2013-09-05
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| „Jak okiem sięgnąć – Wenecja” (czytano: 520 razy) (POPRAW WPIS , ZMIEŃ ZDJĘCIE , USUŃ ZDJĘCIE)

Ludzka pogoń za poczuciem sprawowania kontroli nad rzeczywistością przybiera najczęściej formy komiczne, jednakowoż nierzadko ów komizm przeplatany bywa ściskającą serce nostalgią. Ni to smutek, ni żal. Ot, napięcie rozsnute niczym nitki babiego lata unoszone delikatnym, jednak zawsze obecnym podmuchem dochodzącym z otchłani przemijania. Choć dla większości otchłań zwykle pozostaje ukryta za horyzontem bieżącej krzątaniny, świadomość iż nasze światowe peregrynacje wiodą zawsze ku nieuchronnej dezaktualizacji indywidualnego bytu, bywa nieznośna. Im więcej doznajemy pozytywnych wrażeń, im pomyślniej układają się doraźne plany, tym trudniej odpędzić niepokój. Jest on domeną tych, którym się w najszerszy znaczeniu wiedzie. Ludzie na co dzień dręczeni biedą, chorobą lub wojną, zwykle wypatrują końca z fatalistycznym spokojem w nadziei rychłej ulgi. Ci nie mają czasu ani ochoty bajać o Wenecji i babim lecie. Póki zatem zefir z otchłani przemijania nie przemieni się w zasysającą siły witalne trąbę powietrzną, póty mamy jeszcze czas… i tu kolejny klops. O jakimż bowiem czasie mowa? Cóż to za „eony”? Nim się człek obejrzy, najdłuższe dni wczesnego dzieciństwa trzeba zamienić na kierat edukacyjny. Powiadam kierat, bowiem dla ludzi przeciętnie inteligentnych szkoła to jeno przykry obowiązek, zaś dla ponadprzeciętnie uzdolnionych, ocean nudy upstrzony ostrymi rafami frustracji. Gdy edukacyjna ofiara spełniona, sprawy przybierają na ogół jeszcze gorszy obrót – walka o podtrzymanie trwania w świecie wymaga bowiem twardych łokci i sporej dozy determinacji. Wszelkie udogodnienia cywilizacyjne raczej ten fakt uwypuklają niż maskują, mimo to gnamy za wygodą, aż z biegiem lat przestajemy dostrzegać korzyści z dostępu do bieżącej wody czy elektryczności i poczynamy wzdychać za pięciogwiazdkowym wywczasem lub innym „ferrari”. U pożądających luksusu, wygoda schodzi do rangi niewartej uwagi oczywistości. W ten sposób dni przeciekają przez palce. Jedni w pocie czoła harują za miskę ryżu, inni gnuśnieją, wypełniając czas marzeniami o istotnie lepszym niż przeciętne jutrze. Czego byś nie tknął, trąci absurdem jak Wenecja, tonące miasto. Gdzie jedni widzą romantyczne zaułki i okazję do wytarzania się w zapychającym wszystkie dziurki dobrobycie, inni dostrzegają tylko deliryczny sen o potędze, podgryzany szczurzymi siekaczami, toczony przez wilgoć i grzyb. Jesteś zdrów – będziesz chory. Wiedzie ci się finansowo – stop euforii, nie ma takiego majątku, który nie generuje trosk. Jesteś piękny i młody – to tylko jeszcze jedno z pól na kole fortuny; piękni i młodzi odchodzą gwałtownie jak gwiazdy Hollywoodu (jedni w pogoni za bogactwem i sławą, inni dławiąc się od nadmiaru tego miodku). Masz pasję i plan – świetnie, pomyśl o przewrotce usuwającej możliwość ich realizacji. Dzieci to nasza przyszłość – może i tak, jednak nawet jeśli dziecię twe nie zostanie ćpunem albo politykiem, a tobie uda się je ukształtować tak, by odchodząc nie łykać wstydu, to tym bardziej żal będzie oczy zamknąć. Miłość nas ocali – a juści, czasem nawet gdy się już spuści; jeśli nie ty pogrzebiesz swą miłość, ona będzie musiała pogrzebać ciebie. Jak okiem sięgnąć – Wenecja. Ba, „Śmierć w Wenecji”. Babie lato, nostalgia, tęczowe metafory niczym mgiełka wokół przepysznej, monumentalnej fontanny, tryskającej życiodajnym chłodem w skwarze południa. Zacierany języczkami łagodnych fal ślad małej stopy odciśnięty w złocistym piasku pustoszejącej plaży. Wtulone w leżak ciało przeszytego atakiem cholery pięćdziesięciolatka o wypomadowanych włosach, którego tęsknota za czułością i apetyt na pośladki młodego Tadzia, doprowadziły do jakże romantycznego kresu na weneckiej plaży. Tak trywialna chuć miesza się z marzeniami o wiecznej miłości, nieprzemijającym pięknie i szczęściu. Przy czym wieczna zdaje się jeno ta pierwsza, a i to tylko złudzenie. Jezus Maria, Mann, Visconti i wszyscy święci! Miało być tragicznie, a wyszło komicznie.
Jak by na to nie spojrzeć, w każdej chwili o krok bliżej otchłani. Trwoniąc czas, odbieramy sobie szansę na prawdziwie radosny koniec, gdyż czas jedynie mija, nie czyniąc nic aby nas zmienić. Porzuć coś „schwytał” tu i teraz, inaczej zaciskając u kresu puste pięści, przyjdzie cytować innego filmowego klasyka: „Groza, groza, groza…”
Luchino Visconti „Śmierć w Wenecji”, Francja, Włochy 1971
Francis Ford Coppola „Czas apokalipsy”, USA 1979
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora paulo (2013-09-06,09:05): trochę smutny i nostalgiczny ten sen o Wenecji, o marzeniach o wiecznej miłości. Pozostaje nam cieszyć się tym czasem dzisiaj, tu i teraz. Myślę, że amatorskie spotry, bieganie, triathlon mają coć z cieszenia się chwilą, cieszenia się dniem dzisiejszym. Przynajmniej ja tak mam i póki co, mam tak dalej zamiar żyć :)
|