Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

          

  WIZYTÓWKA  GALERIA [92]  PRZYJAC. [132]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
BULEE
Pamiętnik internetowy
BULEE (w końcu!) maratończyk

Dariusz Lulewicz
Urodzony: 1979-01-24
Miejsce zamieszkania: Gdańsk
384 / 390


2017-04-19

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
3 Gdańsk Maraton, czyli... najważniejszy maraton w moim życiu! (czytano: 652 razy)

 

Na początek najważniejsza, wręcz kluczowa, informacja. To był niezwykle ważny dla mnie maraton, chyba najważniejszy w życiu. Nikt nie zdawał sobie sprawy – bo tak naprawdę nikomu o tym nie wspominałem, nawet moja żona nie miała o tym pojęcia – że jeśliby teraz nie udałoby mi się go przebiec w zakładanym czasie, czyli lekko poniżej 255 minut to... z bieganiem maratonów bym już definitywnie skończył! Poważnie... Tak właśnie sobie przyrzekłem w sierpniu zeszłego roku, kilka dni po porażce na Maratonie Solidarności, gdy tam pojawiłem się na mecie niemal kwadrans po obiecanym czasie. Co prawda wówczas karty rozdawała pogoda, upał wręcz afrykański, ale to nie była dla mnie żadna wymówka. Wcześniej udawało mi się w identycznych warunkach biegać tam bez problemów – łatwiej, swobodniej, a przede wszystkim szybciej. Nawet żona zmartwiła się wtedy moim stanem – bo byłem wrakiem fizycznym i emocjonalnym, strasznie przeżywając tamtą porażkę – i przekonywała, że lepiej dla mnie, bym odpuścił sobie bieganie królewskiego dystansu. Nie dlatego, żeby robić mi na złość, czy z faktu bezsensowności biegania – bo przecież wie, że to fajny sport – ale dla mego własnego dobra i zdrowia. Uważała, że może te moje niepowodzenia to jest sygnał, że to dla mnie już za dużo, że już tak szybko, tak sprawnie, tak solidnie, tak ładnie jak kiedyś nie będę już biegał. I miała sporo racji. Sam widziałem po moich treningach, że biegam coraz wolniej, często samopoczucie po takim treningu miałem fatalne, w dodatku coraz dłużej się regenerowałem i już nie potrafiłem biegać 2-3 dni pod rząd, co dawniej było normą, wręcz czymś oczywistym i bezproblemowym. Wiadomo, że wiek robił swoje, ale też liczne inne obowiązki – przede wszystkim rodzina – nie pozwalały biegać mi tak dużo i często jak dawniej. Swoje też zrobiło powolne bieganie na zawodach, szczególnie półmaratonach i maratonach, gdzie jako zając biegałem o wiele za wolno jak na swoje możliwości. I z czasem mój organizm zwyczajnie się do takiego biegania przyzwyczaił, zablokował na pewnym pułapie i potem nie chciał wskoczyć na wyższy bieg. Zwyczajnie rozpieściłem go jak dziadowski bicz, zamiast zmusić go do wyjścia ze swojej strefy komfortu ;). To wszystko złożyło się na to, że te moje bieganie wychodziło mi coraz gorzej, coraz słabiej, takie przynajmniej odnosiłem wrażenie. Miałem więc tylko 8 miesięcy, by przekonać się, czy będę mógł jeszcze o sobie powiedzieć "czynny maratończyk" czy raczej "były maratończyk".
Wydawało mi się, że mam sporo czasu, ale im bliżej jednak było do startu, tym bardziej byłem przekonany, że jednak będzie kiepsko. Na początku roku treningi mi zupełnie nie wychodziły, męczyłem się na nich okropnie, w dodatku często chorowałem i zwyczajnie nie miałem jak budować formy, bo co udawało mi się obrać dobrą drogę i myśleć, że najgorsze już za mną, to potem łapałem przeziębienie, po którym moje samopoczucie było takie, jakbym dopiero co zaczynał przygodę z bieganiem. I tak kilka razy. Już myślałem, że w końcu łapię odpowiedni rytm, gdy znowu lądowałem na kilka dni w łóżku, ale te niewielkie w sumie przerwy wystarczyły, by odnieść wrażenie, że na kolejnym treningu zaczynam wszystko od nowa. Ten zaburzony rytm treningowy po pierwsze nie pozwalał przygotować się fizycznie, a przede wszystkim mentalnie, bo siadało mi to na psychice mocno. Na szczęście od połowy lutego w końcu udało mi się przestać chorować i jakoś zaczęło to powoli dobrze wyglądać. Jednocześnie zacząłem martwić się jednak czymś innym. W całym okresie przygotowawczym zrobiłem raptem tylko jedno długie wybieganie, na dystansie 31km, a po nim zdychałem tak bardzo, jakbym właśnie zaliczył bieg ultra. A przecież w sierpniowym maratonie właśnie w okolicach 30-32km przyszedł najboleśniejszy kryzys, a tu przecież trzeba było liczyć się z dystansem jeszcze o ponad 10 kilometrów dłuższym. W czasie maratonu taki kryzys, w tym miejscu, to jak kolejny królewski dystans do zaliczenia. Wszystko to razem nie zapowiadało więc udanego startu. I coraz bardziej się martwiłem, bo maraton zbliżał się wielkimi krokami. Zapowiedziałem sobie nawet, że jeśli dwa tygodnie przed startem nie będę czuł się w stu procentach pewny, że podołam zadaniu, to zgłaszam organizatorom swoją rezygnację, żeby mieli jeszcze sporo czasu na znalezienie mego zastępcy. Oczywiście mogłem machnąć ręką na fakt nieprzygotowania i jednak pobiec, nieważne w jakim czasie, ale nie byłoby to fair wobec innych uczestników, którzy zaufali mi w kwestii tego, że będą prowadzeni przez kompetentną osobę. Bardzo nie chciałem zawieść zaufania innych. Stąd mój stres i obawy były ogromne.
Jednak te wyżej wspomniane wybieganie było momentem zwrotnym. Od tego czasu coraz lepiej mi się śmigało, coraz łatwiej, coraz swobodniej i coraz przyjemniej. I na całe szczęście, bo to był już dosłownie ostatni moment – do startu został raptem miesiąc – by jednak tę potrzebną formę zdążyć zbudować. I budowałem. I w końcu ją zbudowałem. Sam byłem zaskoczony z jaką łatwością mi się w tym czasie trenowało. Na kilka dni przed maratonem, w sumie już na ostatnim treningu, byłem tak naładowany energią, endorfinami i pozytywnym nastawieniem, że mógłbym po jego zakończeniu od razu... wziąć udział w maratonie! W dodatku te kilka dni do startu dłużyło mi się niesamowicie. Zwykle bywało na odwrót. Im bliżej było do maratonu, im bardziej się stresowałem i chciałem odsunąć moment udziału, to dni przelatywały mi jak przez palce. A teraz? Teraz jednak dłużyły się podwójnie. Coś niesamowitego i zaskakującego!
Stres oczywiście też był, skłamałbym, gdybym twierdził, że niczym się nie martwiłem. Bo przecież to maraton, a każdy jest inny, nieważne ile byś ich w życiu nie zaliczył. Najbardziej bałem się pechowego odcinka między 30-32 kilometrem, a przede wszystkim tego, co będzie się działo po nim. Już wiedziałem, co to jest kryzys w tych okolicach i to siedziało mi w głowie – co prawda bardzo głęboko ukryte, ale jednak co jakiś czas dawało o sobie znać. Ogółem więc z mojej strony było naprawdę ogromne pozytywne nastawienie, ale też szacunek dla dystansu. I chyba tak zawsze powinno być. Gros powodzenia to wiara w końcowy sukces, do tego dochodzi odpowiednie przygotowanie, umiejętności, a reszta to pokora i respekt przed długością maratonu. Bo to nie jest spacerek. To często bieg z przeszkodami. Liczyłem jednak, że tym razem przeszkód nie będzie. Od tego przecież zależała moja biegowa przyszłość.
Dzień przed startem razem z moim współpomocnikiem w zającowaniu, Rafałem pojechałem odebrać pakiet startowy. A tam lekkie zamieszanie. Nie ma mojego pakietu startowego! To znaczy jest, ale został już odebrany przez kogoś innego. Początkowo sądziłem, że ktoś osobno trzyma pakiety dla wszystkich pacemakerów i zaraz je dostaniemy, ale od razu zauważyłem, że inni zajączkowie odbierają jednak pakiety przy swoich stanowiskach z odpowiednimi numerami startowymi. No to już konkretnie się zaniepokoiłem. Pani wydająca numer w końcu wyjaśniła, że rzeczywiście mój numer został już odebrany przez inną osobę, ale działo się tak dlatego, że numery, które do któregoś tam dnia nie zostały jeszcze opłacone wchodziły do puli numerów dla osób, które zarejestrowały się w ostatnich dniach. Przynajmniej ja to tak zrozumiałem, bo ogólnie było to mocno pogmatwane. I faktycznie, ja fizycznie nie opłaciłem startu, bo tak naprawdę nie musiałem, albowiem jako pacemaker miałem zapewniony w nim darmowy udział, ale przecież inni zajączkowie też byli zwolnieni z opłaty, a pakiet bez problemu odebrali. Ostatecznie musiałem zapisać się na miejscu na nowo i dostałem całkiem nowy numer, z puli wyżej wspominanych przeze mnie numerów. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że mój poprzedni numer otrzymał dobrze mi znany pan Antoni Cichończyk, poważany i utytułowany biegacz z Gdyni, rekordzista świata na dystansie maratonu w kategorii masters. Dobre chociaż i to, choć tak naprawdę nie spodobało mi się to całe zamieszanie. W dodatku przy ponownej rejestracji pani nie chciała mi zaznaczyć kategorii "niepełnosprawni", choć pokazałem jej odpowiednią legitymację, bo stwierdziła, cytuję po pierwsze: "nie wiem, czy pacemakera mogę do tej kategorii dopisać", poza tym, cytuję po raz drugi: "a jak pan załapie się na podium, to co wtedy?". No, ręce mi opadły. Jeśli bym się na pudle znalazł – na co jednak raczej nie było szansy, bo wiedziałem, że z moim czasem wyprzedzi mnie sporo osób z tą kategorią – to przecież nie stałoby się to niezgodnie z regulaminem. W końcu jestem niepełnosprawny i miałem prawo być klasyfikowany w tej konkretnej kategorii, poza tym chciałem przede wszystkim zobaczyć, który faktycznie byłbym w takiej wewnętrznej klasyfikacji. Ostatecznie jednak odpuściłem sobie tę sprawę, bo na tak dziwne, wręcz absurdalne argumenty, nie miałem ochoty i siły ripostować. Ale swoją drogą, do tej pory nie wiem, bo wyników nigdzie nie mogę znaleźć, który byłbym w omawianej wyżej kategorii.
Wracając do przyjemniejszych spraw, humor poprawiła mi oficjalna prezentacja wszystkich pacemakerów. Taka z prawdziwego zdarzenia, z konferansjerem, głośną muzyką, to był prawdziwy mini-show. Fajna sprawa, która dodatkowo mobilizuje, gdy widzisz dziesiątki, wręcz setki twarzy wpatrzonych w ciebie intensywnie, a wśród nich są osoby, którym następnego dnia będziesz musiał pomóc w osiągnięciu wymarzonego celu. Presja, ale niezwykle cię nakręcająca i paradoksalnie dodająca pewności siebie.
Do domu wróciłem naładowany pozytywnymi emocjami i z niecierpliwością oczekiwałem dnia następnego. W nocy jednak nie wyspałem się za bardzo, bo sen miałem niezwykle czujny i co chwilę budziłem się, by sprawdzać zegarek, jakbym bał się, że zaśpię, mimo iż budzik miałem nastawiony. Rano - pobudka o 6:30 - czułem się tak, jakbym przespał raptem dwie godziny, ale już po przybyciu na start zacząłem odżywać. Napędzała mnie atmosfera, liczni znajomi, pozytywne emocje i oczekiwanie na start. Naprawdę nie mogłem się doczekać, żeby się już to całe bieganie jak najszybciej zaczęło.
I w końcu nadszedł ten upragniony moment. Wystartowaliśmy. Wśród dźwięków energetycznej muzyki, wśród wrzawy kibiców, w wielkiej euforii. Przy pogodzie idealnej na bieganie. I wierzcie bądź nie, ale właśnie w tym momencie – po dosłownie kilkuset metrach od startu! – wiedziałem, że się uda, że dobiegnę na czas, że w dodatku będzie to przyjemny bieg, taki jak ten w pierwszej edycji gdańskiego maratonu. Tam również byłem zajączkiem na 4:15, także w parze z Rafałem, i biegło mi się wówczas tak fantastycznie, że przy okazji różnych wspomnień czy prób liczenia przebiegniętych maratonów, zdarzało mi się... o nim zapominać, bo czułem się po nim tak, jakbym... w ogóle w nim nie uczestniczył ;). Z kolei druga edycja przeszła mi koło nosa z powodu własnej głupoty, gdy wcześniej źle dopasowane buty dosłownie 2 dni przed startem przyczyniły się do bólów w nodze i wykluczyły mnie z udziału. Stąd w tym roku spragniony udziału i zmobilizowany byłem podwójnie.
A propo’s obuwia. W Gdańsku wystartowałem w niemal dziewiczych bucikach New Balance, bo tak naprawdę dotarły do mnie w ostatni dzień marca – 9 dni przed startem – a zrobiłem w nich raptem trzy treningi na sumę niecałych 60km. Niektórzy powiedzą, że to nierozsądne, ale gdyby na tych treningach wyszło, że biega mi się w nich źle choć w niewielkim stopniu, to na maraton zabrałbym dotychczasowe obuwie. Ale śmigało mi się w nich rewelacyjnie, jakby były zrobione specjalnie na moje zamówienie. W dodatku w zachwycającym zielonym kolorze, iście wiosennym. Idealnie komponowały się z moją koszulką pacemakera – również zieloną i w pięknym fasonie.
1 kilometr maratonu kończył się na... murawie stadionu gdańskiej Lechii. Naprawdę fantastyczne miejsce na początek biegu. Co prawda przy przebieganiu przez tunel do wnętrza stadionu Garmin trochę się pogubił i piknął pierwszy kilometr "na oko", pokazując ostatecznie, że zaliczyliśmy go w czasie 5:13, choć było to niemal minutę później. Mnie, jako pacemakera, to nie ucieszyło. Potem co prawda zegarek prawie wyrównał stratę, bo kolejny kilometr wyświetlił mi po 6:29, ale z kolei o 30 metrów za wcześnie niż pokazywały flagi z oznaczeniami. To wprawdzie za bardzo nie przeszkadzało, bo wiedziałem, że i tak muszę sugerować się wyżej wymienionym flagami, ale jednak wprowadzało to we mnie lekki dyskomfort, bo ja lubię mieć wszystko w idealnym porządku. Później identyczna sytuacja powtórzyła się na 6km, gdy przebiegaliśmy przez siedzibę Europejskiego Centrum Solidarności – tam z kolei na moment nastąpiła całkowita utrata sygnału, stąd według zegarka 6km pokonaliśmy w 6:17, by potem na 7km wyrównać błąd na 5:41, ale tu już ten 7km pokazało 80 metrów prędzej. Tak więc musiałem brać to pod uwagę, ale nie stanowiło to wielkiego problemu. Bo my szliśmy równo jak w szwajcarskim zegarku, cały czas utrzymując zakładaną średnią 6:02/km. A 10km to minęliśmy wręcz idealnie, bo po 1:00:21. W dodatku kilometry zlatywały jak szalone. Zdawało mi się, że dopiero co mijaliśmy jeden, a już dobiegaliśmy do kolejnego – jakby każdy z nich miał o połowę mniej długości. Z takim odczuciem biegało się naprawdę komfortowo i na wielkim luzie.
Pierwszy maleńki zgrzyt nastąpił pomiędzy w okolicach 20,5km, tuż za jednym z punktów odżywczych. Nagle ni stąd ni zowąd zacząłem odczuwać chłód w całym ciele. Zwykle we wcześniejszych biegach była to oznaka, że... powoli zaczyna brakować mi energii. Ale jak to? Teraz? Przecież zbliżamy się dopiero do połowy drogi. Przecież tak fajnie nam idzie. 20km to czas 2:00:42, czyli kolejne 10km zaliczyliśmy z identycznym wynikiem jak pierwszą dyszkę. Z kolei połowę dystansu, czyli 21,097km, mijamy po 2:07:22. A troszkę wcześniej, dokładnie na 19,5km, przywitałem się z moimi rodzicami oraz bratem Tomkiem, który z wysokości swego wózka inwalidzkiego dzielnie kibicował wszystkim maratończykom. Jest więc pięknie, no piękniej być nie może, tylko ten niepokojący symptom osłabienia trochę mnie martwi. A może to tylko takie złudzenie? Albo chwilowy kryzys? Nieważne, co było tego przyczyną, bo na szczęście kilka minut później dotarliśmy w okolice mego domu, a tam czekała już na mnie żona z młodszym synkiem, Stasiem. Co prawda mignęli mi dosłownie na kilka sekund, bo spodziewałem się ich z innej strony niż faktycznie byli, ale to wystarczyło, bym od razu poczuł się lepiej. To sama prawda w tym, gdy mówi się, że rodzina, miłość i uczucie szczęścia dodają skrzydeł, bo w tamtym momencie przekonałem się o tym na własnej skórze. Osłabienie i zmęczenie przeszły jak ręką odjął, wręcz zrobiło mi się gorąco z radości, jakbym dostał energetycznego kopa w tyłek. I znów kolejne kilometry znikały aż miło. Lekko za 27km znów wróciliśmy pod mój blok. Myślałem, że żony i dziecka już nie będzie, bo to była już najwyższa pora Stasia na spanie, ale jednak dzielnie na mnie czekali – tym razem z dobrej strony, więc obojgu im złożyłem soczyste pocałunki. I momentalnie dostałem 500 plus do energii i samopoczucia ;). To było lepsze od najlepszego izotonika, od najlepszego energetyka, chyba wiadro kawy nie pobudziło by mnie tak, jak widok mych ukochanych. Normalnie jakbym zaczął bieg na nowych siłach. Fantastyczne uczucie!
28km i 140 metr, czyli 2/3 dystansu, to czas 2:49:55, czyli tylko 5 sekund przed trafionym w punkt przybyciem na metę. A 30km to z kolei 3:00:58, czyli raptem jakieś 2 sekundy! No naprawdę niemal idealnie. Podbudowany takim obrotem sprawy nawet nie zaprzątałem sobie głowy faktem, że kilka miesięcy wcześniej, w sierpniowym maratonie, gdzieś w tym momencie ciało zaczęło wysyłać sygnały, że powoli opada z sił, co skończyło się tym, że na 32km przyszedł do mnie taki potężny kryzys, którego już nie przezwyciężyłem. Tym razem jednak już wiedziałem, że nic takiego mi nie grozi. Czułem się mocny, czułem się silny fizycznie i psychicznie. I nawet pewien irytujący biegacz, który od 29km marudził, że biegniemy za szybko, że szarpiemy tempo, że ogółem jesteśmy "be" i "fuj", nie zepsuł mi fantastycznego samopoczucia. Co prawda, ta jego pseudomaratońska gadka irytowała bardzo, ale bardziej chodziło mi o innych biegaczy w naszej grupie. Wiele z tych osób debiutowało, a ten delikwent źle wypowiadał się też na temat innych, a raczej wywyższał się, jaki to on nie jest wspaniały i cudowny, że wie o bieganiu wszystko, więc słuchajcie ludkowie tych mądrości. Takie demotywujące teksty na pewno nie sprzyjały w spokojnym bieganiu. Na szczęście inni dobitnie dali panu mądralińskiego do zrozumienia, co sądzą o jego poradach. Na szczęście też te jego "motywujące" przemowy po 36km spowolniły go na tyle, że nie musieliśmy pławić się w jego chwale i wielkości. Do tego, że go najzwyczajniej w świecie odcięło na pewno się nie przyzna, z pewnością była to część jego wspaniałej taktyki... O takich ludziach w świecie biegaczy mówi się "wampir energetyczny". Taki delikwent świadomie demotywuje innych, siada im na psychice, a potem cieszy się, że może takiego sponiewieranego psychicznie wyprzedzić... Szkoda słów. Pragnę jeszcze dodać, że ja tego pana często widuję biegającego po nadmorskiej alejce. Gdy się mijaliśmy, zawsze go witałem, machając ręką – teraz raczej pokażę mu środkowy palec ;).
Najwyższa pora powrócić do weselszych rzeczy. Odcinek 29-34km to bieganie po Parku Reagana i wzdłuż alejki nadmorskiej, czyli miejscu moich regularnych treningów. Często zdarzało mi się, że taki trening bardzo mi się dłużył, tym razem jednak, pstryk, nawet się nie obejrzałem, a już dobiegaliśmy do deptaku w Brzeźnie. Tam wielki telebim wyświetlał zdjęcia uczestników maratonu, więc z chęcią przywitałem się z samym sobą ;). Chwilę później Przyjaciel z biegowych tras, Piotr – to już niemal jest tradycja z jego strony – podarował mi... butelkę coca-coli. Dzięki, Piter! ;) Podzieliłem się nią z innym uczestnikami i jestem pewien, że taki zastrzyk energii na pewno im się przydał, bo za chwilę znaleźliśmy się na Trasie Słowackiego, a na niej czekał nas podbieg na wiadukt. To dla wielu biegaczy jest test wytrzymałości, bo nie dość, że ma się za sobą już lwią część biegu, to w dodatku z boku widać już, a przede wszystkim słychać, metę. Niby jest ona w zasięgu wzroku, a jednak trzeba jeszcze zrobić 5km, nim się tam dotrze. To potrafi naprawdę mocno siąść na psychice. W tym momencie biegu nasza grupa liczyła jakieś 10 osób i z tego, co zauważyłem, udało się jej pokonać przeszkodę bez problemów. W tym momencie najtrudniejszą część trasy mieliśmy już za sobą, a nam, zajączkom, pozostało tylko wciąż pilnować tempa oraz motywować i dopingować innych. Od 38km do 41km czekała nas długa prosta, potem nawrotka i znów długi odcinek z powrotem, w dodatku pod wiatr, ale nikt już się nie poddawał. Potem już tylko zakręt w ulicę Żaglową i zostało nam ledwie 1km do końca. Niemal cała grupa pognała do przodu, a my z Rafałem spokojnie kończyliśmy swój bieg. Na metę wpadłem w czasie 4:14:55 sekund, a Rafał nawet równo w 4:15. Tak więc ze swego zadania wywiązaliśmy się niemal perfekcyjnie, w co jednak ani na moment nie wątpiłem. Wiedziałem, że jak już chwycę odpowiedni rytm, to potrafię prowadzić automatycznie, na swego rodzaju autopilocie. Jednak muszę od razu zaznaczyć, że ten równy bieg to nie tylko moja zasługa. Absolutnie nie! To także olbrzymia robota Rafała, który czasem wstrzymywał moje zapędy, gdy mimowolnie nieznacznie przyspieszałem. Z reguły zdarzało mi się to wtedy, gdy widziałem głośno dopingujące tłumy, gdy zauważałem kogoś znajomego, gdy w końcu skupiałem się na... osobach robiących zdjęcia ;). Czasem też to ja musiałem spowalniać Rafała. Czyli wszystko odbywało się tak, jak powinno to wyglądać. Po to biegło nas dwóch, by się móc wzajemnie pilnować, by trzymać wspólnie równe tempo, by zwracać uwagę na niektóre uchybienia. Na szczęście nie musieliśmy zbyt często interweniować, wszystko grało u nas jak w dobrze naoliwionej maszynie. Dzięki, Rafał!
Wracając do biegu, a raczej jego końca. Ledwo przekroczyłem linię mety, to... czułem niedosyt. Zwyczajnie było mi mało i z chęcią... zrobiłbym jeszcze kilka kilometrów więcej! Nie czułem nic zmęczenia, nawet lekkiego znużenia. To zwykle oznacza, że nie dało się z siebie wszystkiego, ale przecież... tak właśnie było. Nie biegłem go tylko dla siebie – choć poniekąd to był dla mnie naprawdę bardzo ważny bieg! – dla własnego wyniku, ale by pomóc osiągnąć sukces innym. I w przypadku niektórych biegaczy z naszej grupy to się udało. Na mecie dziękowano nam za dobrze wykonaną robotę, rzetelność i profesjonalizm, co bardzo cieszy i motywuje. Ja z kolei cieszyłem się równie mocno, tak jakby był to mój debiut. Bo ostatecznie wyszło na to, że niepotrzebnie się tak wszystkim martwiłem. I uzyskałem odpowiedź na moje obawy. Niestety, kochani, Darek vel. Bulee nie odchodzi jeszcze na maratońską emeryturę, nadal będę biegać na królewskich dystansach! Bo to jest coś niesamowitego. Te uczucie szczęścia, te endorfiny w twym organizmie, ten fakt, ze zaliczyłeś swój kolejny maraton - a to nie wcale takie łatwe, nawet jeśli biegniesz go wolniej niż wskazują twoje predyspozycje. Swoją drogą – ciekawe, czy w przypadku tego biegu przy okazji różnych wspomnień również będę czasem o nim zapominał? ;)
Nawiązując jeszcze do intensywności i trudności biegu z mojej perspektywy. Na drugi dzień czułem co prawda lekkie zakwasy, ale było to raczej przyjemne zmęczenie. Zero bólów, zero otarć, zero problemów. Ogółem byłem jak świeżynka, co potwierdziły kolejne treningi, na których śmigałem aż miło, nie mając żadnych oznak zmęczenia, a wręcz czując się jak młody bóg ;). Czasem po kilkunastokilometrowym treningu miewałem gorsze samopoczucie niż teraz po tym maratonie. Wychodzi na to, że ostatecznie przygotowałem się do niego bardzo dobrze, że ostatni miesiąc przygotowań to była udana i solidna robota. Przez moment zaświtała mi nawet myśl, by korzystając z tej dobrej – a przecież niewykorzystanej w stu procentach – formy, wystąpić w Orlen Warsaw Maratonie, który odbywał się dwa tygodnie po biegu w Gdańsku. Tam zawsze biegało mi się fajnie, a przede wszystkim startowałem tam typowo dla siebie, tylko na własny wynik – i tak samo miałoby być teraz. Ostatecznie jednak zrezygnowałem, bo forma formą, ale jednak to tylko dwa tygodnie różnicy i różnie mogłoby się to skończyć. Kto wie, może po Warszawie ponownie obrzydziłbym sobie bieganie maratonów? Lepiej więc, żebym się o tym nie musiał przekonywać i cieszył się tym, co mam, czyli zaliczonym kolejnym maratonem – już siedemnastym! – w mym biegowym życiorysie.
By relacja była pełna należy też wspomnieć o organizacji biegu – nie dziwię się, że dwa lata z rzędu zdobywała nagrodę dla najlepszego biegu na portalu maratonypolskie.pl. Tu wszystko było zapięte na ostatni guzik. Za dużo by wymieniać, ale naprawdę nie było się do czego przyczepić. Nawet pogoda dopisała. Myślę, że hattrick, czyli zwycięstwo trzeci raz z rzędu jest, tylko formalnością. Swoją cegiełkę dołożyli też kibice. Zawsze bolączką trójmiejskich biegów był brak kibiców na trasie, a raczej naprawdę znikoma ich ilość w porównaniu do innych wielkich imprez. Tym razem było inaczej. Co rusz napotykaliśmy na trasie zorganizowane grupy dzieciaków, które zaopatrzone w akcesoria kibicowskie i transparenty z motywującymi hasłami, głośno i dobitnie dopingowali nas, biegaczy, na trasie. Wielkie brawa dla nich! I wielkie brawa dla organizatorów – to była impreza iście mistrzowska! Dziękuję bardzo... i widzimy się - a raczej biegamy - za rok ;). Bo ja po tegorocznym Gdańsk Maratonie już wiem, że maratony będę biegać tak długo jak tylko się da – do emerytury, albo i jeszcze dłużej! ;)

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
Stasiu
01:10
Cinemaciek
00:59
gieri87
00:33
lechu93
00:21
nertysafa3
00:12
Asia33
23:54
Blazi
23:50
Robert B
23:50
Matix
23:44
remi p.
23:43
Kora 30
23:43
kasia19911027
23:36
Grzeniu
23:22
lofx
23:20
ona
23:16
Wojciur
23:08
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |