Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [126]  PRZYJAC. [285]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
mamusiajakubaijasia
Pamiętnik internetowy
"Byle idiota pokona kryzys; to co cię wykańcza, to codzienna harówka" - Antoni Czechow

Gabriela Kucharska
Urodzony: 1972-08-26
Miejsce zamieszkania: Rudawa / Kraków
384 / 579


2011-05-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
GöteborgsVarvet... (czytano: 899 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=DAvG9PxXZ7E

 

Zasnęłam zanim zdążyłam pomyśleć jak jest fajnie...
...a rano usłyszałam najpiękniejszy tekst na świecie:
"Gaba, czy mogę Cię obudzić kawą podaną do łóżka?"

Oczywiście dzieci szalały, bynajmniej nie cichutko, dookoła mojej głowy, ale, że nie do takich błahostek jestem przyzwyczajona, przeto niewinne szaleństwa połączone z okrzykami nad moją głową nie budziły mnie zupełnie.
Co innego pytanie o kawę do łóżka.

Wstałam, zjadłam, ubraliśmy siebie i dzieci, i wyruszyliśmy w drogę, bo czas był wielki.

I od tego miejsca ten wpis będzie szalenie emocjonalnym opisem absolutnej nowości, jaką był dla mnie udział w tak wielkim przedsięwzięciu biegowym.

Już przy wjeździe z autostrady do Göteborga zaczynał się korek - rzecz niezwyczajna, ale w kontekście półmaratonu - TEGO półmaratonu - wytłumaczalna.
Zaparkowalismy auto na parkingu firmy Tomka, w tej samej chwili nadjechali tam Bolek z Zosią (rodzeństwo Tomka), i po lekkim przegrupowaniu ruszyliśmy do tramwaju.
Tramwaj wypełniony był po brzegi biegaczami, zaś po wyjściu z niego zdyscyplinowana procesja sunęła w stronę startu.
Zastanawiałam się, jak to wszystko będzie zorganizowane przy takiej ilości osób startujących i kibicujących, bo już organizacja biura zawodów zrobiła na mnie spore wrażenie.
I nie zawiodłam się:)
Co prawda nikt się tu nie pieści z biegaczami tak jak na polskich biegach, ale za to tradycją tego półmaratonu jest to, że firmy sponsorujące bieg mają swoje miasteczko namiotowe (namioty typu pawilonowego), i każda z firm oferuje swoim pracownikom-biegaczom i ich przyjaciołom coś innego; jedni kiełbaski z grilla, inni sałatki, jeszcze inni kanapki, jeszcze inni ciastka.... Zaś we wszystkich namiotach, oprócz innych smakołyków, króluje niepodzielnie kawa:)
(No cóż...Szwecja jest krajem w którym wypija się najwięcej kawy w Europie. Włosi są dość daleko za nią. Statystyczny Szwed bez kawy żyć nie potrafi, i nie żyje.)
Więc kawa, a do tego rozmaite atrakcje.

W "naszym" namiocie tą atrakcją były profesjonalne masaże w wykonaniu...profesjonalnych masażystek (i masażystów też).
(Była tam taka Tajka..... Boże mój:) w życiu nie przeżyłam tak niewiarygodnego masażu. Drobny kurczak o niesamowicie silnych rękach i ujmującym uśmiechu.)

Czas płynął...
Nasze dzieci okupowały soki i bułeczki cynamonowe (zupełnie im się nie dziwię, bo po spróbowaniu jednej rozważałm możliwość rezygnacji z biegu, a skoncentrowania się zamiast tego na konsumpcji smakołyku. NIEBO W GĘBIE !!!)
Tomek udał się na start, a tym samym straciliśmy tłumacza - mało komfortowa sytuacja.

Wkrótce czas był już się przebrać w biegowe ciuszki, przypiąć numer i takie tam:)
Zrobiłam to więc i wtedy wspomniana już przeze mnie Tajka zaprosiła mnie na masaż. Nie zamierzałam korzystać z masażu przed biegiem, ale nie potrafiłam się oprzeć jej uśmiechowi.
To, co ta drobna dzieczyna zrobiła z moim ciałem, zasługuje na epopeję!
Albo przynajmniej na poemat.
Masaż bez żadnego olejku - całkowicie na sucho, ale to był masaż rozgrzewający, i trzeba przyznać, że swoje zadanie spełnił znakomicie.
Doświadczenie było tak wstrząsające, że namówiłam na ten masaż również Jaśka i Rafała. Byli zachwyceni nie mniej ode mnie.

Czas, jak to czas, płynął...
Olga grzecznie bawiła się koło nas, zaś Jerzyk wybrał wolność. Po prostu poszedł sobie za namiot. Po dłuuugiej chwili jęłam szukać swego dziecka i go nie znalazłam.
Początkowo zdenerwowałam się średnio, a potem z chwili na chwilę coraz bardziej.
Oczywiście dziecko jest nauczone (jak i jego bracia) co robić gdyby się przypadkiem zgubiło. Ale przecież nie w obcym kraju, którego języka nie zna, i nikt nie zrozumie tego co mówi!
Wtem Jerz wyłonił się z niebytu i zadał mi treściwe pytanie: "Czy mogę jeszcze napić się soku i wziąć sobie ciastko?".
Oczywiście zezwoliłam mu na to, ale powiedziałam, że jeżeli musi już chadzać własnymi ścieżkami, to żeby jednak od czasu do czasu pojawił się, żebym nie musiała się denerwować.
Obiecał i....poleciał:)
A potem pojawił się znów i powiedział, że chce do toalety.
Nauczona polskim, smutnym doświadczeniem, zaproponowałam mu wysikanie się pod drzewem, ale dziecko z bólem w oczach powiedziało mi, że ono chce kupę.
(Ja przepraszam, że tak szczgółowo się o tym rozpisuję, ale...po pierwsze "Naturalia non sunt turpia" (choć nie wszyscy się z tym zgadzają), a po drugie muszę to napisać, by dać pełen obraz tego właśnie biegu.)

Zacisnęłam więc zęby i poszłam z nim do TOITOI-a, pouczając go, żeby tam broń Boże niczego nie dotykał, bo tam jest potwornie brudno.
(No cóż...biegacze korzystali z tych niezbędnych miejsc od rana, albo i dnia poprzedniego, a była już godzina 15-sta.)
Skorzystał Jerzy, a że zbliżała się już godzina mego startu postanowiłam skorzystać i ja.
Weszłam i przeżyłam szok!
Tam było idealnie czysto!
To znaczy toaleta była już mocno pełna, ale na podłodze ani kropli, na desce ani kropli, generalnie po prostu CZYSTO, a na ścianie wisiał pojemnik ze środkiem dezynfekującym, z którego zresztą skorzystałam.
Potężnie zaskoczona wróciłam do naszego namiotu, tam zabawiłam jeszcze chwilę i już czas był wielki udać się z Zosią i Bolkiem na start.

A start tych pięćdziesięciu tysięcy ludzi zorganizaowany był rewelacyjnie - bez żadnych niejasności, przepychanek, bez nieporozumień.
Każdy zawodnik miał na numerze startowym wypisaną godzinę swojego startu i numer grupy startowej w skład której wchodzi. Grupy liczyły po trzy tysiące osób, i były puszczane co trzy minuty. Nie da się ukryć, że od godziny 13.30 aż do 17.00 strefa startu to była nieprzebrana rzeka nóg i głów. Piękny i zajmujący widok.
A jeszcze bardziej, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że w Polsce są tylko cztery biegi, w których ogólna ilość startujących przekroczyła trzy tysiące, czyli tyle, ile tu znajdowało się w jednej grupie!

Tuż przed startem wywołał nas z tłumu Tomek, który już skończył, więc przekazałam mu wszystko, co dotyczy dzieci, powiedziałam, że Jerzyk chodzi własnymi ścieżkami, ale karnie wraca, więc żeby się nie zmartwił zbytnio jeżeli teraz podejdzie do namiotu a Jerza w nim nie będzie; po czym...przekroczyliśmy linię startu, nasze chipy zaczęły swoją pracę, a nogi rozpoczęły bieg.
Nie wiedziałam jak sobie ten bieg wyobrazić - nigdy nie biegałam w takim morzu ludzi, ale postanowiłam nie walczyć, nie rzucać się na czas jak szczerbaty na suchary, tylko po prostu spokojnie biegiem zwiedzić sobie Göteborg.
No i biegłam:)
Spokojnie - noga za nogą.
Nie wiem, czy to zasługa mojego podejścia, aury tej rzeszy biegaczy wśród których biegłam, nieustającego dopingu kibiców na całej trasie, masażu przed startem, czy może mojego oszałamiającego wytrenowania, ale biegło mi się bardzo spokojnie, bez nerwów, bez szarpania, bez zadyszki:)
Ani przez moment nie zbliżyłam się do magicznej granicy pod tytułem zmęczenie:)
Czysta przyjemność biegu.
Szczerze i uczciwie rzecz biorąc GöteborgsVarvet nie ma łatwej trasy. Moim zdaniem stopniem trudności nie ustępuje tej z Półmaratonu Jurajskiego. Jest tam naprawdę sporo przewyższeń - dwa mocno dające się we znaki (ale to z kolei były miejsca mojej niebywałej satysfakcji, bo byłam jedyną osobą - przynajmniej wśród tych biegnących obok mnie, która nie przechodziła wtedy do marszu:)), a trasa jest mocno kręta. Za to jest też bardzo piękna i pokazująca wszystko to, co Göteborg ma do pokazania - dzielnice domów, dzielnice bloków, tereny koło portu, tereny dawnej stoczni z gigantyczną 50-metrowej wysokości suwnicą; teraz buduje się tam nowoczesne osiedla i ekskluzywne lofty, również stary Göteborg z jego centalną aleją i nawrotem pod zwalającej z nóg szpetoty pomnikiem Posejdona:)
Trasa trudna, ale naprawdę piękna.
Od dwunastego kilometra mniej więcej - coraz więcej zawodników maszerujących.
Nota bene przeżyłam tam coś oszałamiającego, coś, czego z Polski nie znam. Mianowicie, ja tam wyprzedzałam. Biegnąc luźno, spokojnie i nie śpiesząc się, ja tam po prostu wyprzedzałam. W trakcie całego biegu udało mi się wyprzedzić blisko tysiąc osób!
Na ostatnich 97 metrach 70 osób!
Zdumiewające:)

Co ciekawe trasa nie była w zasadzie obstawiona przez policję, straż miejską, wolontariuszy. Owszem - stało tam niesamowicie wielu kibiców (nie zauważyłam ani jednego metra trasy, na którym nie byłoby żadnego kibica), a jednak nikt się nie zgubił, nikt nie zbaczał z trasy, nie próbował jej skracać. Natomiast na caluteńkiej trasie biegu była namalowana lakierem na ulicy ciągła niebieska linia. Wystarczyło się jej trzymać, by trasy na pewno nie pomylić.
Oczywiście, żeby nie było niejasności, muszę powiedzieć, że na trasie wolontariuszy były setki; ale byli to ludzie (w różnym wieku), którzy obsługiwali punkty odżywiania.
Te punkty odżywiania to była osobna historia.
Izotonik i woda - oba napoje w papierowych kubkach, i biegacze, którzy wyrzucają te kubki pod nogi (bo też nie są w stanie wyrzucić ich nigdzie indziej), w wyniku czego w okolicach punktów odżywiania ulice zalega obrzydliwa dosyć, mokra i potwornie chlapiąca papierowa breja.
Śmiałam się z tego, ale...to był pierwszy w mojej karierze bieg w lecie, w słoneczny suchy dzień, w czasie którego udało mi się przemoczyć buty. I to od góry!!

I kapele:)
Na trasie było podobno dwadzieścia jeden kapel (nie liczyłam, ale wierzę w to, bo tych kapel było naprawdę zatrzęsienie), które przygrywały nam, żeby nóżka lepiej podawała.
Kapele grały różne rodzaje muzyki; był zarówno metal, jak i rock, był pop i lokalne disco polo:) Ale był też i chór kościelny, był kwintet instrumentów dętych blaszanych (starsze panie), i nonet akordeonowy (oktet też był) - to z kolei starsi panowie:)
Biegło się....cudnie:)

Jasiek z Rafałem startowali w grupie pół godziny po mnie, ale wiedziałam, że mnie wyprzedzą. Nie spodziewałam się tylko, że tak szybko; oceniałam ich na jakiś osiemnasty kilometr, a tymczasem w okolicach czternastego - piętnastego kilometra zobaczyłam obok znajome okulary, a pod nimi znajoma fryzurę:)
"Jasiek!!" - krzyknęłam, a Jasiek, promieniejąc własnym blaskiem odwrócił się do mnie i...popędził z Rafałem dalej.

W końcu, po bardzo przyjemnym biegu, zaczęłam się zbliżać do stadionu na którym była meta. Wydłużyłam i przyśpieszyłam krok, i spokojnie OSIĄGNĘŁAM linię mety:)

Pani wolontariuszka popryskała mi wodną mgiełką na twarz, a ja przeszłam (wraz z rzeką ludzi, oczywiście) dalej, gdzie oddałam chip i dostałam w zamian medal:)
A medal jest przepiękny:)
Złoty i taki, że ACH:)))))

Wychodząc ze stadionu dostałam jeszcze wafelka w czekoladzie i banana, i już mogłam wracać do naszego namiotu.
Problem (to znaczy ja myślałam, że problem) był w tym, że namiot był z drugiej strony rzeki biegaczy, którzy zmierzali do mety.
Organizatorzy poradzili sobie z tym znakomicie, budując z metalowych rusztowań trzy wielkie kładki, po których morze ludzi sunęło ku swoim rzeczom.
Dotarłam i ja, witana przez przyjaciół uśmiechem i gratulacjami:)
Moje dziecię było na miejscu:)
Jeszcze szybkie przebieranie, jeszcze szybki masaż, jeszcze fotki naszego DRAPELLA TEAM (Zosia też już dotarła na miejsce - szczęśliwa i zadowolona).
Jeszcze Waldek, który dziękował mi za moje wczorajsze dobre rady, i....ruszyliśmy do tramwaju.
Jak mieć fuksa, to mieć fuksa - trafiło nam się, że jechaliśmy stareńkim, zabytkowym drewnianym tramwajem, częściowo po trasie biegu. Jeszcze wypytywałam Tomka o niektóre miejsca, które zafascynowały mnie w trakcie biegu, i już, po dłuższej chwili, byliśmy przy naszym aucie.
Tam szybkie przepakowanie Magdy do samochodu Bolka i Zosi, pożegnanie małżonków i moje (i chłopaków podziękowania) i czas był już jechać do domu.

Tam prysznic, podgrzanie licznych makaronów, i zawitali do nas nasi Dąbrowianie:)
Więc after party ze szklaneczką drinka żurawinowego, a potem nasi panowie pożegnali nas, my zaś położyliśmy Jerza i zatonęliśmy w rozmowie.
I celowo nie używam tu słowa pogawędka, bo to pogawędką nie było.
Rozmawialiśmy na tematy ważne - może nawet fundamentalne, a udaliśmy się do swoich łóżek dopiero wtedy, gdy za oknami dniało:)

Przed nami był kolejny, ostatni już dzień:)





Na marginesie...
W Szwecji biegają wszyscy. Naprawdę jest tam mnóstwo, mnóstwo biegaczy; w różnym wieku, o różnym stopniu wytrenowania, o różnej posturze i tuszy.
I ci ludzie godnie stają na starcie GöteborgsVarvet, i spokojnie, bez zbędnych kompleksów tę pętlę pokonują.
Na trasie widać zarówno zgrabniutkie szprychy, jak i osoby o posturze ludka Michelina. Biegną czy też truchtają bez kompleksów i nie przejmują się niczym.
I jeszcze jedno.
Bardzo podoba mi się podejście Szwedów do biegania. Podoba, bo jest bliskie temu, jakie sama wyznaję.
Mianowicie oni się bieganiem bawią, oni się bieganiem cieszą.
Oni nie zażynają się dla poprawy życiówek (a jeżeli to zdecydowana mniejszość), tylko tuptają (i maszerują) tak, jak im na to pozwalają ich indywidualne warunki, ale robią to zupełnie bez kompleksów.
I na koniec już:
GöteborgsVarvet już niedługo osiągnie poziom gdy liczba startujących w nim kobiet i mężczyzn się wyrówna.
Nigdy i nigdzie nie widziałam tylu kobiet na trasie:)
I szczerze mówiąc, był to widok po prostu miły :)






W linku piosenka, którą śpiewała jedna z kapel na trzecim chyba kilometrze. Towarzyszyła mi w głowie jeszcze długo, długo:)






Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


tdrapella (2011-05-30,23:01): hehe, z tą kawą to było tak, że nie wiedziałem jak Ci delikatnie dać znać, że już najwyższa pora wstawać :) No i tak sobie pomyślałem, że kawa Cię obudzi :) Jak widzę nie pomyliłem się :) Jeszcze raz dziękuję za te przegadane godziny. To był dla nas równie wspaniały przedłużony weekend :)
jacdzi (2011-05-31,08:01): Gaba, ekscytujace! K! Kawa w Skandynawii, faktycznie wypijane litry, od dziecka, jednak moc tej kawy pozostawia wiele do zyczenia dla tych co "siekiery" preferuja. K1 Kobiety startujace. To marzy sie nam w Polsce aby na trasach biegowych moc jeszcze bardziej cieszyc sie widokiem biegajacych Pan. Impreza faktycznie niezwykla. Ja wybieram sie pierwszy raz w zyciu we wrzesniu na taka masowa impreze do Berlina.
Tr (2011-05-31,08:05): Gaba kawy zazdroszczę, imprezy też i towarzystwa też. :)
tdrapella (2011-05-31,08:49): Jacku, nie wiem jaka ty kawe pijesz, ze ta szwedzka nazywasz cienka :) Dla mnie ona jest tak mocna, e albo dolewam 1/3 mleka, albo nie pije w ogole, bo dostaje palpitacji serca :)
tdrapella (2011-05-31,08:50): Iza ty nie zazdrosc tylko pakuj corki i Lysego i przyjezdzajcie za rok! :)
adamus (2011-05-31,08:53): Piękna relacja Gaba, zresztą jak zwykle:)) Natknąłem się tylko na jedną niedorzeczność; w jednym zdaniu ujełaś słowa "samkołyk" i "kawa"!!!!
mamusiajakubaijasia (2011-05-31,09:05): Zaś tam niedorzeczność, Mireczku. Czasem piszę też w jednym zdaniu słowa: "uwielbiam" i "Mireczku" - to dopiero jest niedorzeczność ;) A jednak prawdziwa:))))A co do kawy....no cóż, każdy ma prawo do jakichś tam słabości ;) Ja mam do chudych facetów i do kawy właśnie:)) (Że o spaniu tendencyjnie zmilczę.)
kluseczka (2011-06-01,21:37): chyba ci zazdroszczę, ale wieeesz, tak ckliwie, bo ja też chciałabym tam pobiec ;)
Renia (2011-06-05,22:25): To musiało być wielkie przeżycie. Wolę biegi kameralne, ale Szwecji zawsze byłam ciekawa...







 Ostatnio zalogowani
perdek
19:50
malkon99
19:47
Piotr100
19:21
szymk
19:19
Robak
19:14
."RoBsoN".
19:04
Raffaello conti
19:01
tomas
19:01
Wojciech
18:13
bogaw
17:58
entony52
17:31
benfika
17:26
conditor
17:24
uro69
17:19
robert77g
16:32
biegacz54
16:10
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |