2011-06-27
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Veni, vidi, zadylici... (czytano: 808 razy)

Kiedyś Artur (pozdrawiam Cię, Arturze, serdecznie) powiedział (napisał, żeby być ścisłą), że ja to tym bieganiem się tylko bawię, że nigdy na poważnie, i że nie jest to najlepsze podejście, bo czasem jednak powalczyć warto i trzeba.
Zgodziłam się z nim, rzecz jasna, bo też uważam, że czasem trzeba, i dodałam, że ja czasem walczę, ale opisywanie kaszlu, smarkania i płuc na agrafce wydaje mi się...no, nie do końca takie mi się wydaje. Niepotrzebne po prostu.
Ale złamałam się i napiszę:)
(A co mi tam :))
Po uczciwym (acz bez szaleństw i walki) biegu w Göteborgu, i po pełnym zabawy "biegu" w Rudawie (cudzysłów zamierzony, bo to jednak dla mnie zawsze zabawa jest, a nie bieg traktowany poważnie), chciałam te Niepołomice pobiegnąć dobrze.
Dobrze jak na mnie, ale, do licha, walczę sama ze sobą, a nie z innymi, więc cel był wcale przyjemny.
Bieg "W pogoni za żubrem", to piętnaście kilometrów, z czego tylko 3 (bodaj) to asfalt. Biegnie się po Puszczy Niepołomickiej, i to jest fantastyczne.
Ale...
Ma też swoje minusy. Przynajmniej dla mnie.
Otóż...ja nie lubię biegać przełajów. Wolno mi. Wiem, oczywiście, że bieganie po asfalcie jest zabójcze dla stawów, a naturalna powierzchnia (albo choćby i szutr) to błogosławieństwo i piękny prezent dla własnych nóg, ale... na asfalcie nie upadłam nigdy i nigdy nie skręciłam na nim nogi. A w terenie i owszem, i to nie raz.
Denerwuje mnie to, że biegając w terenie MUSZĘ być maksymalnie skupiona na każdym kroku, bo jak nie, to leżę (frunę, ryję nosem w leśnej ściółce, różne rzeczy robię, mimo, że na robienie żadnej z nich nie mam ochoty).
Ale bieg "W pogoni za żubrem" lubię. Bo to i miejsce piękne, i przyjaciół masa, i blisko, i fenomenalne biegi dziecięce, i zawsze to okazja do odwiedzenia Niepołomic, które lubię ogromnie.
Ad rem.
Postanowiłam ten bieg pobiegnąć dobrze.
Ergo: nawet nie próbowałam zaczynać biegu z nikim znajomym, bo wiedziałam, że konwersacja (czyli w każdym innym przypadku sól biegania), w tej konkretnej sytuacji mnie zgubi.
Odliczanie, START, Ola pognała do przodu, Beata pognała do przodu, Tomek pognał do przodu, a ja stwierdziłam, że będę trzymać tempo. Mimo tego, że to i leśne ścieżki, i korzenie drzew, i błotko miejscami, i piach....furda to wszystko! Będę trzymać tempo.
Moje ulubione tempo, dodam:)
Ładnie mi to trzymanie szło. Wahnięcia w granicach 5 -8 sekund uznałam za zupełnie nieistotne i biegłam sobie - ładnie, na cztery, uważnie patrząc pod nogi. Gdzieś na czwartym kilometrze zobaczyłam nadbiegających Piotrka z Jerzykiem (Piotrek i dzieci pobiegli w marszobiegu na 3 kilometry, który w kilku miejscach pokrywał się z trasą biegu głównego), Piotrek coś krzyknął o zdjęciu, ja oczywiście nie dosłyszałam - myślałam, że chce, żebym im zdjęcie zrobiła, więc się zatrzymałam, okazało się, że to on chciał zrobić zdjęcie mnie (swoją drogą to ma ten człowiek anielską cierpliwość do moich fanaberii słuchowych. Ja, czego nie usłyszę (czyli naprawdę sporo), to sobie wymyślę, i rozmawiaj tu z taką o konkretach:)), zdjęcie im zrobiłam i powiedziałam, że lecę dalej, bo nie chce się wybijać z rytmu.
Wybić się nie wybiłam, ale czterdzieści sekund zostało przy zdjęciu.
Na piątym kilometrze wodopój (nigdy nie piję w biegu, więc przejście na chwilkę do marszu), strata do swojego idealnego czasu około 50 sekund, ale spokojna decyzja: nadrobię. Bez wariactw, spokojnie, ale nadrobię. (Generalnie to ja nie mam takich pomysłów, żeby szaleć na piątym kilometrze z piętnastu. Chyba, że się bawię:)
Strata została nadrobiona, a ja sobie spokojnie biegłam, twardo kontrolując czas.
Na dziesiątym kilometrze była dokładnie godzina i sześć minut, a ja czułam się dobrze, więc....tknięta chwilowym szaleństwem zapewne, postanowiłam przyśpieszyć.
I, dalibóg, zrobiłam to!
Przyśpieszałam konsekwentnie przez cztery kilometry, spokojnie wydłużając krok i licząc do czterech (no, czymś zając się musiałam).
Nie potrafię bezkarnie przyśpieszać na odcinku czterech kilometrów, mając już dyszkę w nogach, więc i zmęczenie z każdą chwilką coraz bardziej dawało o sobie znać.
Ale nic to...zadylamy, Gabuniu.
No i tak było do czternastego kilometra z okładem, kiedy to na moment odpuściłam koncentrację i potykając się na korzeniu drzewa, wywinęłam w powietrzu piękną figurę Strusia Pędziwiatra. Spadłam tym razem na nogi a na nie twarz, ale niewiele brakowało.
Kolega biegacz z tyłu powiedział "Uważaj, bo się zabijesz", w duchu przyznałam mu rację, ale nie w racji rzecz, tylko w tym, że ta dziwaczna figura i próby bezpiecznego lądowania (a chociażby telemarkiem) kompletnie wybiły mnie z rytmu. Oddech uciekł na najbliższy dąb i skrył się w jego liściach, a ja przez dobrą chwilę dochodziłam do siebie. W truchcie. Powolnym.
A potem....
A potem moja głowa zrobiła mi to, co zawsze robi mi tuż przed metą, kiedy już jestem zmęczona.
Mianowicie defetyzm i poczucie bezsensu zapanowało w niej niepodzielnie.
"A po kiego ja się ma śpieszyć?"
"Przecież dobrze pobiegłam i jestem z siebie zadowolona"
"A jak ja będę taka złachana na mecie wyglądać?"
"A, to w ogóle jest bez sensu"
Takie myśli mogły się skończyć tylko jednym - przejściem do marszu. Niewiele - jakieś czterysta metrów, ale przez te czterysta metrów ktoś powinien mi za każdy krok zasadzać kopniaka w tyłek - to by mnie zapewne poderwało do biegu, do którego wciąż jeszcze miałam mnóstwo siły.
A potem był finisz, więc długi sprężysty krok, i nogi podnoszone wysoko do góry, z boku doping Piotrka z dziećmi, Oli, Tomka i Miniaczka z Ikusią.
META!
A za nią ucieczka kurcgalopkiem to klopka.
No cóż...jeszcze przed startem chciało mi się sikać, a ja w krzakach nie sikam nigdy. A co dopiero kiedy przed samym nosem migają mi liczne osoby biegające obu płci.
Wynurzyłam się z klopka, i przystąpiłam do powitań, podziękowań, gratulacji, i...wędrówki pod prysznic:)
(Pod prysznicem miałam wielce interesującą przygodę.
Opiszę ją, bo jest - moim zdaniem - zabawna.
Otóż, ja mam zwyczaj kąpać się nago. Po biegach też.
Więc rozebrałam się jak Pan Bóg przykazał, weszłam pod prysznic (a woda była lodowata), i przystąpiłam do ablucji.
Po chwili, do pomieszczenia z prysznicami (które nie miały zasłonek), weszła cztero-, czy pięcioletnia dziewczynka, stanęła sobie z pół metra ode mnie, i z wielkim zainteresowaniem poczęła przyglądać się moim poczynaniom.
Umyłam się szybko, ale wypłukanie włosów w lodowatej wodzie zawsze trwa chwilę.
Dziecko patrzyło.
Jego mamusia i ciocia w tym czasie zajmowały się każda sobą przed lustrem.
Dziecię patrzyło, ja zakończyłam czynności higieniczne, wyszłam po ręcznik, uśmiechnęłam się do dziecka promiennie i zapytałam głosem pełnym życzliwej ciekawości: "No co, już się napatrzyłaś?", i uśmiech. Krzepiący.
Dziewczynka odpowiedziała "Tak", a w tym samym momencie mamusia z ciocią rzuciły się ku młodej osobie, zauważając (WTEDY!!!), co też ona od dłuuugiej chwili robi, coś tam do niej powiedziały, do mnie "Przepraszam", a ja - z pełną perfidią - powiedziałam im wtedy, że mnie to nie przeszkadza, ale szkoda by było, żeby dziecko przeżyło szok estetyczny, bo ja doskonałego ciała nie mam. Lepiej niech patrzy na kogoś kształtniejszego.
Po czym wymaszerowałam do szatni, w której nie było żywego ducha, była sucha podłoga, i, zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia po co te dwie kobiety wprowadziły małą do pomieszczenia z prysznicami, zamiast zostawić ją w szatni.
Ubrałam spódnicę (wczoraj byłam przebrana za kobietę), i pomaszerowałam do swoich:))
PS. Na marginesie:
Ten numer mojej głowy z odpuszczaniem przed samą metą, (a w każdym wypadku na ostatnim kilometrze), to jest dyżurna sprawa. Zrobiłam to nieraz Rafałowi, zrobiłam to Izie, zrobiłam to Zulusowi.
Z tym, że Zulus jako jedyny potrafił na mnie zadziałać odpowiednim argumentem:)
Mianowicie, kiedy prowadził mnie na życiówkę na połówce, a ja na ostatnim kilometrze stanęłam mu, i powiedziałam, że jestem zmęczona i mnie się już nie chcę, to popatrzył na mnie, co prawda, bezradnie, ale zaraz wygłosił pamiętne słowa głosem pełnym słodyczy:
"Chłopie, weź, kuuuuu...wa, nie piiiii....dol, tylko biegnij. Meta przed Tobą."
Pomogło. Bałam się nie posłuchać. (No, bałam się, że mi przywali:))
A wczoraj to jednak była walka. Po tym dziesiątym kilometrze, kiedy zaczęłam przyśpieszać, już był kaszel, smarki, łzy, i płuca lekko na agrafce też.
Mimo spapranej końcówki biegu, jestem z siebie zadowolona.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Tr (2011-06-27,18:53): o mmatko nie miałam pojęcia, że tak dzielnie walczyłaś podczas gdy ja się obijałam. :) i nie przesadzaj Gabrysiu z tym szokiem, to w ogole jest bardzo ciekawy temat o tych dzieciach w szatni i chyba napiszę o tym kiedyś w blogu. Temat został poruszony nawet niedawno przez GW. :) Zdjęcie bardzo ładne. To Piotrek Ci zrobił? :) mamusiajakubaijasia (2011-06-27,19:39): Istotnie, Piotrek mi zrobił. On mi czasem ładne robi:) amd (2011-06-28,09:55): Ja też Ciebie pozdrawiam, Gabrysia :) 400 metrów w marszu to jakieś 2 minuty in minus, czyli, jeżeli info w startach jest poprawne (a podejrzewam że jest) to kręciłaś się w okolicach życiówki. Więc w sumie nic dziwnego że smarki i inne takie. Bardzo fajnie to opisałaś. A co do tej wysiadającej głowy ... no właśnie po to trzeba czasem biegać biegi na maksa żeby popracować nad swoją psyche. Kiedy biegniesz na granicy swoich możliwości wtedy naprawdę walczysz sama z sobą. Siłujesz się z kimś kto doskonale Ciebie zna i wie jak do Ciebie trafić - nie jest łatwo wygrać ten pojedynek. Ale optymistyczne jest to, że wygrać się da, no i że tego zwyciężania samego siebie można się nauczyć. :) amd (2011-06-28,09:57): właściwie powinno być samej siebie w tym konkretnym przypadku :) jacdzi (2011-06-28,15:08): Gaba, my biegamy na powaznie ale nie dla wynikow tylko dla tej radosci ktora z walki ze slabosciami czerpiemy.Zawodowcami nie jestesmy i nie bedziemy. Zadowolenie z biegu to WIELKA rzecz, a spaprana koncowka- coz ex premier Miler mowil ze prawdziwego faceta poznaje sie po tym jak konczy a nie zaczyna- Ty zas jestes 110% kobieta i badz ja zawsze. tdrapella (2011-06-28,20:48): Gaba, najważniejsze żebyś czerpała z tego satysfakcję. Przecież po to to robimy. Jeden będzie usatysfakcjonowany że się wypruje i uda mu się coś tam pobić/wykonać jakieś założenie, ktoś inny będzie się cieszył, że miał piękne widoki. Mnie sprawia przyjemność pokonywanie głowy, co nie zawsze oznacza że się wypruję, ale np, że wykonam założenia taktyczne na dany bieg. A życiówka? Nie ważna :) Fajnie to wszystko opisałaś :)) tdrapella (2011-06-28,20:50): i super jest to zdjęcie :) amd (2011-06-29,10:24): Czy ja wiem ... satysfakcja, przynajmniej u mnie, jest proporcjonalna do przeszkód które muszę pokonać żeby osiągnąć cel. Jeżeli z założenia mam pobiec w grupie ostatniej minuty i takie założenie mam ZAWSZE to omija mnie frajda, o której pisze wiele ludzi: mocny silny bieg, mijanie kolejnych osób, na koniec ostry finisz i ekscytacja na mecie jak już się złapało oddech.
Ja jestem za różnorodnością, czasem za startem towarzyskim, czasem za startem treningowym a czasem za wypluciem się. :) A Masia, jak widać na załączonym obrazku, wbrew temu co sama sądziła, potrafi i z mocnego startu zrobić doskonałą opowieść. :) mamusiajakubaijasia (2011-06-29,14:35): Masia, jak ma dobry dzień, to ze wszystkiego potrafi zrobić dobrą opowieść. Ale musi mieć dobry dzień, i musi jej się chcieć. A Masia jest (bywa) leniem, i nie zawsze jej się chce ;)
|