Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [1]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Jacek Reclik
Pamiętnik internetowy
SMAKI BIEGANIA

Jacek Reclik
Urodzony: 1970-08-18
Miejsce zamieszkania: Rybnik
5 / 5


2021-05-04

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Festiwal Biegów Konstytucji 3 Maja w Lublińcu (czytano: 250 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: https://smakibiegania1.blogspot.com/

 

Święto Konstytucji 3 Maja postanowiliśmy uczcić najlepiej jak potrafimy czyli na biegowo, wybierając się na Festiwal Biegów do Lublińca. W sumie z Rybnika na tych kameralnych zawodach treningowych miało być aż 10 osób. Ostatecznie na starcie zjawiło się nas ośmiu, z czego siedem osób wybrało półmaraton.
O trasach w Lublińcu słyszałem wiele pozytywnych słów. Że urokliwe, niezbyt trudne, w całości na terenach leśnych, a aura sąsiadującego z nimi poligonu dodatkowo wzmagała ciekawość. Dla mnie, który zaledwie trzy tygodnie wcześniej opuścił dom po covidzie, miejsce to jawiło się jako wymarzone do kolejnego popróbowania swych sił z większym dystansem. Tydzień temu dyszka w Pszczynie, to czemu nie teraz półmaraton ? A jak jeszcze pobawić się biegowo w gronie wypróbowanych znajomych, to czegóż chcieć więcej ?
Podróż z Rybnika do Lublińca praktycznie przebiegła jak z bicza trzasł, nie licząc poganiania Magdy, żeby wyprzedzać co wolniejsze pojazdy. No, ale jej temperament w tym zakresie został znienacka utemperowany, gdy nagle pojazd przed nami, został skutecznie namierzony przez nieoznakowany pojazd policji.
Lubliniec przywitał nas deszczem, zaś samo miejsce startu to w zasadzie jedna duża wiata i budynek przypominający stodołę, a oprócz tego lasy, lasy, lasy. Formalności zostały dosyć szybko dopełnione i już mogliśmy się zakręcić wokół miejsca startu.
Moment startu był pojęciem umownym. Każdy mógł wystartować w dowolnej porze między 9.00 a 11.00. Oczywiście większość, łącznie z nami, przybyła na tę najwcześniejszą godzinę. Zostaliśmy wszyscy energetycznie przywitani przez organizatora, który wyjaśnił nam główne zasady „treningu”, bo taką formę, ze względu na pandemię, przybrały zawody. Do wyboru były trzy dystanse maraton, półmaraton i 7 km.
Moment startu i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, deszcz przestał padać i od razu wszystko nabrało jaśniejszych barw. I poszły konie po betonie. Wojtek, który w przeciwieństwie do nas, zamiast gadać, solidnie się rozgrzewał, od razu ostro ruszył do przodu. Mimo kontuzji, z którą zmagał się kilka dni przed zawodami, dał radę trzymać się biegowej czołówki i zajął wysokie piąte miejsce. Gratulacje. Ale zawsze będę powtarzać – Wojtek to inna liga i niedościgły wzór. A jak jeszcze uwolnią masowe biegi na asfalcie, to wtedy pokaże klasę.
Podobnie inna liga to Irek i Darek, prywatnie „szwagry”, którzy są niezastąpionymi biegowymi kompanami, dopóki nie startują na tym samym dystansie. Wtedy wstępuje w nich duch wewnętrznej rywalizacji. Niby nie zależy im na miejscu w klasyfikacji, niby nie zależy im na czasie – i z tym jeszcze się od biedy zgodzę. Ale o to, który z nich okaże się lepszy na mecie toczą prawdziwe boje, zaś taktyki na takie biegi są zawsze owiane tajemnicą. Nie inaczej było tym razem – Irek ostro pognał do przodu a Darek wystartował z tyłu, stopniowo zwiększając tempo. Podobno spotkali się tam gdzie na trasie i wspólnie gnali do mety. Chodzą słuchy, że tym razem lepszy był Irek, aż o całe 0,0003 s. Irku i Darku lubię tę Waszą międzyszwagrową rywalizację i szczerze Wam gratuluję. A okazja dla Darka do rewanżu już w maju na Wizzair półmaraton.
I wreszcie pora na nas. Koneserów biegania. Marek, Madzia, Magda (to tak dla odróżnienia, chociaż podobno Madzia jest starsza od Magdy, ale Madzia jest dłużej naszą biegową znajomą i mogła wybrać ksywkę), ja, no i Iza, która wybrała 7 km, ale przez pierwszą pętelkę dzielnie nam towarzyszyła. My też trzymaliśmy tempo. Biegliśmy Galloway’em, zmagając się z silnym wiatrem na początkowych pięciuset metrach każdej pętelki, podziwiając piękno biegowej trasy czy wesoło dyskutując niekoniecznie na biegowe tematy.
Trasa naprawdę była urozmaicona, a że przy okazji była także doskonale oznakowana, to mogliśmy do woli podziwiać rzeczki, stawki, leśne ambony, powalone drzewa, no i patrzeć pod nogi, bo błotko też się nam trafiało. A gdy jeszcze napiszę, że biegaliśmy w okolicach poligonu i wokół wojskowej strzelnicy, o czym ostrzegały gęsto rozlokowane tablice, zabraniające wchodzenia w głąb lasu, to dziewczynom uruchomiła się wyobraźnia. Madzia tak wytrwale szukała jakiegoś schronu czy bunkra, że nie mogąc nic znaleźć, musiała się zadowolić jakąś betonową rurą pozostawioną w lesie.
Obydwie Magdy tym biegiem robiły swój pierwszy oficjalny półmaraton z pomiarem czasu. Ale już wyznaczyły sobie kolejny cel. Widząc na drzewach wymalowane literki „M”, które służyły za oznakowanie trasy maratonu, zrobiły sobie symboliczne zdjęcie. Czy również w moim towarzystwie zrobią swój pierwszy maraton ? Poważnie się zastanawiam, bo dwie Madzie w stereo i w kolorze to trochę za dużo, jak na moje pocovidowe serce.
Czas upływał nam nadspodziewanie szybko. Po pierwszym okrążeniu z żalem pożegnaliśmy Izę. Nie dała się skusić nam, ani sympatycznym organizatorom, aby zrobić połówkę, chociaż dałaby sobie spokojnie radę w naszej grupie, a może już myślami była przy gorącym posiłku ?
I tak w czwórkę polecieliśmy na dwie kolejne pętelki. Marek zabawiał nas dowcipami i bacznie pilnował czasu, ja robiłem za fotografa. A Madzie wprowadzały wiele zdrowego fermentu – żywo dyskutowały czy dobrały odpowiedni strój do zmieniającej się pogody, czy plecaczek na siedmiokilometrową pętlę jest potrzebny, gdzie wystartują w najbliższym czasie i o ile zwiększą swój biegowy dystans, i zawsze miały chęci w podskokach ustawić się do obiektywu mojego smartfona, mimo, że niekiedy robiłem sobie … selfie. Ale jednocześnie trzymały tempo biegu, były równie gadatliwe i głośne jak my, stąd stanowiły fajne uzupełnienie naszego „koneserowego” teamu.
I tak radośni i prawie rześcy wbiegliśmy na metę. Madziom nakręciliśmy historyczny filmik z premierowego zaliczenia oficjalnego półmaratonu i złożyliśmy gratulacje i podziękowania za wspólny bieg. Potem seria zdjęć z flagami Polski i Rybnika – nie ma co mówić nasza grupka wprowadzała spory, ale pozytywny ferment, w kameralną atmosferę tego miejsca … i nastało to co tygrysy lubią najbardziej … ucztowanie i fetowanie sukcesu, którym było ukończenie biegu. Tym razem znaczącą część naszej grupy stanowili panowie. Zabrakło Ewy, Cili, Ady i Jolki – dziewczyny serdecznie Was pozdrawiamy. Brakowało Was i szczerze wierzę, że szybko nadrobicie zaległości. A tak, to my panowie musieliśmy stanąć na wysokości zadania – były przekąski, babka, słodycze, wszelakie izotoniki i … dzika kaczka.
Polepsza się sytuacja związana z covid. Powoli znoszone są obostrzenia. Wierzę, że również dla nas biegaczy, zaczyna się bardziej optymistyczny okres związany z oficjalnymi startami. Wszystkim Wam życzę, abyście już niedługo mogli wystartować na wymarzonych dystansach w wymarzonych biegach.


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
gpnowak
21:37
tete
21:37
zmierzymyczas.pl
21:36
maraton56
21:35
pawelzylicz
21:28
andrzejgonciarz
21:25
chris_cros
20:45
entony52
20:45
heineken
20:42
Admin
20:34
dawidcyt
20:34
Piotr Czesław
19:56
kirc
19:49
heelmaes
19:43
Pawel63
19:42
piotr72gd
19:24
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |