Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [9]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Pamiętnik internetowy



Urodzony:
Miejsce zamieszkania:
24 / 50


2014-03-31

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
„Piekło” (czytano: 435 razy)
(POPRAW WPIS , ZMIEŃ ZDJĘCIE , USUŃ ZDJĘCIE)

PATRZ TAKŻE LINK: https://www.youtube.com/watch?v=oesHaIizRjA

 

Bezruch wypala w nas radość życia. Ruch zaś kieruje w stronę pełni. Zwykle w okolicach pięćdziesiątego kilometra wszystko wewnątrz cichnie, nawet pomimo powodzi zewnętrznego hałasu. Utrzymanie tego stanu wymaga skupienia. Wysiłek związany z ruchem zewnętrznym uwypukla proces stopniowego zamierania ruchu wewnętrznego. Kiedy na kolejnym podbiegu oddech pali płuca, świadomość wszechogarniającej ciało męki powoli odpływa. Uporczywy dyskurs ego ulega rozmyciu. To bardzo delikatny moment. Balansując na granicy załamania, każdym kolejnym krokiem pragnę potwierdzić kojący chłód wewnętrznej ciszy. Im bardziej pragnę, tym bardziej osuwam się na miałki grunt intelektualnej spekulacji – wtedy cierpienie powraca ze zdwojoną mocą. Nie tędy droga. Ścięgna rwą rozedrganymi falami bólu, słone krople wżerają pod opuchnięte powieki. Jestem w piekle. Wokół wirują obrazy wszystkich istot, którym kiedyś zadałem cierpienie. Nieodwracalność wszystkiego co uczyniłem po raz kolejny uprzytamnia mi ciernisty wymiar egzystencji. Dopiero wtedy ciało ponownie reaguje prawidłowo. Wszystko jest względne i uwarunkowane. Łyk ciepłej wody spłukuje gorycz wstydu. Nie ma zewnętrznego źródła wybawienia od samego siebie. Zamiast płaskiego duktu wybieram kierunek na kolejne wzgórze – moja mała, prywatna Golgota. Miejsce dobre jak każde inne. Opadająca na piersi głowa umożliwia ogarnięcie wzrokiem zaledwie niewielkiego wycinka pylistej ścieżki. Prawy but powoli wypełnia krew spływająca z rozoranej podczas upadku kostki. Odległość do szczytu odmierzam niknącymi kolejno w mroku wizjami twarzy tych, których już nie zdołam prosić o wybaczenie. Mimo wszystko przepraszam i pnę się mozolnie kamienistym osypiskiem, omijając dogodniejsze, trawiaste podejście. Przepocona osłona karku okleja szyję gryzącą płachtą. Zwalniam klamrę pasa stabilizującego. Teraz każdy kilogram łomocze głucho, wzmagając docisk w przeciążonych kolanach. Z wolna unoszę głowę. Nie spodziewałem się tu nikogo. Widok przepięknej dziewczyny odbiera resztki tchu. Jej niemal kredowobiała cera przywodzi na myśl świeże płatki kwiatów mijanych uprzednio dzikich jabłoni. Delikatny podmuch rozwiewa długie, kasztanowe włosy, marszczy lnianą sukienkę. Dopiero teraz dostrzegam łzy na upstrzonych piegami policzkach. Ledwie docierają do mnie jej słowa.

- Ojej! Czemu pan się tak męczy?

- Bo dźwigam swoje własne piekło.

- I jak pan myśli, długo jeszcze?

- Do końca, proszę pani.

- Aha, no to powodzenia życzę. Ja nie lubię biegania.

- Dziękuję. Ja lubię je tylko czasami, kiedy zapominam o sobie.


Pamięci Tenzinga.

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


paulo (2014-04-01,08:28): Nie biegałem jeszcze pięćdziesięciu kilometrów, ale myślę, że każdy mój maraton w końcówce dobrze mógłby się wpisać w tę opowieść.
Hung (2014-04-06,17:31): Potrafisz, w takim zmęczeniu, tak ciekawie odpowiedzieć? Chociaż, właściwie, to przypuszczam, ze podczas wielkiego wysiłku można mieć olśnione myśli, takie, jakie wystepują u wielu twórców po dużej wódce. Organizm fizycznie słabnie a psychicznie szuka odskoczni od rzeczywistości i penetruje mniej znane zakątki umysłu, w których są ciekawe spotrzeżenia.







 Ostatnio zalogowani
malkon99
13:37
szyper
13:35
42.195
13:28
martinn1980
13:24
kostekmar
13:23
benek
13:00
vixcredo@gmail.com
12:49
nikram11
12:48
mikeg
12:48
dejwid13
12:45
MosirZakopane
12:38
chris_cros
12:36
Kmicic
12:16
Arasvolvo
12:16
kolotoc8
12:12
kos 88
12:11
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |