Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

  WIZYTÓWKA  GALERIA [71]  PRZYJAC. [88]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
snipster
Pamiętnik internetowy
rozrewolweryzowany rewolwer, stół z powyłamywanymi nogami...

Piotr Łużyński
Urodzony: 1977-05-23
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
314 / 326


2018-02-13

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
w objęciach matrixa (czytano: 365 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: youtu.be/hoZWjhezL7k

 

Powracam do żywych, chociaż nadal czuje się, jakby mnie coś trzymało.
Nie wiem jak to jest zmajstrowane, ale choróbsko przychodzi zawsze w najmniej oczekiwanym momencie... a może to kwestia braku ciastek? ;]

Postanowiłem się trochę się rzucić na kwestię przykręcenia ilości ciastek - ogólnie pochłanianie słodyczy jest u mnie na poziomie tonażu dla wielorybów.
Ambitnie rozczytałem się jak to jest fajnie biegać mając mniej kilogramów na sobie, co z resztą dobrze pamiętam ;)
Może nie jestem jakimś człekiem o wielkiej tuszy, co zresztą uświadamiają mi znajomi przy każdej okazji, to jednak chuchrem też nie jestem.

W weekend pod koniec stycznia, bo to jakoś wtedy było... zacząłem ambitnie swoje postanowienia realizować poprzez praktykę.
I tak, idąc rano w sobotę do piekarni po bułki jedynie napatrzyłem się na babkę cytrynową z przepiękną cukrowo-pudrową posypką, która zalotnie uśmiechała się do mnie zza szyby na ladzie. Oparłem się pokusie i wróciłem tylko z bułkami.

Poleciałem jak to zwykle w sobotę na fajny rozbieg po fajnym lesie w środku robiąc 10 rytmów - 18km całości - to w ramach podmęczenia nóżek przed niedzielnym LongRunem.
Wieczorem spotkania towarzyskie z kuzynostwem i nie tylko, więc były... zajęcia densflorowe przy drinkach. Tak, księdzem i ascetą nie jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, w tym i driny :P

Niedziela rano leniwa, że hoho... bułka z miodem, ale bez banana jak u Małysza. Wylegiwanie się spore na wyrze, ale i zebrałem się rozbiegać tego kaca. Bez wody i żeli, na spokojne spalanie ukrywających się we mnie ciastek z komunii jeszcze ;)
Pobiegłem na totalnym głodzie, chyba po 4h od śniadania... tak zeszło, zanim się zebrałem ups :)
Szczerze, to lubię takie weekendy, gdzie nigdzie się nie spieszę, nigdzie nie pędzę, wszystko się dzieje samemu, bez pośpiechu.
Jest to przeciwieństwo tego, co inni robią tego dnia, kiedy to biegają z samego rana.
Moja niedziela była z gatunku mrówki, która płynie na liściu po jeziorze podziwiając wszystko wokół. To było 27km luźnego rozkacowywania przy momentami gwizdach i nuceniu o fantazji, przemieszana z pozdrowieniami dla mijanych biegaczy.

Wróciłem do domu, otrzepałem się z kurzu na nogach i tak dalej - rozciąganko, prysznicowanko, przebieranko, herba z miodem i bułka z miodem. Leniuchowanie i jakaś kanapka wieczorem. Lenistwo takie, że nawet nie chciało mi się wieczorem wyłazić na jakiś makaron, czy pizzę. Poprawiłem wieczorem francuskim trójkątem bo przecież zasłużyłem ;) a bilans kalo i tak był ujemny tego dnia :P

W poniedziałek jak zwykle sajgon w pracy, popołudniu sauna i wróciłem lekko podsmarkujący. Niby nic, w sumie normalka po powrocie z dwora.
We wtorek niby nic się nie działo. Wyskoczyłem na obiad w południe i wróciłem z lekkim katarkiem. Nie wiem, w jadłodalni było strasznie duszno i parno, wentylacja jest tam okropna, a tego dnia była wręcz dramatyczna. Ktoś musiał być tam chory i zaczęło się.
Po powrocie już mnie zaczęło lekko brać, ale jeszcze nic. Po pracy postanowiłem wyskoczyć "rozbiegać" - 14km na spokojnie, chociaż po drodze sporo kominów... sezon grzewczy jprdl. Po powrocie przeprosiłem się z czosnkiem do kanapki.

Wieczorem przed snem się zaczęło - gorączka, potok z nosa śluzu. Od środy jazda już na maxa. Wysmarkałem wszystkie chusteczki, wszystkie ręczniki, nawet wszystkie majtki zostawione przez fanki razem z ich rajstopami ;) mój nos zamienił się w fabrykę śluzu i nie nadążałem z jego wysmarkowywaniem.
Momentami czułem się jak ślimak w fabryce na taśmie, który gdzie się nie ruszy zostawia ślad. Nie pomagało już nic, gorączka coraz większa.
Czasem siedziałem i miałem jakieś halucyny, nie wiem czy to za sprawą nadmiaru miodu do herby, czy gorączki, ale powoli nabierałem niechęci do wszystkiego z miodem, czosnkiem, cytrynami i w ogóle wszystkiego. Odkopałem jakieś tablety z mojej apteczki, gdzie królują głównie rzeczy do smarowania pleców i nie są to afrodyzjaki.
Nie pomagało nic.
Czwartek i piątek ogólnie wyjęty z życiorysu. To była tylko walka o przetrwanie. W sobotę gorączka spadła do 38.6C, smarkanie powoli malało, ale zaczęło się cherlanie. W nocy miałem takie momenty, gdzie nie mogłem przestać przez kilka minut. Myślałem, że wypluję płuca. Suchy kaszel mnie dobijał.

W niedzielę ścięło mnie z nóg po przebudzeniu, co mnie totalnie już rozmiękczało psychicznie. Ledwo zdołałem podkręcić rolety do góry i doczłapać do wyra z gwiazdkami w oczach. Zacząłem mieć obawy, czy zaraz nie wyląduje na pogotowiu. Po jakimś bylejakim śniadaniu udało mi się dojść do apteki, po syrop i ibuprofen. Gorączka zaczęła maleć, kaszel nihuhu. W poniedziałek spróbowałem inny syrop i dopiero on mi pomógł.

Powróciłem do żywych w środę, chociaż to i tak nadużycie. Postanowiłem trochę się poruszać, co powinno pomóc. Polazłem pod dach, aby nie prowokować czegokolwiek z gardłem i wskoczyłem na bieżnię na godzinkę spokojnego biegania.
Jeny... 22C i brak ruchu, miękkie sprężynujące podłoże... czułem się jak śledź chlaśnięty i rzucony na boisko do gry w jakimś japońskim teleturnieju.
Po godzinie było mnie kilogram z hakiem mniej i trochę cherlania.
W czwartek i piątek podobnie. Mocy zero ogólnie. Płuca inaczej mi pracują, jakby miał jakiś tłumik w środku. Nogi to jakieś kolumny Zygmunta...
Wszystko wypracowane przez ostatnie tygodnie poszło w piach.

W sobotę postanowiłem wyskoczyć do lasu na Wzgórza Piastowskie trochę się dotlenić czystym powietrzem. Biegało mi się mega słabo. Moc porównywalna z mocą dżdżownicy. Pospinany byłem cholernie wszędzie, najbardziej w pośladkach, przez co biegłem chyba jak pokraka, która połknęła kija.
Spięte poślady czułem jeszcze bardziej w niedzielę, gdzie wypuściłem się nieco dalej trochę w stylu ułańskim - 24km. Odblokowałem się gdzieś w połowie, chociaż próba wskoczenia na normalne jeszcze dwa tygodnie wcześniej prędkości 4:30-4:40 była walką skakania przez karła do kosza, aby zrobić wsad. Zwolniłem do prędkości lajtowej - jakoś w okolicy 5:00 i leciałem tak sobie, po prostu.

Dobiec do domu, jakoś dobiegłem, ale po powrocie trochę cherlałem przez kilka minut. Nie jest to optymistyczne, no ale najwidoczniej muszę uzbroić się w cierpliwość.
Jak tu być cierpliwym, kiedy już się brykało niczym na randkach z sexowną blondyną, a tu nagle znowu akcja "powrót" o numerze "1573".

Ostatnio mam wrażenie, że utknąłem w jakimś jednym punkcie i tkwię. Zamiast brykać coraz wyżej, szybciej... walczę ciągle z jakimiś powrotami, jakby ciągle walczył z wciąganiem gumki do majtek - co przewlekę z jednej strony, to mi ucieka gumka z drugiej. Co załatwię z drugiej, to z tej pierwszej znowu...
Kręcę się za ogonem jak krejzi pieseł.

Mam nadzieję, że przez kolejny tydzień uda mi się jakoś rozbiegać i wskoczyć na tory... no i te mięśnie w tyłku zaczną normalnie funkcjonować ;)


W ogóle, to na bieżni pod dachem jest zabawnie.
Pomijam już fakt pocenia się, niczym wieloryb na oceanie. Wytrzymać godzinę, czy więcej w jednym miejscu wpatrując się w ścianę jest cholernie ciekawym przeżyciem na psyche ;)
Raz biegałem przed oknem, ale bieżnia była nieco pod kątem... jak zacząłem się wpatrywać w moją pogiętą sylwetkę, która przypominała kombajn Ursusa podczas żniw o mało się nie przewróciłem, chcą jakoś podświadomie korygować postawę będącą pod kątem.
Dziwnie się biega obok kogoś, kto szura innym rytmem... też można się zaplątać.
Największy fun mam i tak z pakersów, którzy w połowie stoją i gadają, albo z rzucania przez nich żelastwem po paru seriach. Najlepsze są kwestie jakie omawiają w szatni... lekcje chemii w średniej to pikuś w porównaniu do omawianych tematów - przypomniał mi się kabaret z podobnym motywem (link) ;)


koko dżambo i do przodu :)


Aloha
pl


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


paulo (2018-02-13,16:37): Snipi, witamy wśród żywych :) Tylko nadal nie wiadomo ile schudles i ile zyskasz w maratonie ? ;)
snipster (2018-02-13,19:50): w sumie to nie wiem jak z wagą, dopiero zaczynam "pomiary" jak jestem na bieżni (przed i po), bo w domu nie posiadam... i chyba to dobrze ;) w środę było 75, w piątek 74.4 ;)
Jarek42 (2018-02-14,17:09): Tak z mojego doświadczenia - czosnek nie do kanapki, ale rozgryźć i trzymać jak najdłużej w gardle. Jeżeli jesz bułki z mąki pszennej, to najgorsze co można jeść z pieczywa. Biała mąka, biały cukier, biała sól - trzy białe śmierci.
snipster (2018-02-14,19:53): Jarek, nie.... nieeeeee.... :) nie zrezygnuję z białych bułek raczej dość łatwo... z wielu rzeczy zrezygnowałem w międzyczasie na przestrzeni biegania, ale bułki to ostatni bastion i ten smak, świeżej bułki z rana z miodem w weekend, no nie dam się tak łatwo tego pozbyć ;) a na serio, to nie można być zakładnikiem swojego życia, bo te, jest zbiorem różnych przyjemności. Nie używam wprost soli, cukru czy podobnych. Nie można popadać ze skrajności w skrajność :) bo wkrótce pozostanie czarny chleb i woda jedynie.
84cantona7 (2018-02-15,20:46): Jarek dodałbyś chociaż raz jakiś pozytywny komentarz, a nie cały czas pouczasz i prawisz swoje mądrości. Bez urazy ale pozwól każdemu żyć na swój sposób. To, że ktoś robi coś inaczej to nie znaczy, że robi to źle.







 Ostatnio zalogowani
zenek710424
16:32
jantor
16:32
tomas
16:31
uro69
16:30
Andrea
16:26
maratonczyk
16:14
Zabson
16:06
Redakcja
16:03
Siemach
16:03
mieszek12a
16:00
stanlej
15:45
cyzik
15:42
anielskooki
15:40
poszurany.pl
15:37
Adam P.
15:33
wk0307
15:32
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |