Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

   

Przeczytano: 5820/675287 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:7/3

Twoja ocena:brak


Po dwóch stronach barykady
Autor: Jarosław Cieśla
Data : 2014-08-06

Temat pierwszy - O rywalizacji, zwyciężaniu i pokonywaniu własnych słabości.

On:

Lubię rywalizację. Nie ważne czy będę szybszy (chociaż wolę jednak być) od innych biegaczy, ale dobre jest to, że mogę się z kimś zmierzyć. Dlaczego? Trudno powiedzieć, my faceci po prostu tak mamy. Jakaś głęboko w genach zaszczepiona potrzeba pozostawienia innych w tyle, każe nam się ścigać. A może nie tylko to, ale jeszcze tu uzewnętrznia się radość z osiągnięcia sukcesu. Jeśli prześcignę kogoś, kto do tej pory ze mną wygrywał, jest to dla mnie jak zwycięstwo na Igrzyskach Olimpijskich czy też Mistrzostwach Świata. Moich własnych Mistrzostwach. Satysfakcja jest przeogromna. Dokonałem tego, pozbyłem się kompleksów, zmieniłem „ligę”. W oczach innych widzę podziw, a może chcę go widzieć. W psychologii nazywa się to odzwierciedleniem jaźni.



Jeśli wydaje nam się, że inni patrzą na nas z podziwem, to wcale nie oznacza tylko, że oni nas doceniają. My sami wtedy uważamy się za lepszych. Bo my faceci tak mamy. Lubimy wygrywać i chcemy tego. Oczywiście zachowując się fair, grając czysto i według zasad. Po rycersku. O innych opcjach nie mówię, chociaż znajdą się i tacy, którzy reguł nie przestrzegają. Poza tym zwycięstwa są ważne. Przydają się w życiu codziennym, w pracy, w szkole, na ulicy. Ktoś kto okazuje charakter, niezłomność jest kimś. Bo wtedy widać kaliber człowieka. My faceci musimy być zwycięzcami, bo przecież jesteśmy silniejszą płcią, tak jak chciała sama natura. My mamy być muskularni, a kobiety piękne i reprezentatywne. Nieprawdaż?!

Ona:
Kobiety piękne i reprezentatywne? Tylko? Czyż nie można ich nazwać zwycięzcami lub silnymi osobowościami z charakterem? A urodzenie dziecka? To jest, moim zdaniem bohaterstwo – mieszanka bólu, radości i dumy. Nie trzeba mieć muskułów, żeby być bohaterem i zwycięzcą. Znam kobiety, które trenują bieganie karmiąc jeszcze piersią malutkie dziecko. To jest dopiero Mistrzostwo i okazanie charakteru – nocne wstawanie do dziecka, kolki, zupki, kupki – to wszystko przeplatane treningami. Oczywiście nie mogłoby się obyć bez wsparcia partnera – również bohatera, może być nawet bez muskułów, ważne, że wspiera.

Często na zawodach widzę „mocarzy”, którzy zaczynają bieg w bardzo szybkim tempie, biegną bez zastanowienia, mijam ich po kilkunastu minutach. „Bohaterowie pierwszego planu” ustawiają się na starcie zawsze na początku. Kończą często na jednym z ostatnich miejsc.
Czy rywalizacja jest dla nas kobiet ważna? Ważna, lecz nie stawiałabym jej na pierwszym miejscu.



Dla mnie udział w zawodach biegowych to poznanie ciekawych, pozytywnie zakręconych ludzi. Cieszę się tym, że uczestniczę w fajnym sportowym wydarzeniu. Jeśli pobiegnę tak, że uplasuję się na miejscu na „pudle” to świetnie. Radość jest ogromna: z tego, że znów mam nową życiówkę, że znajomi mi gratulują, że wygrałam nagrodę, zdobyłam puchar. Cieszę się jeżeli uda mi się prześcignąć koleżankę, z którą rywalizuję w jednej kategorii.

Myślę, że rywalizację się wypracowuje. Faceci od wieków rywalizują ze sobą w zdobywaniu pożywienia lub kobiety i mają to we krwi. W czasach obecnych mocna, widoczna rywalizacja przejawia się przeważnie na gruncie sportowym. W moim przypadku było tak: nie lubiłam rywalizacji, nawet kiedy byłam w klasie sportowej, często odpuszczałam, nie „kręciła” mnie. Owszem, cieszyłam się z wygranej, ale liczyło się bardziej coś innego: towarzystwo innych ludzi, dobrze spędzony czas. Zmieniło się to od momentu, kiedy zaczęłam uczestniczyć w zawodach biegowych. Uśpiony duch rywalizacji obudził się i zaczął mnie „nakręcać”… ale po skończonym biegu, może nawet zwycięstwie, wręczeniu nagród i tak wolę po prostu pogadać z biegowym towarzystwem, niż puszyć się wygraną. To jest moja Victoria!



On:
Nie lubię jak ktoś się chełpi. Przechadza się wśród znajomych, mówi w taki sposób, by inni go słyszeli, zaznaczając w dodatku, że słabo pobiegł. Inni wpadają na metę z wywieszonym językiem, a on przecież mógł lepiej. Co to dla niego trudy trasy, bieganie w upale i zmęczenie organizmu? Mógł lepiej, mimo, że i tak zrobił to, co zakładał przed startem. Wpędza w kompleksy pozostałych, bo skoro nie dał z siebie wszystkiego, a oni doczłapali się ostatkiem sił, to jak to o nich świadczy? Są po prostu słabi, zwykłe leszcze i zapewne tak się czują, przeglądając się jak w zwierciadle w jego „wypowiedziach”. Nie lubię takich „wiecznie niezadowolonych”, którzy tak naprawdę chełpią się swoją mocą. Zwyciężyłeś, byłeś lepszy, ja to szanuję i doceniam, ale Ty uszanuj tych, co byli za Tobą. Często na treningach, gdy biegnę, wyobrażam sobie, że przeganiam takiego chwalipiętę i zostawiam go w tyle. Podczas zawodów, jeśli z takim wygram lubię popatrzeć mu prosto w oczy. Fajnie jest wtedy widzieć jak ucieka gdzieś wzrokiem. I jak się teraz czujesz mistrzu? Dałeś z siebie wszystko? Nie? Ja również! Mogłem lepiej.

Nie chodzi o to, żeby kogoś pognębić, ale żeby pokazać mu jak czuli się inni, gdy to on był na szczycie, a pozostałych miał za nic. Taki mały rewanżyk. My faceci lubimy się rewanżować. Jak przypomnę sobie buńczuczne wypowiedzi hiszpańskich piłkarzy przed meczem z Holandią w fazie grupowej ostatniego Mundialu, a potem ich miny po sromotnej porażce, to od razu mam ochotę powiedzieć: „szanuj bracie przeciwnika swego”.

Ona:
O co biega kobiecie, która biega? Otóż ona nie musi pokazywać, że jest lepsza. Biega, bo ten rodzaj ruchu wyzwala endorfiny, bo pomaga zachować świetną sylwetkę. Kiedy uczestniczę w zawodach, nie myślę o tym, żeby się zrewanżować za poprzednie, w których zajęłam gorsze miejsce. Cieszę się i oczywiście czuję lekki dreszczyk emocji, kiedy w tym biegu bierze udział moja rywalka. Stojąc razem na podium, ściskamy się i gratulujemy sobie serdecznie umawiając się na następną „ustawkę” biegową – na kolejne zawody. Oczywiście naturalne jest to, że bardziej usatysfakcjonowana jest ta, która „usadowiła się” na wyższym stopniu podium, jednak nie o to chodzi, żeby spoglądać sobie prosto w oczy po zrewanżowaniu się za porażkę.



Oczywiście, kiedy przegram, wiem już, że następnym razem muszę dać z siebie więcej. No, bo właściwie gdyby było inaczej, traci sens udział w zawodach. Zawody są po to, żeby się sprawdzić, pokonać swoje słabości. Co do rywalizacji, dużą satysfakcję daje mi ściganie się z mężczyznami. Niektórych to nieźle wkurza, kiedy ich prześcignę, u innych budzi to szacunek i podziw. Podobało mi się, kiedy biegłam swój pierwszy maraton i na 35 kilometrze mijałam kilku mężczyzn, a oni się zatrzymali bijąc mi brawo. Dodało mi to sił i radości z pokonanych kilometrów.

On:
Stanąć na podium i trzymać w ręku statuetkę, puchar, trofeum – to jest to co daje ogromną satysfakcję. Dlaczego? Nagrody rzeczowe dla facetów nie mają żadnego znaczenia. Nie rozumiem co kobiety w tym widzą. Przecież sam mogę sobie kupić bluzę sportową, skarpetki czy innego rodzaju gadżet. Liczy się splendor, chwała i wieczna sława w panteonie bohaterów! Co? Brzmi zbyt górnolotnie albo nawet śmiesznie? A co mnie to obchodzi! Spojrzenia innych zawodników, albo zawodniczek, w kierunku tego kto ich wyprzedził, kto był zwycięzcą jest bezcenne. Widzę, że zdobyłem szacunek, respekt, uznanie. Teraz będą musieli się bardziej sprężyć na kolejnych zawodach, by mnie pokonać. Podniosłem poprzeczkę. Już nie jestem frajerem do bicia. Przesuwam się do przodu. Na starcie zawodów już nie muszę być na szarym ogonie. – Stawaj razem z nami – wołają na mój widok. Przekroczyłem pewną barierę.

A potem tylko wrzucimy kilka fotek z naszego sukcesu na portale społecznościowe, żeby ci którzy nie mieli możliwości oglądać nas osobiście na zawodach, też mogli dowiedzieć się o naszym heroicznym wyczynie. Przecież nie darowaliby nam braku tak ważnej informacji.



My faceci lubimy błyszczeć i być podziwiani. Przeciwnikom podamy rękę, poklepiemy po plecach, rzucimy krótkie: „następnym razem będzie lepiej”, ale przecież za żadne skarby nie chcemy, że by tak było w rzeczywistości. Uwielbiamy chodzić w bohaterskiej glorii.

Ona:
Faceci uwielbiają trofea. To jak zdobycie łupu, skarbu. Niczym Wikingowie po bitwie morskiej i abordażu, pławiący się w zdobytych skarbach. Patrzcie na mnie, to ja jestem najlepszy, wygrałem! Sława i chwała bohaterom! Tłum ich uwielbia, dziewczyny mdleją na ich widok. Może dlatego faceci tak uwielbiają trofea i statuetki. Wystarczy popatrzeć na piłkarzy. Kiedy zdobywają puchar pieszczą go, całują, przekazują sobie z pietyzmem i czcią godną co najmniej królowej angielskiej. A potem pysznią się i puszą jak pawie.

Osobiście wolę nagrody rzeczowe niż puchary czy statuetki. Te pierwsze często są po prostu bardziej praktyczne. Pewnie, że można iść do sklepu i kupić np. aparat fotograficzny lub robot kuchenny. Ale do takiego wygranego w zawodach inaczej podchodzimy. Zawsze, kiedy go używam przypominam sobie, w jaki sposób na to „zapracowałam”. A puchar? Cóż zazwyczaj stoi na półce, kurz na nim osiada, i tylko czasem ktoś na niego spojrzy przypominając sobie, w jakich zawodach został zdobyty.



Nagroda rzeczowa to dla mnie niespodzianka, prezent za udany bieg, za ciężkie treningi, które towarzyszyły przygotowaniom do zawodów i zazwyczaj są więcej warte niż puchar. I na pewno bardziej przydatne, np. aparat fotograficzny, tablet lub robot kuchenny (wygrane przez mnie ostatnio na zawodach). Możemy z nich stale korzystać, a ja wtedy przypominam sobie z sentymentem za jaki bieg je otrzymałam. Nie jestem gadżeciarą, ale lubię dostawać prezenty. Taka nagroda jest właśnie prezentem za udany bieg, za ciężkie treningi, które towarzyszyły przygotowaniom do zawodów.

On:
Lubimy pokonywać własne słabości. Coś co do tej pory było prawie nieosiągalne teraz, dzięki naszej pracy na treningu jest już na wyciągnięcie ręki. Jednak przecież łatwo nie było. Często treningi są tak mordercze, że już podczas nich „padamy na twarz”, „gryziemy trawę”, ale się nie poddajemy. Przecież nie wymiękniemy. My faceci tak mamy, że dajemy radę, nawet jak już nie ma sił. Janusz Kusociński zdobywając złoty medal olimpijski w 1932 roku w Los Angeles w biegu na dystansie 10.000 metrów zwyciężył zmagając się z bólem opuchniętych i całych w bąblach stóp. W 1964 roku na Igrzyskach w Tokio mieliśmy dwóch bohaterów: Jerzy Schmidt zdobył złoty medal z nie wyleczoną kontuzja kolana, a Marian Kasprzyk w boksie też stanął na najwyższym stopniu podium walcząc w finale ze złamanym palcem.

Internetowe fora społecznościowe pełne są relacji z „morderczych” treningów. „Trener dał mi w kość”, „dziś umierałem już na drugim kilometrze”, „zgon przyszedł szybko” – opisy mówią jednoznacznie, że musieliśmy nadludzkim, a może nawet wręcz herkulesowym wysiłkiem wykonać sesję treningową. Ale się udało. Było piekielnie trudno, ale przecież nie wymiękniemy. Nic nas nie jest w stanie złamać! My faceci już tak mamy, że jesteśmy twardzi!



Ona:
My, kobiety znamy te męskie twardzielstwo. Ujawnia się zwłaszcza podczas zwykłego przeziębienia, które jest prawie śmiertelną chorobą dla faceta. Wszak mężczyźni to kruche organizmy. Wystarczy kilka bakterii i wirusów, żeby rozłożeni byli na łopatki, niezdolni do jakiegokolwiek wysiłku. Nasi bohaterowie lubią afiszować się ze swym cierpieniem. Jest to świetna wymówka na wszystko: gdy wygrają, to wzbudzają jeszcze większy podziw, bo „z kontuzją biegłem”, a kiedy nie uda się zdobyć godnego miejsca, to zawsze jest na to usprawiedliwienie. Na zawodach często słyszę od kolegów, że ich gdzieś strzyka, łamie w kościach, a to źle się im oddycha, a to mają zakwasy po ciężkim treningu. Na forach biegowych również to samo: trening jest katorgą, nogi mam ciężkie, itp. Nasi Herkulesi wymiękają? Myślę, że potrzebują ciągłego podziwu, potwierdzenia, że mimo jakichś dolegliwości dali radę. Dziewczyny nie narzekają. Kiedy trening wymaga większego wysiłku, po prostu go wykonują. Bez gadania. Zacisną zęby i ciężko pracują na swój sukces.

Nie ma, że boli, że gorączka, lub miesiączka. Znam kobiety, które karmią jeszcze dziecko piersią i potrafią przygotowywać się do triathlonu. Na takie treningi nie tylko trzeba mieć czas, ale i fizyczną siłę. A kiedy piersi bolą od nadmiaru pokarmu, dziecko często budzi się w nocy, to naprawdę – wielki szacun. Nasza twarda góralka Justyna Kowalczyk zwyciężyła z pękniętą kością stopy na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Ależ wzbudziła tym podziw i szacunek! Może my kobiety już takie jesteśmy, że od zarania dziejów musimy sobie dawać radę mimo różnych przeciwności, które przynosi nam życie? Może to wynika z tego, że kiedy mężczyźni wyruszali na polowania lub na wojny, kobiety zostawały same i chcąc nie chcąc musiały sobie poradzić? W każdym razie, dajemy radę i biegniemy dalej!

On:
Biegniecie, biegniecie, chyba, że nie macie się w co ubrać, bo w tej koszulce już inne koleżanki widziały Was… aż dwa razy ;-)

Ona:
Dobra, dobra. Wygląd to połowa sukcesu. Klasę trzeba mieć!

Ale o tym już w następnym artykule pt: Strój nie wygrywa, ale… nowe trendy w biegowej modzie trzeba znać!

Autorzy:
Elżbieta Cieśla – Ona, Jarosław Cieśla - On



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał













 Ostatnio zalogowani
ahawranek
13:28
vipsektor
13:27
runner
13:26
d.chylinska@wp.pl
13:12
Andrzej.
12:30
nikram11
12:11
Admin
12:06
pol1948
11:54
gawon
11:38
Gapiński Łukasz
11:24
biegacz54
11:23
Jurek z Jasła
11:22
Konsul
11:14
aniquo
10:45
Fidelio
09:25
Madmax
09:24
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |