Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [17]  PRZYJAC. [1517]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Jarek42
Pamiętnik internetowy
Biegnę więc jestem, jestem więc biegnę

Jarek Kosoń
Urodzony: 1962----
Miejsce zamieszkania: Kołczewo
5 / 295


2015-02-04

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Moja pierwsza (i ostatnia) setka (czytano: 647 razy)

 

Postanowiłem wybrać się na bieg "Morsy Króla Eryka", który miał odbyć się 6 marca w Sławnie. Zacząłem trening do tych zawodów w styczniu. Przebiegłem w tym miesiącu 310 kilometrów w 18 dni, co daje przeciętną 17 km na jeden trening. W luty przebiegłem już 430 kilometrów w 19 dni (23 km na jeden trening). Najdłuższy trening 4 godziny 12 minut biegu (ponad 40 km), dwa starty - na 15 km i 10 km. Okazało to się jednak za mało. W ostatnim tygodniu przed startem zmniejszałem kilometraż.
W piątek wyjeżdżam swoim samochodem do Sławna. W sobotę przecież start już o 6 rano. Podróż minęła bez żadnych sensacji. Po 3 godzinach jestem na miejscu. Wjeżdżam w jakąś uliczkę. Teraz czas na spytanie się o drogę. Zapisy mają być na sali OSiR-u. Pytam się kogoś. Wskazuje mi na jakąś salę. Niestety to nie to miejsce. Recepcjonista wskazał mi jednak drogę. Narysował nawet mapkę według której dojechałem jak po sznurku. W miejscu zapisów spotkałem wielu znajomych. Czułem się więc jak u siebie w domu. Spać mieliśmy na sali gimnastycznej w tym samym budynku, więc przenieśliśmy tam wszystkie rzeczy. Większość z nas usadowiła się na "estradzie". Na kolację zaserwowałem sobie chleb z margaryną i miodem oraz herbatę. Zresztą co biegacz to inne menu. O dziesiątej kładziemy się spać. Przedtem jednak porozmawialiśmy sobie o bieganiu i nie tylko. Całą noc nie spałem. Jednak to nie nowina. Na nowym miejscu nigdy nie mogę usnąć. Dlatego też staram się to odespać wcześniej. Wstaję o 4.30. Obowiązkowo toaleta, później kilka łyków wody. Nic nie jem. Nadrobię to na trasie.
O godzinie 6.07 start. Dystans 100 kilometrów. Sławno - Słowino (13 km), trzy pętle Słowino-Darłowo-Słowino (po 25 km) i Słowino- Sławno (12 km). Mróz trzyma mocno, więc oprócz koszulki z krótkim rękawem i dresu zakładam jeszcze pod spód koszulkę z długim rękawem. Miało się to okazać jedną z najważniejszych rzeczy w tym biegu. Oczywiście obowiązkowo czapka i rękawiczki. Plecaczek z Piły dopełniał całości ekwipunku. W plecaczku miałem butelkę 0.33 l "kranówki" (świetna woda - nigdy się na niej nie zawiodłem) i dwie czekolady nadziewane. Postanowiłem zadbać o pożywienie i picie we własnym zakresie, więc w Słowinie zostawiłem reklamówkę z resztą zapasów. Dobiegamy szybko do Słowina. Już na początku formuje się czołówka. Pozostali biegną w kilku grupkach. Zaczynam ostrożnie. Po godzinie łyk wody i kilka tabliczek czekolady. Czekolada zresztą to jedyne moje pożywienie. Biegnę dalej, a po godzinie znowu przerwa na pożywienie. Wszystko według planu. Najpierw posiłki co godzinę, później co 45 minut i na koniec co pół godziny. Zrealizowałem pierwszy wariant 4 razy, drugi 3 razy, trzeci 4 razy. W ten sposób dobiegłem do 80 kilometra. Około godziny 10 robi się cieplej. Rozbieram koszulkę z długim rękawem i czapkę zamieniam na czapkę z daszkiem. Ludzie pytają się co to za bieg. Gdy mówię, że to na 100 kilometrów to na twarzach widzę zdumienie i podziw. Jakiś dziadek mówił, że przeżył dwie wojny światowe, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. 50 kilometrów przebiegam w 4.40. Wiem jednak, że nie należy się spodziewać tego wyniku razy dwa (9.20). Czuję się świetnie. Mam jednak świadomość, że kiedyś się to skończy. Robię coraz dłuższe przerwy. Na ostatnich półgodzinówkach było to już 5 minut. Odpoczywam zawsze w pozycji stojącej oparty o drzewo, słup czy budynek. Gdybym usiadł, to wiem, że trudno byłoby mi wstać i kontynuować bieg.
Na 80 kilometrze po takim 5-minutowym odpoczynku nie mogę zmusić się do biegu. Wiem, że w tej chwili skończyło się bieganie. Na to byłem przygotowany. Więc wiele nie myśląc zacząłem marsz. Nie sprawiało mi to większych trudności. Biegać nie mogłem, ale iść - bez problemu. Widocznie inne mięśnie pracują. Żołądek tak się "zablokował" się że przez 20 kilometrów, które zostały do mety wziąłem tylko jeden łyk wody. Zrobiło się zimno. Wiał przenikliwy wiatr. Ubrałem więc koszulkę z długim rękawem i czapkę. Dzięki temu nie zamarzłem. Przed Słowinem zauważyłem doganiającego mnie zawodnika. Zmusiłem się jeszcze do 2-kilometrowego biegu. W Słowinie jak zwykle nawrót na podwórku organizatora biegu - Andrzeja Żukowskiego. Zostało jeszcze 12 kilometrów. Trochę zacząłem podbiegać, wkrótce jednak dałem sobie spokój. Dopomogło mi w tym jedno zdarzenie. Myślałem, że jest już około 6 kilometrów do mety. Spytałem się przechodzącego człowieka, aby się upewnić. Powiedział mi, że do Sławna jest 9 kilometrów. Te kilka kilometrów różnicy spowodowały, że przestałem walczyć. Pod koniec biegu narażony byłem na oddziaływanie psychologiczne ze strony obsługi karetki pogotowia i samochodu "koniec biegu". Pytali się tak samo - czy wsiadam czy idę. Odpowiedziałem, że muszę skończyć bieg. Później dowiedziałem się, że na 8 kilometrów przed metą namówili innego biegacza. Póki co maszerowałem więc dziarsko. Kilometr przed metą zacząłem biec. Pod koniec towarzyszył mi organizator biegu - Andrzej Żukowski, który jako pierwszy złożył gratulacje. Czas - 11.37.57.
Samochodem "koniec biegu" dojechaliśmy na miejsce kwaterunku. Po drodze dowiedziałem się, że na trasie jest jeszcze jeden biegacz, który spróbuje zmieścić się w limicie 13 godzin. Jest więc szansa, że nie będę ostatni. Nie przebierając się poszedłem na zakończenie biegu.
Wszyscy którzy ukończyli 100 kilometrów otrzymali puchary i tytuł "Mors Króla Eryka". Po chwili zbieram się do powrotu. Zabrał się ze mną jeszcze biegacz z Poznania, którego podwiozłem do Koszalina. O godzinie 22 byłem już w Domu. Ledwo wszedłem na schody. W domu ściągnąłem wreszcie ubranie w którym biegałem. Ciepła herbata i pierwszy posiłek po biegu. Na drugi dzień nogi jak kołki. Ale kiedyś miną te zakwasy. Odciski? już miałem większe.
W środę minęły zakwasy, a w czwartek wybiegłem na trening. Właśnie w tym dniu zacząłem przygotowania do biegu na 15 kilometrów w Kołobrzegu. W przygotowaniach tych główny nacisk położyłem na trening szybkościowy. Właśnie Kołobrzeg, a później Dębno będą odpowiedzią jak naprawdę mój organizm zareagował na trudy setki. Tuż przed Kołobrzegiem rozchorowałem się na wirusowe zapalenie gardła i musiałem brać antybiotyki. Postanowiłem jednak pojechać i dystans 15 km przebiegłem w czasie 1.03.22. Na tych zawodach spotkałem organizatora biegu w Sławnie - Andrzeja Żukowskiego, który przekazał mi wyniki i dyplom.


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
jacek50
23:35
ProjektMaratonEuropaplus
23:34
gpnowak
22:41
Wojciech
22:30
OSiR Władysławowo
22:20
JolaPe
20:42
Admin
20:41
mirek065
20:38
42.195
20:08
romelos
19:52
VaderSWDN
19:47
maniek79
19:37
Bartaz1922
19:35
czewis3
18:50
janusz9876543213
18:44
zefir
18:12
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |