Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

    

  WIZYTÓWKA  GALERIA [126]  PRZYJAC. [290]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
mamusiajakubaijasia
Pamiętnik internetowy
"Byle idiota pokona kryzys; to co cię wykańcza, to codzienna harówka" - Antoni Czechow

Gabriela Kucharska
Urodzony: 1972-08-26
Miejsce zamieszkania: Rudawa / Kraków
397 / 580


2011-08-13

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
O czym myślę, kiedy mówię o Maratonie Karkonoskim... (czytano: 993 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=_Wxqpj-61ts

 

Już ochłonęłam, już odespałam, już mogę o tym napisać.
(osobliwie w sytuacji, kiedy obudziłam się przed szóstą rano, a moi domownicy śpią jeszcze słodko, pogrążeni w objęciach Morfeusza.)

Jak by to dziwnie nie zabrzmiało, Maraton Karkonoski jest dla mnie imprezą "kobiecą" :)
Czemu?
Już trzeci rok z rzędu, w czasie maratonu - a może raczej czasu "okołomaratońskiego" - bardzo dużo czasu spędziłam na rozmowach z Anią i Ewą; obie bardzo lubię, a jako, że są Toruniankami, więc też i nasze spotkania, siłą rzeczy, są rzadkie.
Poza tym, jest to jedyna impreza w roku, w czasie której spotykam Basię (MEL.), a ja lubię ją spotykać:)

No!
I tyle tego wstępu dygresyjnego:)
Czas przystąpić do rzeczy:)

Ta konkretna edycja Maratonu Karkonoskiego była czasem, kiedy ze strony rozmaitych ludzi (często nieznanych) spotkało mnie dużo dobra.

Zaczęło się od tego, że Ania napisała, że ma wolny nocleg na Szrenicy. Oczywiście, że chciałam skorzystać:)

Potem transport.
Będę szczera, i napiszę uczciwie, że kwestię transportu zaniedbałam totalnie. Jeszcze tydzień przed maratonem nie wiedziałam, jak na niego pojadę. Karygodna niefrasobliwość.
Tytus, na moje grzeczne pytanie, powiedział mi, że oni są już pełni. Szkoda...
A następnego dnia zadzwonił, że pełni są, ale trudno. Najwyżej będziemy się gnieść, ale mogę jechać z nimi.
W sumie zdecydowałam się na opcję jazdy PKS-em, a to dlatego, że jechał w nocy i był tani. Tak sobie pomyślałam, że fajnie będzie znaleźć się o siódmej rano w Jeleniej i mieć cały dzień na Jelenią, Cieplice, wyjście na Szrenicę (jeszcze w czwartek, kiedy to wyjeżdżałam z domu, wyciąg nie chodził, bo się zepsuł), i odpoczynek przed maratonem.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
To znaczy udałam się do Krakowa celem kupna biletu na rzeczony PKS. I tu problem. Autobus jest przelotowy z Przemyśla, i pani w Krakowie sprzedać mi biletu nie może.
Ale...dała mi dobrą radę, żebym poszła do dyżurnego ruchu i poprosiła o telefon do przewoźnika, i może coś via telefon załatwię.
Poszłam więc do dyżurnego, który okazał się być kobietą, i numer dostałam.
A w domu złapałam za telefon i jęłam wydzwaniaać pod wskazany numer. Odebrał mężczyzna o chłodnym sposobie prowadzenie rozmowy.
Naświetliłam mu sytuację bez wgłębiania się w szczegóły (to znaczy o maratonie słowo nie padło, za to zapewniłam go, ze ja MUSZĘ pojechać tym autobusem) i zapytałam, czy mogę telefonicznie sobie to miejsce zarezerwować.
Pan powiedział mi, że nie, nie mogę, ale....
Ale żebym zadzwoniła do niego około 22-giej, bo on wtedy będzie już po rozmowie z kierowcą, będzie wiedział, jaka jest sytuacja w autobusie (czyli ile jeszcze zostało wolnych miejsc), i ewentualnie powie mu, że z Krakowa ma zabrać jego kuzynkę czy znajomą. Generalnie mam się nie martwić; nawet jeżeli miejsc już nie będzie to pojadę!

Ugotowałam rodzinie leczo na czas mojej absencji, spakowałam plecak na wyjazd,i około 22-giej zadzwoniłam do pana. Pan poznał mnie od razu, i powiedział, że jadę oczywiście. Że w autobusie za Tarnowem zostało jeszcze siedem wolnych miejsc, a kierowca wie, że ma zabrać z Krakowa jego znajomą. Po czym pan wyznał, że nie wie, w jakim jestem przedziale wiekowym, ale ta znajoma wydała mu się w miarę bezpieczna. Uświadomiłam pana, że w okolicach czterdziestki, pan uśmiechnął się i powiedział, że to idealnie, po czym....Piotrek odwiózł mnie do Krakowa na PKS.
Wsiadłam ja i pięciu innych pasażerów, po czy zapadłam w sen.
Obudziłam się koło szóstej z potwornie ścierpniętym tyłkiem, ale za to za oknami majaczyły już coraz milsze memu sercu widoki:)

W Jeleniej wysiadłam i ruszyłam na spacer po moim ukochanym mieście. Spacer, msza, oglądanie kaplic grobowych przy kościele garnizonowym (nie wiem, czy on wciąż jest garnizonowy, ale jak jeździłam tam dwa razy w roku, to był), potem kawa w cukierni - właśnie tak! W cukierni, a nie w kawiarni - i..hajda do Cieplic. Do kościoła ewangelickiego, który jest dla mnie miejscem absolutnie magicznym (Piotrek wie dlaczego).
A tu tymczasem niespodzianka:(
Przyjeżdżam do kościoła ewangelickiego w Cieplicach, który poprzednio odwiedziłam będąc w ciąży z Jasiem (czyli dziesięć lat temu), a tymczasem...kościół jest w stanie remontu, bo ma wymieniany dach:(
No cóż...pooglądałam go z wierzchu, powzdychałam smętnie, i poszłam do sklepu kupić spodenki. (Spakowałam się minimalistycznie, a że miało być 13-15 stopni, więc spodenek nie wzięłam; mój tyłek w dżinsach zaczynał już przypominać szynkę duszoną w sosie własnym - okropieństwo!).
Spodenki nabyłam, i od razu w sklepie założyłam, mokrawe dżinsy do plecaka, i w drogę.
Z drogi z Jeleniej do Szklarskiej zabrał mnie Tarzi i dwóch Marcinów:)
W Szklarskiej szybkie przepakowanie ich bagaży i w drogę:)

Zwierzenie:
Są dwa szlaki w Karkonoszach, których serdecznie nie znoszę, a chodzenie nimi sprawia mi przykrość. To wyjście na Szrenicę (to od wodospadu Kamieńczyka) i wyjście na Śnieżkę trawersem.
Na Szrenicę wychodzić nie znoszę, bo to szlak brzydki (kamienna droga w formie szerokiej, bardzo gładkiej równi pochyłej), ale, z drugiej strony, to droga szybka.
Ruszyliśmy. Ja z Tomkiem przodem, Marciny za nami.
Przy okazji dowiedziałam się, że oni obaj są pierwszy raz w życiu w górach:) I od razu mnie to ubawiło, bo jak na początek, to rzeczywiście samo piękno i łatwiznę dostali:))
Już po niedługiej chwili reanimowali się piwem, po dłuższej papierosami, a my z Tomkiem mieliśmy z nich rzetelny ubaw.
(Swoją drogą, to myślę, że oni się chyba dość parszywie za nami czuli. Idzie sobie grubawa mamuśka w odpowiednim wieku, z plecakiem przed nimi, i idzie spokojnie, a oni - młodzi i szczupli nie są w stanie dotrzymać jej kroku:)
Bo, że nie mogli dotrzymać Tarziemu, to jakby naturalne:))
Na Hali Szrenickiej wyprawiliśmy ich prosto pod Łabski Szczyt (upewniali się, czy aby na pewno nie będzie już pod górę), a sami udaliśmy się na Szrenicę. Tonąc po drodze po kostki w małym, ale dość upierdliwym torfowisku:)

A potem.....
Potem zaczęły się powitania:)
Najpierw z Kaziem. Kazia uwielbiam, nie robię z tego żadnej tajemnicy, uwielbiają go moje dzieci i lubi go mój mąż. No, ale jak tu nie lubić Kazia?!
Potem szybkie rozlokowanie się w pokoju, jeszcze szybszy prysznic, i czas na weryfikację:)
A tu niespodzianka:)
Dziewczyny, które widzę trzeci raz w życiu, bo spotykam je tylko w czasie weryfikacji na Szrenicy, witają mnie z uśmiechem, "Co tam, Gabrysiu?" - pytają, komplementują...No, słowem - stare znajome:)
Ogromnie jest to miłe:)
Potem pojawia się Gudos, który wita się ze mną na misiaczka i "wuja całuj z dubeltówki", i od razu ciekawy dialożek:

- Przyjechałam tradycyjnie zająć ostatnie miejsce:)
- No jasne, oczywiście:)

I oboje wiemy, że to jest prawda, a dodatkowo ja nie mam z tego powodu cienia kompleksów. Wiem doskonale, jaki ten maraton jest, wiem, że na zmieszczenie się w limicie nie mam szans, ale kocham go tak, że myśl o odpuszczeniu nawet nie powstała mi w głowie:)

Wypijam herbatkę i myślę, że pójdę sobie na spacer. W "Śnieżne Kotły" moje ukochane. Ale szybkie spojrzenie na zegarek pozbawia mnie złudzeń. Jest wpół do trzeciej, a Kotły to szlak długi i raczej wymagający. Nie zdążę:(
No to może chociaż pod Łabski?

W międzyczasie pojawiają się Ania z Ewą i Justyną:) Więc ogniste powitania, rozlokowanie się dziewczyn w pokoju, i szybka decyzja o wspólnym spacerku. Takim dla rozprostowania nóg (panie wyjechały na Szrenicę wyciągiem, który okazał się być już naprawiony).
O 17.04 wychodzimy.
Pod Łabski Szczyt:)
Pasąc się po drodze borówkami:)
Obficie i bez skrępowania:))) (osobliwie ja się nie krępuję - mam całe czarne usta, język i zęby).
A pod Łabskim napada na nas tabliczka z informacją "Rezerwat Śnieżne Kotły - 1h 15 min". Nie potrafię się oprzeć jej urokowi, więc mówię dziewczynom, że to bodaj najpiękniejszy szlak w polskich Karkonoszach, że.....
No i zapada decyzja: "jeżeli już tu jesteśmy..."
W Kotłach, jak zawsze, zachwycająco pięknie:)
Kiedy Pan Bóg je stwarzał miał na pewno bardzo dobry dzień:)
Maszerujemy:) Chwacko!
W pewnym momencie Ania zaczyna na głos wyrażać obawy, że to co robimy, nie jest do końca rozsądne. W końcu jutro przed nami maraton. Bardzo trudny maraton, a my tu dajemy naszym nogom w kość.
A z drugiej strony, piękno Śnieżnych Kotłów działa na nas tak mocno, że mimo wszystko nie żałujemy.

W końcu, po trzech i pół godziny docieramy z powrotem na Szrenicę:)
Siadamy na jadalni, ja idę przywitać się z Ladkiem ze Słowacji (lubię Ladislava, choc spotykamy się rzadko, ale...kto nie lubi Ladka?!) Otrzymuję od niego propozycję transportową. Mianowicie Ladek chce mnie w sobotę odwieźć pod sam dom, bo jedzie pustym samochodem. Mówię mu, że zobaczę (a w głowie myślę sobie "No jak to? Mam odpuścić sobotnie pomaratońskie pogaduchy?!)
W międzyczasie znajduje mnie Kazik, i mówi, że szukali mnie z Tytusem, bo znajomi z Krakowa wracają w niedzielę, maja wolne miejsce i chcą mnie zabrać ze sobą. Oddycham z ulgą!
Mogę zostać na tych sobotnich pogaduchach, a mimo to do domu dojadę o ludzkiej porze:)

Idziemy na górę do swojego pokoju; tam jeszcze pogaduchy z naszymi panami na temat istoty małżeństwa jako takiego, jak to jest być mężem, jak to jest być żoną - krótka, ale fajna rozmowa, i pełne humoru uwagi "p.o. męża":)
A potem już czas spać.
Jutro maraton:)


Rano nie chce mi się wstać:(
Rozpaczliwie, parszywie wręcz, nie chce mi się wstać..
Wiem, że to początki stresu przedstartowego, ale...ta kołdra jest taka cieplutka i miła...
Wstaję jednak, ubieram się, idę na śniadanie, na dole zaczyna się robić tłoczno; przybywa coraz więcej maratończyków...
Ten charakterystyczny gwar przedmaratońskiego ula jest już słyszalny i odczuwalny wszędzie:)
Jeszcze idę się wyciszyć na górę, dopakować camelbag, i czas złazić na dół.
Na dole szybkie, ale bardzo miłe spotkanie z Jackiem - jest pełen respektu i obaw czy zmieści się w limicie. Ja doskonale wiem, że się zmieści - jego wiara nie jest tak silna:)

A potem startuje pierwsza grupa!
Ja i pozostałe panie jesteśmy w drugiej...
Kiedy mamy już startować, z głośników płynie urocza piosenka Eugeniusza Bodo "Baby, ach te baby", która z miejsca nastraja mnie optymistycznie, więc uśmiech na twarz, i.....poszło!

Sobie biegnę, wyprzedzają mnie nieznajomi i znajomi, a ja spokojnie tup, tup, tup do przodu.
W głowie mam dokładnie ułożony system pokonywania trasy. Wiem, które odcinki chce przebiegnąć, które przejść, na których szczególnie uważać.
No, mentalnie mam ten maraton przygotowany jak żaden inny.
I to jest słuszne.
To jest maraton BARDZO TRUDNY, więc jakieś tam "upadki morale" mogą człowieka wyeliminować całkowicie, a ja pokonuję go przecież sama, więc nie będzie nikogo, kto by mnie ewentualnie ustawił do pionu:)

Tuptam:)
Nad Śnieżnymi Kotłami - niespodzianka!
Patrzę, i oczom nie dowierzam...z naprzeciwka idzie ku mnie...Jarema!

- Jarema? - pytam.
- Gabi, musiałem Cię zobaczyć na trasie:)

Idziemy razem po Wielkim Szyszaku, a tymczasem zaczyna się ulewa. Jarema twardo idzie ze mną i gadamy sobie radośnie:), po czym on wraca do swojego plecaka i na Szrenicę, a ja - kompletnie przemoczona - ruszam dalej.
Naładowana bardzo pozytywnymi emocjami, bo po pierwsze Jarema ma w sobie coś takiego, co te pozytywne emocje wyzwala, a po drugie fakt, że czekał specjalnie na mnie jest ogromnie miły:)
I do przodu!
Po drodze spotykam dwóch biegaczy, z których jeden złamał nogę i czekają na GOPR; uczulają mnie, że tu jest bardzo ślisko. Wiem o tym, więc nawet nie wygłupiałam się z bieganiem po tych śliskich kamolcach (oni to zrobili i niestety...)
Tuptam do przodu:)
Po drodze spotykam licznych turystów - Polaków, potem Czechów i Niemców (tych jest najwięcej w okolicach Petrovki, Odrodzenia i Przełęczy Karkonoskiej). Ogromnie miłe jest to, że wszyscy oni biją mi brawo i zyczą powodzenia:)
Dziękuję i biegnę dalej:)
Przy Odrodzeniu, na pierwszym punkcie, wsuwam żelka i opakowanie po nim wrzucam do wora na śmieci. (Mam zasady. A w górach śmieci nie wyrzucam NIGDY! Jeżeli stać mnie było na przyniesienie w plecaczku jedzenia w opakowaniu, to stać mnie i na to, żeby w tym plecaczku puste opakowanie zabrać. A tu przecież jest worek na śmieci, więc w ogóle nie rozumiem w czym rzecz).

Przełęcz Karkonoska.
Odcinek trudny - nawet bardzo, ale przecież z góry miałam zaplanowane, że będę go pokonywać marszem.
Cały czas mieszczę się idealnie w założonym przez siebie, realnym dla mnie, czasie.
A potem znów trucht.
Zaczynają mnie wyprzedzać wracający:)
Pozdrawiam ich uniesieniem dłoni, i tak będzie aż do Domu Śląskiego (czyli punktu odżywczego), przy którym minie mnie ostatni wracający, a ja będę wciąż parła do przodu:)
Chwilkę wcześniej spotykam Jacka, który wygląda tak, jak by w ogóle nie wyglądał.
Pytam go gdzie jego morale, bo wygląda tak, jak gdyby je zgubił dawno temu. Jacek w odpowiedzi mówi mi, że jest bardzo ciężko, ale biegnie:)
Chwilkę później Tytus mówi mi, że odpuszcza i rezygnuje. Szkoda, ale nie mogę go przekonywać, bo to doświadczony turysta górski, i jeżeli tak mówi, to znaczy, że tak się nastawił i swojej głowy już nie pokona.

Wyłażę na Śnieżkę. Idzie mi się bardzo ciężko. Bardzo!
Ale...docieram:)
Chłopakowi od pomiaru czasu na szczycie mówię, że jestem ostatnia, i że spokojnie może już wracać. Upewnia się czy to prawda, bo dostał informację, że ma w drodze powrotnej zabrać jednego biegacza. Mówię, że ostatnia jestem na pewno, ale wspólnie wymyślamy, że on jeszcze zadzwoni do organizatora, żeby się upewnić.
Patrzę okiem pełnym żądzy na jego butlę z herbata mrożoną (która mrożona przestała być już bardzo dawno temu, ale na pewno jest słodka), i pytam go czy mogę się trochę napić. Oczywiście, że mam picie na plecach, ale to woda, a tu jest coś słodkiego...
Uśmiecha się do mnie i mówi, żebym wzięła całą butlę, bo tu strasznie wieje, a toaleta na Śnieżce kosztuje trzy złote. Śmiejemy się z tego radośnie, wypijam tyle, ile potrzebuję. Jest rzeczywiście słodka. W normalnych warunkach powiedziałabym nawet, że upiornie, ale te warunki normalne nie są. Jestem na półmetku Maratonu Karkonoskiego, po pokonaniu znienawidzonego trawersu na Śnieżkę, a przede mną drugie tyle do pokonania:)

Ruszam na dół.
Biegiem, bo ze Śnieżki zbiega się wspaniale (tylko nie należy się zbytnio na boki rozglądać. A w każdym wypadku wtedy, kiedy się ma instynkt samozachowawczy).

Sobie biegnę:)
Sobie mijam GOPR-owców, którzy pytają czy wszystko w porządku,i czy dam radę.
Oczywiście, że wszystko w porządku, oczywiście, że dam radę, i oczywiście, że dziękuję za życzenia "powodzenia".

W pewnym momencie ci GOPR-owcy mnie mijają, bo na trasie jakaś nastolatka złamała nogę, pocieszam dziewczynę, która jest autentycznie przerażona (a młodzieńcy stojący przy niej jeszcze bardziej), i mówię, żeby się nie bała - wszystko będzie dobrze.
Nad Małym Stawem i Wielkim Stawem - zdjęcia. Muszę!

A potem znów bieg:)
Przy Odrodzeniu spotykam znajomego chłopaka od pomiaru czasu, który pozdrawia mnie serdecznie. Ma już w samochodzie tego biegacza, którego zabrał. Pan wyznaje mi, że nogi mu odmówiły posłuszeństwa i ze nie dał rady - musiał zejść.
Ja truchtam dalej.
A potem ten upiorny asfaltowy podbieg pod Petrovkę.
Nie daję rady - idę. Potem znów biegnę.
Pomiędzy 32-gim, a 37 kilometrem trasy jest mi naprawdę bardzo ciężko. Jestem już zmęczona, mokra, zaczyna mi troszkę siadać morale.
Wtedy, jak królika z kapelusza, wyciągam sobie myśl-pocieszycielkę: "Na mecie czeka na mnie piwo. Poproszę Kazia o piwo - on na pewno będzie miał". Myśl pomaga i prę do przodu:)
Kiedy złażę z Wielkiego Szyszaka i mam ostanie pięć kilometrów przed sobą - telefon. Oczywiście zanim zdążę go wygrzebać przestaje dzwonić. Ale oddzwaniam pod ten numer i odbywam krótką rozmowę:

- Gabriela Kucharska. Słucham.
- Czy pani brała dziś udział w Maratonie Karkonoskim?
- Ja cały czas biorę w nim udział. Jestem nad Śnieżnymi Kotłami, pięć kilometrów od mety.
- Aha. Czyli będzie pani kontynuować, czy schodzi pani z trasy.
- Oczywiście, że kontynuuję.
- Fajnie, to ja tu na panią czekam. Powodzenia:)

Truchtam dalej:)
Po chwili wbiegam na GOPR-owców, którzy pytają mnie o to samo:

- Czy podwieźć panią na Szrenicę, czy pani kontynuuje?
- Oczywiście, że biegnę dalej, bo ja, panowie, biegam powoli, ale za to ostrożnie.
- I dobrze pani robi, bo tu jednemu od Was musieliśmy pomóc.
- A właśnie! Temu z nogą?
- Tak. Złamanie z przemieszczeniem. Śmigłowiec go zabrał do szpitala. Ale co się nacierpiał, to jego. Bo to bardzo bolesna rzecz jest.
- No, dobra. Biegnę.
- Numer do GOPR-u pani ma?
- Tak, mam.
- To powodzenia. Czekamy na panią na Szrenicy.
- Dziękuję:)

I sobie biegnę:)
Bez wysiłku, bez szaleństw - czysta przyjemność biegu:)
Pod Trzy Świnki podchodzę (w końcu nie jestem Robocopem, i te 42 kilometry w nogach realnie odczuwam), a za zakrętem widzę już metę jak na dłoni. Idę (pod górę jest!)
W połowie dochodzi do mnie z góry Ania z aparatem:)
Cyka mi fotki (oszalała?), i mówi, że widziała mnie, jak biegłam, ale wydawało jej się nieprawdopodobne, że to ja, bo przecież na końcówce nie powinnam mieć już siły na bieg:)

Do mety kilka kroków:)
Czekaja na mnie Ewa, Kazik, jeszcze kilka osób.
Kaziu:

- Gabrysia, finiszuj!
- Nie.
- No, kilka kroków podbiegnij.
- A masz dla mnie, Kaziu, piwo?
- Nie mam, wszystko wypiłem:(
- To nie biegnę. Nie mam motywacji!

I nagle...pojawia się motywacja w postaci Gudosa zbiegającego z góry ze schroniska, żeby mnie powitać na mecie.
Podbiegam zatem i ja:)
Medal na szyję, zapadam Robertowi w objęcia, i mówię "Skończyłam. Dałam radę."
Robert się uśmiecha i mówi, że wiadomo przecież, po czym kuca i osobiście (dyrektor maratonu, jak by nie patrzeć!) ściąga mi czipa z kostki:)
Potem jeszcze gratulacje od chłopaczka od pomiaru czasu, i już pełna radość:)
Ania opowiada, że zaczynały się martwić, ja, że niepotrzebnie, przecież mówiłam, że będę za osiem godzin (i tyle też było), szczęście i radość ogólna panuje:)
Idę na górę przebrać się i wykąpać. Za kwadrans mam zejść na dół na naleśnika.

Pod prysznicem spływa ze mnie sól, i jest fajnie:)

Potem na dół i pogaduchy w naszym babskim gronie (a właściwie to w gronie naszego pokoju, choć Leszek udał się już do domu).
Siedzimy, gadamy, ja idę na chwilkę pogadać z Kaziem, Kaziu (zapewne powodowany dialogiem z mety) przynosi mi piwo, ja jestem tak zmęczona, że z największym trudem udaje mi się w ciągu całego wieczora wcisnąć w siebie pół szklanki tego złocistego napoju.
Siedzimy, gadamy, gadamy, siedzimy......gadamy.....
.....czas spać.....

Rano nie bolą mnie łydki,nie bolą uda, za to bolą kostki - dziwne.
Oczywiście rozchodzę je złażąc w dół do Jakuszyc (stamtąd wracałam), ale póki co, doznanie dość dziwne:)

Jeszcze poranna kawa, jeszcze pożegnanie z dziewczynami i z Darkiem, i...czas na powrót do rzeczywistości...

Schodzimy do Jakuszyc, podjeżdżamy do Harrachova, by zobaczyć skocznię mamucią; tam zjadamy pyszny obiad (z knedlikiem - mniam). (Oczywiście nie na skoczni, ale u jej stóp:).
Kielonek Becherovki, i....czas do domu, czas.
Droga mija nam na miłych rozmowach, a w domu radość spotkania z niewidzianym dwa tygodnie Jerzykiem, z Jasiem, i z Piotrkiem (tych widziałam przed trzema dniami).

Kolejny Maraton Karkonoski przeszedł do historii.
Za rok znów:)
(Jak Piotrek i Gudos pozwolą:))




Czy wspominałam już kiedyś, że kocham Karkonosze?
:))



W linku piosenka uskrzydlająca mnie w tym roku na trasie:)


Fotka: do mety:)






PS. Chyba strasznie długi tekst mi wyszedł ;)



Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


agawa (2011-08-13,10:12): Gabi gratulacje!!!
mamusiajakubaijasia (2011-08-13,10:13): Dziękuję:)
kokrobite (2011-08-13,14:24): Nasze współspaczki faktycznie się o Ciebie martwiły, i nie tylko one. Parę innych osób (czytelników Twego bloga) pytało mnie o Ciebie; uspokajałem, że Gaba zrobi Karkonoski w swoim stylu ;-) Pozdrawiam i dziękuję za pogadanki pokojowe :-)
Isle del Force (2011-08-13,17:56): Nie wiem jak z dwóch dni rozłąki zrobiłaś 2 tygodnie (pod koniec tekstu) ale skoro taka magia tylko w Karkonoszach to się kiedyś trzeba wybrać na przyspieszone starzenie się.
mamusiajakubaijasia (2011-08-15,14:58): Dwa tygodnie nie widziałam Jerzyka, bo był na wakacjach u babci:)
dario_7 (2011-08-16,12:46): Gaba, gratuluję wytrwałości i walki do końca. Przyznam, że również z Marysią wyszliśmy Tobie na spotkanie schodząc do Szklarskiej, ale niestety nie było nam dane (spotkaliśmy za to Tytusa)... ;) W każdym razie myślami byliśmy z Tobą i bardzo Cię wypatrywaliśmy :))) ... Na marginesie muszę Cię jednak obsztorcować - z tego co wiem, zbieranie borówek w parkach narodowych jest niedozwolone! Nieładnie!!! :[
jacdzi (2011-08-16,18:18): To był najcięższy z moich biegów. Ale wspaniały, już odliczam dni do IVMK







 Ostatnio zalogowani
42.195
07:11
Bereznowska
06:38
Raffaello conti
06:26
M1chaLL
06:17
sbogdan1
05:38
Andrzej Bukowczan
05:13
Zając poziomka
05:06
mk13
01:54
Marco7776
01:37
cameel
01:29
Jarek42
23:55
jarecki112
23:50
rys-tas
23:21
Iryda
23:00
przemek300
22:34
asial
22:27
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |