2011-05-28
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Vänersborg... (czytano: 844 razy)

Śniłam......
......i nabierałam sił na dzień następny.
A te siły były mi, nie ukrywam, potrzebne, bo rano obudził mnie radosny szczebiot naszych dzieci (to znaczy mojego Jerzyka, i Magdy i Tomka - Oli. Huberta nie słyszałam, ale Hubert jest bardzo spokojnym i cichutkim dzieckiem).
Ponieważ głosy ewidentnie dobiegały z sypialni Magdy i Tomka, jęknęłam przerażona w duchu "Boże, czy ten Jerzyś zupełnie taktu nie ma, żeby się ludziom o poranku ładować do łózka?"; po czy otwarłam zaspaną powiekę i wstałam.
Dom rzeczywiście pełen był dziecięcego gwaru, ale w odróżnieniu od tego, co znam z naszego domu, nie było tam żadnych kłótni, krzyków, bójek (no cóż...mam trzech synów, którzy ze sobą na rozmaite sposoby rywalizują, i cisza, kiedy oni są w domu, jest zjawiskiem ewidentnie wskazującym na chorobę progenitury).
Kąpiel, ubieranie, śniadanie, i...pogawędki rzecz jasna:)
I....w końcu miałam okazję poznać osobiście Huberta:)
A chciałam go poznać, i wcale tego nie ukrywałam, ale kiedy ten maluszek uśmiechnął się do mnie promiennie w odpowiedzi na mój uśmiech i zagadywanie, kupił mnie sobie z miejsca całkowicie i nieodwołalnie:)
No ale cóż się dziwić?
Jeżeli nowo poznany mężczyzna (nawet całkiem maleńki) reaguje na moje pieszczoty właściwie, a myzianie go po nosie, paluszkach i stopach wprowadza go na wyżyny szczęścia, to jak ja mam dla niego nie przepaść?
Po śniadaniu i pogawędkach porannych (bo ten wyjazd to był czas zdecydowanie pogawędkowy), poszliśmy na spacer do pobliskiego parku, który mnie zachwycił.
Park znajduje się w pobliżu przedszkola Oli, a że młodziutka Drapellówna chodzi do przedszkola o profilu ekologicznym, przeto dzieci codziennie są w tym parku, tam się bawią, dokonują pomiarów i uczą się szeroko rozumianego szacunku dla przyrody.
Stąd na drzewach znajdują się zalaminowane cyferki, stąd tabliczka głosząca, że "Tutaj znajduje się dziupla trolla, który czasem wychodzi" i nasze nachylanie nad ta dziuplą, ale tym razem troll wyjść nie chciał ;)
Za to chwilę później na skałkach w tymże samym parku (cała Szwecja to skałki, i jest to - co tu dużo mówić - piękne) znaleźliśmy całą rodzinę trolli, które swoimi bystrymi oczkami spoglądały na nas badawczo.
(Świetna sprawa; po prostu na małych otoczakach namalowano, farbą olejną chyba, oczka, i umocowano te otoczaki przy pomocy jakiegoś kleju w zakamarkach skałek. Znajdując kolejne trolle, cieszyłam się jak dziecko:)
Na marginesie....
Nie wiem w którym momencie, i jak to się stało, ale w pewnym momencie przejęłam od Tomka wózek, i już nie pozwoliłam go sobie odebrać:))
Nawet wtedy, kiedy Hubert wylądował na rękach Magdy, a w wózku godnie usadowili się Jerzyk z Olą:)
Zresztą... oni ogromnie przypadli sobie do gustu; dwoje otwartych, radosnych, niezmanierowanych dzieciaków:)
Potem powrót do domu, kanapki dla dzieci, ustawienie wielkiego stołu w pokoju, i zajęliśmy się z Tomkiem kreowaniem trzech rodzajów makaronu na wieczorne pasta party dla jutrzejszych zawodników.
Nie żeby mnie tak do posług kuchennych ciągnęło (znam inne, ciekawsze rozrywki), ale....musieliśmy sobie troszkę pogadać ;)
Magda przystąpiła do pakownia siebie i dzieci na wyjazd do Polski, a ja, po pokrojeniu tego, co do pokrojenia było, zajęłam się małym Hubertem. Oczywiście ani na moment nie przerywając konwersacji z Tomkiem:)
(Teraz tak sobie pomyślałam, że to fantastycznie, że Magda nie jest kobietą głupio zazdrosną, bo ja w czasie tej konwersacji cały czas krążyłam wokół Tomka, który jest - nie wahajmy się tego powiedzieć - cholernie atrakcyjnym facetem, i nie oddalałam się od niego na więcej niż metr.
A krążyłam nie dlatego, że tak na mnie jego wdzięk działał, tylko dlatego, by go słyszeć (no cóż....kontrola w klinice laryngologicznej już we wtorek).
Oczywiście cały czas z Hubertem z ramionach.
W pewnym momencie zawitał do nas Jasiek, by pożyczyć garnek do ugotowania makaronu.
Kiedy zobaczył mnie z maluszkiem na ręce (a chyba jaśniałam wtedy własnym blaskiem), uśmiechnął się do nas bardzo ciepło - tak, jak tylko Jasiek potrafi, i powiedział: "Jaka szczęśliwa".
I to oddawało istotę rzeczy w stu procentach:)
Z tym śmiejącym się do mnie maluszkiem na rękach, czułam się najszczęśliwsza na świecie:))
W końcu.....
Makarony zostały przygotowane, stół nakryty i przyszli chłopcy z Dąbrowy na kolację makaronową.
Było fajnie, miło i biegowo, ale...krótko!
Nie da się ukryć, że nasi dąbrowszczycy byli ogromnie przejęci startem. Starali się tego nie okazywać, ale ten stres strasznie po nich było widać.
Ja podchodziłam to samego biegu ze spokojem; stwierdziłam, że jeżeli mam okazję pobiegnąć sobie wielką petlą przez piękne miasto, to nie będę walczyć, tylko sobie spokojnie, biegowo pozwiedzam. Ich cele były inne, i chyba dlatego właśnie stres przedstartowy aż z nich strzelał na wszystkie strony.
Potem panowie poszli, my kontynuowaliśmy biesiadę (teraz z głównym naciskiem na biesiadę intelektualno-towrzyską, bo w końcu ileż można jeść?), a potem dołączył do nas Waldek - kolega Tomka, który jutro miał debiutować na tak poważnym dystansie. (I o tym poważnym dystansie, to piszę bez ironii. Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno temu sama myśl o TAKIM dystansie mnie przerażała, wiem, ilu niezgorszych ścigaczy do tego dystansu w ogóle nie podchodzi, bo uważa go za zbyt poważny i długi.)
Waldka zjadał stres, a my z Tomkiem udzielaliśmy mu dobrych rad typu: jak ile i w jak często pić, jak zaczynać, jaką przyjąć strategię; poinformowaliśmy go (z czego on nie zdawał sobie sprawy), że zawsze może przejść do marszu i wcale nie zostanie z tego powodu zdyskwalifikowany, został pouczony o właściwościach koszulek technicznych i obdarowany takąż przez Tomka (zamierzał biegnąć w bawełnianej); generalnie siedzieliśmy sobie i uświadamiali debiutanta.
W pewnym momencie Waldek opowiedział nam, w jaki sposób poinformował swoją żonę o tym, że będzie biegł.
A było to tak:
Powiedział swojej wybrance, że w sobotę umówił się z Tomkiem, i że trochę pobiegają. Na co małżonka zapytała czy będzie ktoś jeszcze.
Waldek odpowiedział jej na to:
"Nie wiem, może jeszcze ktoś przyjdzie".
Umarliśmy z Tomkiem ze śmiechu.
Największy półmaraton na świecie, a ten go podsumowuje słowami : "może jeszcze ktoś przyjdzie" :)))))
Drobne pięćdziesiąt tysięcy ludzi ;)
A potem Waldek się pożegnał, a my po kilku jeszcze chwilach pogawędki udaliśmy się spać.
Rano czekał nas ciężki dzień; nas: bieg w największym półmaratonie na świecie, a Magdę: podróż do Polski z dwójką dzieci.
Zasnęłam zanim zdążyłam pomyśleć jak jest fajnie:)
Fotka z naszego spaceru. Widać, że wszyscy zadowoleni:)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2011-05-28,10:10): Gaba, gazu! Opowiadaj o tym malym bieganku! Apetyt mnie zzera! Tr (2011-05-28,16:21): Pobiegniesz w końcu?? :))) Jasiek (2011-05-28,17:53): No właśnie!... bo mnie też zżera ciekawość, czy na to małe pobieganie przyszedł ktoś jeszcze ;) Kedar Letre (2011-05-31,09:25): No właśnie, przyszedł ktoś , czy nie?! :)
|