce prażyło jak w sierpniu i powoli zamieniałem się z twardego kukurydza w popkorniczka. W zasadzie to był mój drugi tak ciepły dzień w tym roku - pierwszy był w Rotterdamie na maratonie, więc się nie liczy.

Start...
początek mega luźny i trochę z górki, tempo na początku 3:30 nie powodowało nawet dyszenia... zaciągnąłem ręczny i wyhamowałem w efekcie do 3:54 na pierwszym km.
Planowałem początek strzelić po 4:00 i od połowy zobaczyć co się będzie działo. Plany to jedno, a realia to drugie i niestety zacząłem dość szybko doświadczać tego. Plan, który sobie obmyślałem zakładał, że trasa będzie podobna co połówka, czy maraton, jednak nieco się różniła... a nawet mocno się różniła. Lekko z górki na początku, lekki wiaterek z boku i w plecy na początku. Do tego słońce z góry i patelnia i dziękuję :)

Początek więc leciałem na względnym luzie, bez zadyszki i orania w płucach, bo nie czułem się na taką orkę już od początku. Tempo mimo wszystko wskazywał lekki szokers: 3:54, 3:53, 3:52, 3:52. Fakt, że leciałem w małej grupce z 5 osób, w której leciała taka jedna szczupła łasica o niczym tu nie świadczy ;) z okazji wiaterku wolałem się ich trzymać, wszak nie pojechałem tam truchtać z bananem na twarzy, tylko nieco ambitniej sobie pobiegać.

Na 4km sporo osób odbiło w prawo, w stronę parku, a my lecieliśmy dalej prosto. Zasadniczo to pustki się zrobiły... zabawne uczucie mając świadomość, że to bieg w Berlinie, gdzie startuje tysiące osób. Trochę mniej niż w połówce czy maratonie, ale zawsze... :)
Od 5km skończyło się luźne bieganie i dosyć szybko zaczęło mnie przypiekać. Sytuacja zmieniała się w zasadzie od tego momentu dosyć szybko, co mnie mega dziwiło.

Nie biegam pół roku, żeby nie wiedzieć jak działa mój organizm przy upałach. Sądziłem, że lecę z bezpiecznikiem, jednak jak się okazało... moje bezpieczniki zaczęły się dosyć szybko palić i wyłączać jeden po drugim. Tempo lekko spadło do okolicy 4:00, poczułem lekką kolkę... co mnie również zdziwiło.
Może ta czekolada dzień wcześniej? aczkolwiek teraz stwierdzam, że to efekt przypiekania.

Po 8km odbijałem na trasę półmaratonu w prawo, w stronę parku Tiergarten, a ludziska lecący na 25km lecieli prosto do słynnej Bramy. Kilos po ścieżkach w parku mocno mnie wybił z tempem, które spadło do 4:12! Było już jak w piekarniku.
Trasa wyskoczyła z parku i wpadłem tuż obok tabliczki 13km (25km) i mój 9km. Od tego momentu było tylko ja, moje drugie ja, moje trzecie ja, rozpalony ciemny asfalt i wesołe słoneczko :)

Wyprzedził mnie jakiś gostek, chwilę pocisnąłem za nim, ale poczułem jak mi tętno drastycznie pikuje do góry i odpuściłem. Po pół kilometrze ten jegomość oklapł jak zgaszony papieros i minąłem go z prędkością TGV.
W zasadzie od tego momentu była już męczarnia. Czasem lokalesi siedzący na fotelikach po bokach trasy, czy w przydrożnych knajpach coś tam krzyczeli, lecz ciężko było nawet się uśmiechać w sposób entuzjastyczny.
Czułem się jak leszcz, nie-leszcz. Totalny amator. Spojrzałem na tempo, które oscylowało wokół 4:11-4:15 i byłem załamany tym widokiem, bo z jednej strony czułem jak serducho mi pracuje na wysokich obrotach, a z drugiej... człapałem wręcz.

Marzyłem o iskrze. Iskra była, na początku, teraz brałem udział w pożarze. Co za ironia :)

Słyszałem, że po skręceniu w park i dołączeniu później na właściwą trasę chwilę się leci samemu, ale potem leci czołówka z 25km i wyprzedza jak furmankę.
Biegłem i biegłem i nic i nikt mnie nie mijał.
Doleciałem mimo ściany do jakiejś gościówki, na oko z tyłu niemka, obok rower z tabliczką, że to pierwsza Damen. Jeju ja miałem zjazd, ale ona chyba musiała przeżywać katorgę, skoro ja człapiąc po 4:15 ją wyprzedzałem. Swoją drogą nieźle początek musiała pocisnąć.
Za mną uczepiło się jakiś dwóch kolesi, sapali jak parowozy. Wiało od połowy centralnie w facjatę i znaleźli sobie niezły wagon. Olałem ich i leciałem niejako swoje. Nie chciałem zwalniać i się schować za nimi, bo tempo by totalnie legło w gruzach.

16.5km zabawna sytuacja: jakoś był wodopój, których było kilka. Chwytam kubek i się oblewam, potem drugi i mały łyk. W tym samym czasie lekko się potykam i woda wpada w "nie tą dziurę"... Musiałem się zatrzymać i pocherlać, bo prawie się nie utopiłem... jeju amatorszczyzna ;)
Ruszyłem i na dodatek było pod górę i pod wiatr. Kilos wyszedł w 4:30. Jaka siara i dramat :)

Przed 17km minął mnie jakiś harpagan z czołówki z 25km. Na oko Marokańczyk.
Postanowiłem już bez spiny lecieć do końca. Ktoś mi tam krzyczał z boku to pokazywałem kciuka. Uśmiechałem się do dziewczyn po bokach... swoją drogą to ciekawe co myślały widząc takiego zmoczonego kolesia, który próbuje coś tam szczerzyć zęby.
Ostatnia prosta przed stadionem, gdzie był 19km była długa i okazało się, że jednak nie jest ostatnią. Wyprzedził mnie drugi harpagan z 25km.
Trasa lekko się wiła wokół tego stadionu... jeden z tych parowozów, co lecieli za mną mnie wyprzedził.


Dobieg do bram stadionu też niezły, ale jeszcze lepszy jest wlot na stadion. Wpada się do małego tunelu, przy wlocie jakiś zespół walący po bębnach.
MEGA!!!!
aż sobie wrzasnąłem, bo wrażenia były przekozackie. Po chwili wpadało się na stadion na ostatnią rundkę.
Jeju KOSMOS!
Takiego poziomu Endorfin nie miałem dawno!

Jeden cwaniak mnie wyprzedza, jednak po 100m go kasuje jak bilet w autobusie. Ostatnia prosta już moja w hiperspidzie i prawie kasuje tego, który mnie za 19km wyprzedził :)

Finisz na tym stadionie jest jednym z lepszych finiszów mentalnych jakie przeżyłem!

Zabawna sprawa, bo po odsapnięciu trzeba się wgramolić po schodach na koronę, skąd jest wyjście do bufetów z browarem, wodą, herbatą, izo, owocami, a nawet ciastkami :)
Pochód na tych schodach jest epicki i już widzę, jakby to ktoś nakręcił i puścił w tv to byłby niezły motyw :) "sport to zdrowie" wyglądający jak powracające wojska Napoleona po łomocie w Rosji ;)
Przycupnąłem sobie z izo na tym wyjściu na koronie pod ścianą, gdzie są tablice z wyrytymi Mistrzami Olimpijskimi z 1936 i informacją kto ten stadion zaprojektował, oraz że po wojnie go odbudowano w latach 50ych. Niezły kawał historii. Pomyśleć, że około 80 lat temu w tym miejscu było zupełnie inaczej...
Potem chill na trawce obok stadionu. Zjarany na maxa. Dopiero zbiegają się chmury i zbiera się na burzę. Czuję się jak wysmażony węgorz i frytka zarazem.


wybiegałem 1:26:54 i zająłem... 16 miejsce! koń by się uśmiał ;)

pogoda masakrowała w tym dniu przeokrutnie
Po biegu dalej nie wiem nic. Z jednej strony początek biegło mi się mega luźno, z drugiej jakoś za szybko mnie zgięło i zmasakrowało. Jednak jakby nie patrzeć to do tej pory nie biegałem w takiej temperaturze i chyba tu jest przyczyna zonka.
W tygodniu nie robiłem jakiejś masakry z treningiem. We wtorek Drugi Zakres 9km w tempie okołomaratońskim, w środę rozbieganie i w środku 10x200/200 na stadionie, w piątek rozbieganie i 6 rytmów. Muszę też się hamować ze słodyczami dzień przed i zakazać sobie czekolady... tylko jak żyć bez słodyczy? ;)



Imprezka z fajnym klimatem, szczególnie z końcówką i miejscem.
W półmaratonie ukończyło prawie 1400 osób, na 25km ponad 4100 osób, na dychę ponad 2500 osób. Do tego jeszcze sztafety i bieg dla dzieciaków.



Aloha
pl


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Adabo (2017-05-16,21:13): Super relacja, pięknie to opisałeś. Też tam biegłem HM i z tych samych powodów nie udało się wykręcić PR. "Scheiß warm" jak to Niemcy na trasie mówili. Pozdrawiam
snipster (2017-05-16,21:50): warm, warm... też się sporo tego nasłuchałem ;) next time będzie lepiej - PR do zrobienia :)
żiżi (2017-06-03,19:58): Snipi jaka siara?4:30..załamałam się..cóż wariat z Ciebie,ale spoko wariat:)
snipster (2017-06-05,11:17): cyferki potrafią wprawić w zakłopotanie... :)







 Ostatnio zalogowani
Andrzej Bukowczan
15:47
michal.r
15:43
Travel2Run.pl
15:40
kostekmar
15:39
1223
15:33
kangur12
15:30
paweł71
15:24
Jurek z Jasła
15:21
lofx
15:14
h_tek
14:56
sova100
14:53
nikram11
14:40
puszczyk
14:38
widziu
14:35
samer21
14:25
bozydarek
14:21
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |