2018-05-06
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| V Polsko - Niemieckie Biegi Majowe w Świnoujściu. Zawierzenie technice kosztowało mnie 100 złotych? (czytano: 789 razy)

Tydzień treningowy przed biegiem, to jedna piętnastka, 3 dyszki, łagodna szóstka w przeddzień i start w biegu, gdzie było niecałe 5 kilometrów z 30-to kilometrowym treningiem rowerowym z mocnym górzystym akcentem na dystansie 14 km. Wypoczęty więc nie byłem, ale nie mogłem wypoczywać, bo czeka na mnie wkrótce półmaraton i maraton. Dodatkowo nockę w przeddzień biegu byłem w pracy, no i na bieg wybrałem się rowerem (39 km do promu plus 2 kilometry dojazdu na miejsce startu).
W domu byłem po ósmej rano. Zjadłem śniadanie i chwilę kimnąłem. Jeszcze pakowanie, drugie śniadanie i dokładnie o 11:56 wyjazd rowerem do Świnoujścia. Tempo rekreacyjne, żeby jak najmniej się zmęczyć. Treningowo jak zwykle będzie z powrotem. Pierwszy podjazd do Wisełki jednak podjechałem. Drugi i trzeci podjazd już na piechotę, chociaż kawałek też jechałem. Nie robiłem przerw na odpoczynek, bo zawsze chcę wiedzieć jaki czas był. Takie zboczenie biegacza. Do promu dojechałem o godzinie 13:44, czyli czas - 1:48.
Prom odbijał jakoś nietypowo o godzinie 13:50, więc na drugiej stronie byłem koło 14:00. Start przewidziano na stadionie miejskim, więc jeszcze kawałek musiałem jechać. Dojechałem, postawiłem rower przy stadionowym płocie i poszedłem się zapisać na bieg. Po drodze spotkałem znajomych ze Szczecina i okolic. Porozmawiałem dłuższą chwilę no i poszedłem do biura zawodów. Zameldowałem się, dostałem numer startowy z chipem, koszulkę M-kę, bo L-ek już nie było. Mieszkańcy Świnoujścia, których była na biegu przytłaczająca większość według regulaminu mieli się zapisywać w przeddzień biegu, więc przyjezdni stanowili końcówkę zapisów. To była zapewne przyczyna, że zabrakło numeracji. Byłem po prostu jednym z ostatnich zapisujących się. Jednakże ta M-ka to jakaś duża była, więc może lepiej, że zabrakło mojej numeracji? Zresztą startować w tej koszulce nie będę, bo do startów mam koszulki z DLB i z Czterech Mil Jarka. Wypada reklamować te biegi. Ale do chodzenia - czemu nie? Chwyciłem jeszcze czekoladowego cukierka, które były dla biegaczy chyba? Jak nigdy - skonsumowałem go przed biegiem. Może dodało mi to trochę energii? Czasu jeszcze dużo, więc snułem się po stadionie, zagadałem do jednego czy drugiego znajomego. Wreszcie 15:30 i postanowiłem się przebrać. Rozgrzewka niezbyt intensywna, bo przecież już rozgrzewałem się wcześniej na rowerze, no i tak doczekałem się startu, który był ze stadionowej bieżni. Ustawiłem się gdzieś w pierwszej linii. Obok mnie mój stały konkurent w DLB - Krzysiek. Wiedziałem, że jest lepszy na krótsze dystanse, szczególnie po szosie. Ale on twierdził, że będzie się trzymał za mną.
START
Ruszyliśmy po odliczaniu od 10-ciu. Włączam Endomondo, głosowo tylko czasy poszczególnych kilometrów. Jeszcze chwila zawahania, bo kilka sekund po starcie był startowy wystrzał z armaty. Wybiegamy ze stadionu, obok mnie z jednej strony Zdzisiek, z drugiej strony mój stary Świnoujski konkurent - Rysiek. Krzysiek biegnie do przodu, ja staram się go przytrzymać. Wiedziałem, że tak będzie. Pierwszy kilometr - czas 3:39, trzymam się za Zdziśkiem. Drugi kilometr - czas 4:01, Zdzisiek zaczyna mi uciekać, ale jeszcze jest tuż przede mną. Gdzieś po drugim kilometrze wyprzedza mnie mój były Świnoujski ciągły konkurent - Piotrek. Nic nie mówi, więc wołam do niego - nie poznajesz ludzi. On odpowiada, że nic nie mówił, bo jest zmęczony. Ciągnął zapewne na maxa jak i ja zresztą. Odpowiadam, że ja też. Chwilę staram się go przytrzymać, przyspieszam troszeczkę, ale organizm odpowiada - nie. Trzeci kilometr 4:06. To już drugie kółko. Sił coraz mniej i przeganiają mnie inni biegacze. Czwarty kilometr - 4:17. Sił na szybkie ściganie starczyło tylko na 3 kilometry. Piąty kilometr najpierw lekko pod wiatr, potem lekko pod górkę i jet już stadion. Przed wbiegnięciem na bieżnię wyprzedzają mnie jeszcze dwaj biegacze. Przykre to, ale jakoś nie mogę się zebrać na finisz. A co ja chciałem? Trzy kilometry pocinam w tempie poniżej 4 min/km i jeszcze mieć dobrą końcówkę? Na bieżni staram się wyciągać nogi, ale te jak z ołowiu. Ostatnia prosta i...
META
Wyłączam Endomondo, a tutaj niespodzianka - już wyłączone. Znowu włączam i wyłączam - nie wiem dlaczego. Czas - 20:50. Endomondo wyłączyło się tuż przed metą, bo oficjalny czas netto - taki sam. Dystans 5,06 km, więc zapowiadane 5,160 km jest możliwe. Medal na szyję, chwila odpoczynku i trzeba iść na jedzenie. Wojskowi przygotowali w kuchni polowej dwie zupy - pomidorową i gulaszową. Wybieram, zresztą błędnie gulaszową. Za tłusta, za gorąca (można było zebrać tłuszcz i poczekać aż wystygnie), ale zjadłem z kilkoma kromkami chleba. Jeszcze jedna drożdżówka - wspaniała w smaku, batonik z pakietu startowego, dużo wody i głód jako tako zaspokojony. Energii dużo zużyłem, więc jeść też trzeba było dużo. SMS od firmy mierzącej czas - 27 miejsce, 5 miejsce w M50, czas brutto - 20:52, czas netto - 20:50. Bonu 100 złotych na zakupy w Decathlonie więc nie zdobyłem (organizator przydzielał biegaczom z parzystych miejsc do 20 miejsca, 25, 30, 40, 50 aż do 100-go miejsca). Nie było sensu zostawać więc na dekoracji. Jeszcze poszedłem do pomieszczenia gdzie wyświetlano wyniki, ale jakoś długo te wyniki były na miejscach gdzie mnie nie było, więc sobie poszedłem. Czas na powrót. Dojazd na prom. Tutaj jeszcze spałaszowałem chleb, który sobie przygotowałem w domu, popiłem wodą i byłem gotowy na trening rowerowy.
Wyjazd sprzed promu - godzina 17:20. Włączam Ednomondo i chowam smartfona do sakwy. Niestety jest lekko pod wiatr. a na rowerze czuć jakby wiał huragan. Jadę tak jadę, tyle ile mogę. Ręce na dole kolarskiej kierownicy, więc jest trochę mniejszy opór powietrza. Ciągle pod lekki wiatr. Dojeżdżam do Międzyzdrojów i tutaj włączam stoper w zegarku. Tradycyjnie przecież muszę zmierzyć czas przebycia trasy Międzyzdroje - Kołczewo od znaku do znaku. Pierwsza górka przebyta, druga górka pokonana, trzecia górka też. Taka trasa, że liczą się tylko te trzy górki. Jak się je pokona, to już z górki :) Czas - 40:05, o wiele gorszy niż kilka dni wcześniej, ale po pierwsze lekko pod wiatr, po drugie człowiek zmęczony po jeździe ze Świnoujścia. W domu jestem o godzinie 18:54, czyli czas jazdy - 1:34. W Ednomondo po odliczeniu 2x10 sekund - 1:34:25, dystans 38,5 km.
Włączam komputer, szukam wyników. Są wyniki. Oczom nie wierzę - 30-ste miejsce. Jestem wściekły na siebie, a przede wszystkim na tego, który wymyślił, że w SMS-sie informacyjnym będzie miejsce wśród mężczyzn, a nie miejsce ogólnie. Pierwszy raz odebrałem takiego SMS-a, ponieważ do tej pory jakoś nie miałem potrzeby. Pierwszy raz i takie coś? Piszę więc maila do organizatora, może jeszcze nie przepadło? (wątpię). Przy okazji podaję fakt, że na miejscu 40-stym jest pan, który omyłkowo wbiegł na metę po pokonaniu tylko jednego okrążenia, a potem jeszcze to okrążenie zrobił (Horst Trettin - stały bywalec Świnoujskich biegów). Więc mogło się zdarzyć, że od miejsca 40-go bony otrzymali niewłaściwi biegacze. Tak to jest ja się ustala regulamin, w którym wszystko może się posypać. Gorszy dostaje bon, lepszy nie i tutaj zaczyna się też cwaniakowanie. Nie podoba mi się to. Wystarczyło przecież dać bony np. 8 najlepszym mężczyznom i kobietom i nie byłoby nieporozumień i cwaniactwa.
Wyniki czołówki i znajomych:
1. Robert Gehrke 16:36
2. Michał Sieczkowski 16:47
3. Darusz Hanczarek 17:04
4. Renata Pliś 17:13
5. Robert Derda 17:47
6. Tomasz Waszczuk 18:11
7. Marek Szopa 18;12
8. Adam Pociecha 18:15
9. Adam Pociecha 18:15
10 Piotr Kudaś 18:50
11. Kamil Mazur 19:04
12. Łukasz Jadach 19.05
13. Mikołaj Antkowiak 19:17
14. Kazimierz Głuszczak 19:19
...
17. Mirosław Zygmunt 19:45
21. Piotr Andrzejewski 20:10
22. Zdzisław Kowalski 20:12
30. Jarosław Kosoń 20:52
32. Andrzej Skrzypiec 21:01
39. Ryszard Pilz 21:22
54. Dorota kowalska 2:24
96. Jerzy Ochota 25:11
129. Jerzy Loba 27:07
143. Mirosław Firlik 28:06
Podsumowując - jak na obecny stan mojego wytrenowania, to wynik rewelacyjny (przy dystansie według organizatora - 4:02 min/km, według GPS-u 4:07 min/km - tak czy tak świetnie). Wszystko pięknie, piękne zawody, bez wpisowego, koszulka, medal, jedzenie, tylko po co ten zgrzyt z bonami?
... jednak bon czeka na mnie w biurze organizatora, czyli OSiR-u.
... we wtorek musiałem zrobić trening kolarski do Świnoujścia po bon. Bon odebrałem :)
Zamiast planowanego treningu biegowego 15 km, było 60 km rowerem i 6 km biegiem. Myślałem o 10 km, ale nie można przesadzać. Ci co przesadzali leczą kontuzje.
Jeszcze gwoli statystyki:
Świnoujście - Kołczewo 1:31
Międzyzdroje - Kołczewo 39:02
O wiele lepiej niż w niedzielę, ale tak nie zawiewał wiatr w twarz.
Podsumowując - bieg okazał się superzajefajny. Nie dość, że bez wpisowego, to jeszcze wpadła nieoczekiwana stówka. Znaczy się coś tam myślałem o miejscu w pierwszej dwudziestce, czyli dużym prawdopodobieństwu wygrania bonu, ale takiego miejsca nie było, więc to naprawdę szczęśliwy traf. Ale mimo tego zdania nie zmienię - lepiej było bony dać najlepszym biegaczom. Nie byłoby zamieszania. Może nikt nie zauważy tego co ja zauważyłem (zawodnik, który powinien być zdyskwalifikowany nie został zdyskwalifikowany i jest na liście wyników zaburzając miejsca), ale jak zauważy będą pretensje.
Jeszcze jedno. Bieg ukończyło 190 biegaczy na 200 zapisanych. To świetny wynik jak na bieg bez wpisowego. Nawet na biegach z wpisowym często nieosiągalny.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Ja0306 (2018-05-08,07:54): No to bon odebrałeś wracając do OSiR Świnoujście? Jarek42 (2018-05-08,11:29): Bon odebrałem, co opisałem we wpisie :)
|