Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

    

brychu
WIESŁAW WÓJCIK
Chociwel
SZWLA STARGARD

Ostatnio zalogowany
2020-04-12,22:29
Przeczytano: 3802/1713271 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:10/3

Twoja ocena:brak


Relacja z 30. SPAR Budapest Marathon
Autor: Wiesław Wójcik
Data : 2015-10-21

30. SPAR BudapestMarathon to 54 maraton i 9 zagraniczny w którym wystartowałem. Po raz któryś tam towarzyszył mi starszy braciszek Julek zwany potocznie „PREZESEM”.

Od momentu zamysłu wystartowania w tym maratonie były same problemy: a to brak możliwości dokonania płatności za start, a to kłopot z kwaterunkiem (który obiecał mi załatwić kolega ze studiów jako stały bywalec Budapesztu), wreszcie samo dotarcie do Budapesztu.



Ostatecznie udało się ogarnąć to wszystko i dotarliśmy do Budapesztu rankiem w imieniny miesiąca (10.10.2015). Czekając na zwolnienie „Apartamentu” mimo zmęczenia postanowiliśmy zwiedzić trochę miasto. Czasu mieliśmy mało, bo planowany powrót tuż po maratonie w niedzielę, a Budapeszt to miasto z wieloma zabytkami i różnymi atrakcjami turystycznymi. Z racji położenia od naszej kwatery zwiedzanie rozpoczęliśmy od słynnego Parlamentu, który jest symbolem tego miasta. Już sam fakt, że byliśmy w tym mieście sprawiał nam frajdę, ale to co zobaczyliśmy z bliska zapierało dech. Ta budowla, ma 268 m długości, do 123 m szerokości, a wysokość kopuły wynosi 96 m. W 691 pomieszczeniach znajdują się siedziby praktycznie wszystkich instytucji rządowych. Zachwyt budzi nie tylko rozmiar, ale także przepięknie zdobiona fasada, z mnóstwem elementów. Najpiękniej prezentuje się on od strony Dunaju, szczególnie wieczorem, kiedy jest wspaniale oświetlony.



Mijając majestatyczny Parlament zbliżamy się do Dunaju. Mimo pochmurnej, deszczowej pogody podziwiamy wspaniałe budowle po jego drugiej stronie. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, żeby się przygotować do zwiedzania, ale wiedzieliśmy, że to co widzimy przed sobą, to Wzgórze Zamkowe i Zamek Królewski z którego rozciąga się wspaniały widok na Peszt i jego okolice.
Spacerując brzegiem Dunaju na, którym kołyszą się barki przebudowane na ekskluzywne restauracje i hotele docieramy do przepięknego jednego z 10 mostów spinających miasto. To Most Małgorzaty .



Jest to specyficzna budowla, która oprócz brzegów Dunaju spina Wyspę Małgorzaty znajdującą się po jego środku.



Tak to wygląda z lotu ptaka

Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że kilka razy przebiegniemy po nim przez Dunaj i na wyspę.

Zmęczenie po całonocnej podróży w trudnych warunkach pogodowych dające się we znaki oraz obowiązek weryfikacji w biurze zawodów nie pozwoliło nam kontynuować zwiedzania. Zameldowaliśmy się w kwaterce i udaliśmy się do Biura Zawodów. Ale nawet przemieszczając się do biura podziwialiśmy atrakcje tego miasta. Podjechaliśmy pod Plac Bohaterów najstarszym w Europie (w części kontynentalnej, bo najstarsze jest w Londynie) metrem, którego budowę rozpoczęto pod koniec XIX w. (1894r).





Do biura dotarliśmy przechodząc przez jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Budapesztu Plac Bohaterów zwany również Placem Tysiąclecia lub Placem Millenijnym. W jego centralnym punkcie stoi 36 m Kolumna z posągiem archanioła Gabriela na cokole, która przedziela półkolistą kolumnadę na dwie części. To w tym miejscu w 1956r dochodziło tu do największych manifestacji podczas powstania węgierskiego.

Jak w całej naszej węgierskiej wyprawie podczas weryfikacji nie obeszło się bez problemów. Okazało się, że weteran startów maratońskich (Prezes) nie zna swojego nr. a na listach, ktoś zapomniał go wpisać. I weź Węgrowi to wytłumacz… na nasze szczęście mieliśmy „firmowe” dresy (czytaj godło narodowe), a że Polaków nie brakowało znalazła się pomocna dusza, która nam pomogła.

Wracając z biura spotykaliśmy rodaków z którymi wymienialiśmy spostrzeżeniami, ale trafiały się też ciekawe postacie, które bardzo chętnie pozowały do zdjęć:




A opodal tej bramki poniżej, po biegu na mecie mieliśmy się spotkać, a co z tego wynikło w dalszej relacji.



Wróciliśmy do naszego przytulnego mieszkanka (czytaj „Apartament”) i padliśmy jak przysłowiowe kawki. Po krótkiej regeneracji wyszliśmy jednak znowu pozwiedzać. Ale co można zobaczyć wieczorowa porą? A można … Budapeszt nocą też jest piękny. Praktycznie wszystkie główne zabytki są oświetlone nie wykluczając z tego mostów. Jak choćby Most Elżbiety (węg. Erzsébethíd) – jeden z najbardziej rozpoznawalnych mostów w Budapeszcie, który łączy V dzielnicę Pesztu z I dzielnicą w Budzie. Zbudowany w latach 1897–1903, nazwany imieniem węgierskiej królowej Elżbiety.





Przechodząc się ulicami Budapesztu spotkaliśmy inną atrakcję, której nie mogliśmy się oprzeć. W chwilę później byliśmy już na górze (aż trzy razy) i oprócz podziwiania nocnej panoramy zastanawialiśmy się…. jak by to zatrzymać. W końcu się udało. Perspektywa spędzenia reszty nocy w kręcącym się kole nie budziła w nas entuzjazmu, choć było przytulnie w oszklonej ciepłej kabinie.

Noc była już w pełni kiedy wróciliśmy do naszej kwaterki Apartman 4 YouWestend, na Bihari Jánosutca 15. Żwawo zabraliśmy się do typowych przygotowań startowych. Zajęło to nam czas prawie do północy. a rano 6:30 miała być pobudka!!! Miała być, ale oczywiście nie była. Obudziliśmy się jeszcze ciągle zmęczeni z bólem głowy o …. 7:30 i jak zwykle, gdy się zaśpi bieganina. Na dodatek lało jak z cebra. Totalnie załamani w pędzie dotarliśmy na start bez żadnej nadziei na zrobienie „wyniku”. Żeby choć dotrwać do mety, to były nasze ambitne założenia.

10…9…8…7… po węgiersku Tíz, kilenc,nyolc,hét…..start !

Ruszyliśmy w rynsztunku (folia z bagażnika spięta agrafkami), po około 5 km zrobiło się cieplej (nam a nie pogodzie), zrzuciliśmy folie. Około 10km sprawdzam czas, cholera jest dobrze… mijam 10km z czasem 42min. Zbliża się 15km mijam…. 1h 4min czuję się dobrze co robić? Decyzja… jak tak będzie do połówki idę na 3godz. Mijam 21,08km jest 1:28, z pełna świadomością decyduję się na łamanie trójki. Biegnę dalej, kontroluję czas co pół km. Mam 25km, jest lekki zapas, który się nie zmniejsza. Jak „dojadę” do 30km z takim zapasem (2min) będzie OK. Na 30km jest 2h 4min idę na całość. Jestem na 32km zaczynają się górki, nie dobrze tracę siły, czyżby to ta przysłowiowa ściana? 34km punkt żywienia, gdzieś tu miała być glukoza, szukam... jest, dwa łyki wody biegnę dalej.

Jest coca cola… biorę dwa łyki i woda. 36km kolejny podbieg tym razem cięższy, kiedy się skończy….? Jest coraz ciężej, wychodzą braki w przygotowaniach siłowych. 38km kolejny punkt już nic nie chce szkoda czasu, jest prosta nareszcie czy będzie jeszcze podbieg? Jak będzie nie dam rady, sekundy uciekają szybko, metry coraz wolniej, jeszcze trochę … 40km coś jest nie tak GPS pokazuje, że zrobiłem 40,5km nie wiem co się dzieje, próbuje przyspieszyć. Cholera znowu podbieg tracę siły czas pędzi, zakręt, prosta 41km jeszcze tylko 1km ja mam 41,6km na GPS, byłoby tylko 500m…. ale nie jest. Mijam 42km wg mojego zegarka, cholera gdzie ta meta nie widzę bramki, drzewa przesłaniają. A wczoraj przy rejestracji była mała bramka i od niej tylko 100m do mety, to jeszcze nie to… jest widzę metę i zegar. Jest już na nim 3:00 przyśpieszam ostatkiem sił KONIEC. Mój czas 3:00:26 ja mam 2:59 45 i 42km 800m na swoim zegarku.

Ciężko oddycham, pochyliłem się ktoś podbiega pyta czy dobrze się czuje… spokojnie jest OK. Prostuje się idę po medal, kurde fajne te Węgierki, do której podejść? Biorę folie, napoje, reklamówkę z pakietem regeneracyjnym.

Wychodzę ze strefy zawodników idę w umówione miejsce gdzie się mamy spotkać z bratem. Jeszcze mu trochę zejdzie muszę zaczekać jak dobrze pójdzie jakieś 45min. Czekam …nie ma go, mija godzina dalej go nie ma co jest… szukam go po placu. Mija 1,5godz powinien być już dawno… idę pod Pomnik Bohaterów przypomniało mi się, że jakby coś wypadło to tam się spotkamy. Nie ma wracam, ale idę od strony startu przez miasteczko maratońskie, może poszedł na masaż? Nigdzie go nie widzę. Zerkam kątem oka na zielony balon, a pod nim… PREZES zmarznięty, okryty folią okazało się, że dzwonił z pożyczonego telefon i tu się umawiał tylko z kim i do kogo dzwonił?

Idziemy pod prysznic trochę nam przeszło ważne, że się znaleźliśmy jeszcze możemy trochę połazić wjechać na Góra Gellerta, może Termy…. Budapeszt nas jednak nie lubi pogoda się całkowicie załamała leje i wieje. Wjechaliśmy na Gellerta, próbujemy coś obejrzeć cholera jak by było pięknie gdyby nie ta pogoda.



Chyba pora wracać przed nami długa droga.

Rezygnujemy z Term i dalszego zwiedzania wracamy, wyjątkowo sprawnie wydostajemy się z miasta. Żegnamy Budapeszt i Węgry dopiero na Słowacji jemy ostatni ciepły posiłek i po krótkiej przerwie już bez zatrzymywania wracamy do kraju.

A tak było na trasie:















Fot. Marzena Pachucka / Green Mango Communications



Komentarze czytelników - 1podyskutuj o tym 
 

cierpliwy

Autor: cierpliwy, 2015-10-21, 16:46 napisał/-a:
Ogromna prośba dla biegaczy startujących za granicą.Kochani - biegajcie w naszych barwach narodowych!!! Z jednej strony wielka duma i radość - nie jesteście już jednym z tysięcy anonimowych biegaczy,tylko reprezentujecie nasz kraj.Z drugiej strony dodatkowa motywacja.No bo jak tutaj zwolnić kiedy sie biegnie np.ulicami Rotterdamu i słyszy sie ,,brawo Polska,,No i mamy szanse zobaczyć ilu nas jest i pomagać sobie wzajemnie.Kiedy biegam po Holandii to mam zawsze na sobie koszulke biało-czerwoną z białym orłem na piersi i własnym nazwiskiem na plecach.Bardzo często podbiegają inni polacy,rozmawiamy,biegniemy jakiś czas razem,jest dużo łatwiej.Tylko własnie - Wy rozpoznajecie mnie z daleka,możecie zagadać jeśli macie ochote.Ja nie mam takiej możliwości.Nie potrafie w wielotysięcznym tłumie rozpoznac rodaka.Pozdrawiam serdecznie.

 



















 Ostatnio zalogowani
Wojciech
20:48
chris_cros
20:35
Tathagata
20:35
M A R C I N
20:35
entony52
20:24
Namor 13
20:20
Bartu¶
20:09
ziutek58
20:04
lordedward
20:00
Pawel63
20:00
piotr72gd
19:51
bur.an
19:35
biegus.pl
19:30
fit_ania
19:27
stanlej
19:27
teddymk
19:25
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |