2011-06-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Mistrzyni (hehe) kierownicy... (czytano: 834 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=EJoMPgkV2VI

Z opisem Półmaratonu Jurajskiego i wszystkiego co go dotyczy czekałam na zdjęcia od Mariana. Ale...że straciłam już nadzieję na te zdjęcia, więc opiszę rzecz po prostu.
Oczywiście, jeżeli takie szaleństwa da się opisać po prostu ;)
Półmaraton Jurajski zaczął się dla mnie w piątek około 15-stej telefonem Mirka.
Mireczek pytał mianowicie czy dotarł już do mnie Miniaczek z Ikusią. Poinformowałam go, że jeszcze nie, a przy okazji szczerze się zdziwiłam, że mają dotrzeć:))
Rozmawialiśmy o tym, co prawda, rok temu, a potem w Bochni, a potem nawet w czasie maratonu krakowskiego, ale jakoś tak...niezobowiązująco:)
Zaś przez te prawie dwa miesiące, które od Cracovia Maraton minęły, Rafał w tym temacie nie puścił pary z gęby i myślałam, że zrezygnował z mojej gościny.
Ale...ponieważ Mirkowi z zasady wierzę, więc i wyprowadziłam Tungę na dół (Tunga jest znanym ludojadem) i zaczęłam się zastanawiać, czy oni rzeczywiście przyjadą.
Dwie godziny później dostałam od nich SMS-a, że już za chwilkę będą.
I tak też się stało:)
Kiedy powitaniom stało się zadość, kiedy moi chłopcy zaanektowali Kacpra, kiedy nawet zrobiłam herbatę, udaliśmy się do sadu rozłożyć wspólnymi siłami ich namiot. Poszło nam chwacko:)
Dzieci szalały, my w kuchni gadaliśmy, od razu uprzedziłam Ikę i Rafała, że, niestety, ale nie jestem zbyt dobrą gospodynią, bo nie mam w zwyczaju odgadywania życzeń mych gości, ale za to życzenia wyrażone na głos spełniam chętnie. Więc żeby mówili czego im potrzeba i będzie dobrze.
Ich ucieszyło to bardzo, bo jakoś tak...nie chcieli być mi ciężarem - hehe:))))
Nie byli!
Potem powrót Piotrka z pracy, jeszcze nocne Polaków rozmowy, i w końcu czas spać.
Rano wstałam, nasmażyłam wściekłą ilość naleśników, przygotowałam mus truskawkowy, powiedziałam Ice co i jak, i udaliśmy się wszyscy do biura zawodów. Oni, by się zweryfikować, ja, by wziąć się do pracy.
I tak też się stało:)
W tym roku pobiłam swój rekord sprzed trzech lat, bo złożyłam w kostkę około 1200 podkoszulków (słownie: tysiąca dwustu).
Po jakimś czasie zaczęli się pojawiać znajomi, z którymi witałam się, jak zawsze, ochotnie.
W międzyczasie wysłałam Jaśka z Iwoną i Mirkiem do mnie do domu po koszulki z Göteborga.
Po siedmiu godzinach wytężonej pracy czas był się udać do miasteczka namiotowego i zająć organizacją ogniska. Zrobiłam to chętnie:)
Po drodze spotkałam Michała, który zapytał mnie z błyskiem w oku, czy pójdę się z nim przejechać autem. A żądzę w oku miał taką, że bałam się mu odmówić (a poza wszystkim innym, lubię przejażdżki). Michał powiedział tylko do Sławka "Daj jej okulary" i kurcgalopkiem ruszył do samochodu. A za nim stał...quad:)
Zostałam usadzona, Michał odpalił piekielną maszynę i ruszyliśmy przez tę świeżo skoszoną łąkę na podbój rudawskich dróg.
Podbijaliśmy je chętnie, bo to i frajda była, ale...nie wiedzieć czemu, ja miałam wrażenie, że ten wściekły pęd mi zaraz głowę urwie. Po spojrzeniu na licznik okazało się, że "szalona prędkość" wynosi ni mniej ni więcej tylko 54 km/h :))))
Pojeździliśmy i wrócili:)
Faaajnie:)))
W międzyczasie na horyzoncie pojawili się Paweł Żyła i Mirek. Miło:)
Michał powoził jeszcze po łące mojego Kubę, jego koleżankę i kolegę, my zapadliśmy w przyjazną pogawędkę, po czym Michał wrócił, uśmiechnął się promiennie i wręczył mi kluczyk.
Taki pojedynczy, zwykły kluczyk - nawet bez breloczka.
Podziękowałam pięknie za prezent i pytam, co mam z tym "swoim" quadem zrobić, na co uzyskałam odpowiedź, że mam sobie pojeździć.
A bardzo chętnie, ale z Mirkiem.
Przy czym ja byłam pewna, że to Mirek zasiądzie za kierownicą, a ja będę sobie siedzieć na fotelu pasażera.
O, sancta simplicitas!
Posadzono mnie na fotelu kierowcy, i na nic się zdały moje tłumaczenia, że ja nie mam prawa jazdy, a ostatni raz za kierownicą siedziałam sześć lat temu!
Polecono mi nie wyjeżdżać na drogę i już!
Prosiłam Mirka o zamianę fotelami, ale też był niewzruszony.
Michał odpalił piekielną maszynkę, wytłumaczył mi, że tu jest automatyczna skrzynia biegów (i od razu ja nastawił jak trzeba) pokazał gdzie gaz i hamulec, i nakazał jechać.
Kiedy zaczęłam naciskać na ten gaz, udzielił mi ostatniej już wskazówki dotyczącej jazdy, a mianowicie, że lepiej się jeździ używając kierownicy (skręcać nią można).
No dobra..... jak mu auto niemiłe.....
Spięłam się w sobie, uśmiech na twarz, noga na gaz, i pięknym zrywem w lewo (no dobra, może on i nie był piękny tylko nerwowy, ale zrywem był z całą pewnością), ruszyłam przed siebie.
Mirek jakoś skurczył się w sobie.
(Wolałam nie patrzeć JAK BARDZO.)
Zaś ja ruszyłam na tę część łąki, która była oddalona od istot żywych, i tam, pokrzykując radośnie, ujeżdżałam maszynkę:)
Ależ to była radość:)
Mirek cichym głosem poprosił tylko, żebym nie wyjeżdżała na drogę. Tę prośbę spełniłam ochotnie, bo i nie miałam takich zamiarów:)
Postanowiłam wracać na miejsce i oddać pierdoletko prawowitemu właścicielowi, ale - by być uczciwa - mówię do Mireczka, że przy parkowaniu to mnie będzie musiał poinstruować co mam robić, bo parkować nie umiem. Obiecał, że pomoże (pewnie instynkt samozachowawczy się w nim odezwał).
Kiedy już zmierzałam na miejsce, zobaczyłam, że na łąkę wjeżdża mój kochany mąż z moimi kochanymi dziećmi w aucie; więc rzekłam do Mirka, że jeszcze jedno kółko, żeby Piotrek mnie zobaczył i kończymy.
Zgodził się (potem dopiero uświadomiłam sobie, że na jakikolwiek brak zgody nie miał najmniejszych szans: za kierownicą siedział klasyczny pirat drogowy, który miał z powodu swojego piractwa rzetelna frajdę:))
Zrobiłam więc jeszcze jedno szalone kółko i zwalniając spokojnie podeszłam do manewru parkowania, który mimo braku słownej pomocy Mirka wyszedł mi nienajgorzej.
(Czemu on mnie nie instruował, tego nie wiem. Może byłam tak znakomita w swoich wyczynach, a może mu po prostu głos odebrało. Zapomniałam go spytać:))
Zaparkowałam, wysiadłam, oddałam kluczyk i uciekłam do ogniska, które czas wielki był już zacząć.
Więc powitanie tych, co już przyszli, uroczyste wręczenie szampana ufundowanego przez Andrzeja autorowi 10.000 wpisu na jurajskim wątku forum Maratonów Polskich, a potem wyżerka, piwo, ogórki, smażenie kiełbasek...
W międzyczasie szybka wycieczka do namiotu "Pogoria Biega", gdzie zostaję z miejsca zastrzelona pewnym wyznaniem pełnym ognia, a w chwili następnej strzał zostaje poprawiony, bo Michał mówi, że jadę z nim do sklepu uzupełnić zapasy. Za kierownicą jadę!
Więc ja mu, że prawa jazdy nie mam, więc on mi, że to dobrze, bo mi go nie odbiorą, a w następnej kolejności, że mam jechać jego "prawdziwym" samochodem a nie czerwoną zabaweczką. Na szczęście z opresji ratuje nas Iwona, która mówi, że prawo jazdy ma i chętnie pojedzie:)
Ufff...
A potem wracamy już do ogniska, gdzie kontynuujemy biesiadę:)
Nie ukrywam, że nie palę się do gry na gitarze, bo wiem, że samotnie to ja ogniska nie pociągnę. Z Radkiem to co innego.
Wieczór staje się zaawansowany, ludzie pomału się wykruszają, zostaje nas przy tym ognisku garstka, więc biorę tę gitarę i coś tam brzdąkam i śpiewam. Bez przesadnego przekonania.
W pewnym momencie w kręgu ognia pojawia się Wojtek i mówi, że im jakieś dziecko płacze w namiocie. Uważam żart za wyjątkowo udany, bo przecież moje dzieci śpią już w domu:)
I wtedy własnie wstaje Ika i idzie szybko za Wojtkiem, mówiąc, że to Kacper.
Żeby nie było zbyt monotonnie, w kręgu ognia pojawia się potwornie zaspany Michał w cudownej urody czapce, i mówi, że im jakieś dziecko płacze w namiocie (nie wiem czemu patrzył na mnie. Czy moje dzieci kiedykolwiek, w czasie jakiejkolwiek imprezy płakały?); uspokajamy go, że do młodego człowieka już poszła mama. Michał patrzy na mnie wzrokiem nic nierozumiejącym, ja siedzę i brzdąkam.
Piotrek odwozi Ikę z Kacprem do domu i wraca podogorywać w cieple ognia.
Iza ulatnia się po angielsku. Szkoda....
Potem i my zbieramy się do domu, zabierając ze sobą Rafała, który cały wieczór czekał na rozkwit nagietków:)
W domu idziemy spać:)
PS. Kiedy sytuacja pt. "Gaba za kierownicą quada" jest analizowana później, Piotrek mówi z głęboką wiarą we własne słowa, że kiedy wjechał na łąkę, to zobaczył, że jakiś szaleniec się quadem rozbija, a ludzie w panicznym popłochu przed nim uciekają.
W następnej chwili w rzeczonym szaleńcu rozpoznał własną żonę.
Wtedy też uciekł:))
(I to jest oczywista nieprawda, dlatego, że pomimo fantastycznej zabawy, ja doskonale zdawałam sobie sprawę z mojego braku umiejętności, i celowo rozbijałam się po tej części łąki, na której istot żywych nie było!
No, może ślimaki...)
Zaś Mirek wyznał mi szczerze, że siedząc na tym fotelu pasażera, kiedy ja radośnie kręciłam kierownicą: "Byłem kompletnie posrany"
:))))
Nie ma to, jak zrobić odpowiednie wrażenie na mężczyznach:)))
W linku oczekiwanie na to , by "tylko zakwitły nagietki".
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora adamus (2011-06-20,12:34): "Byłem kompletnie posrany" i za rok proszę o taką samą dawkę adremaliny:)))))))))
mamusiajakubaijasia (2011-06-20,12:36): Jeżeli tylko Michał przyjedzie z quadem...masz to jak w banku:) Tr (2011-06-20,19:38): e tam :) mamusiajakubaijasia (2011-06-20,21:04): Co, Iza; czemu "e, tam"?? Tr (2011-06-21,07:09): e tam, że szkoda :))
|