2011-05-25
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Krzeszowice - Gdańsk - Göteborg... (czytano: 952 razy)

Najpierw o wynikach kawału zrobionego Jerzowi w związku z wyjazdem do Göteborga:
O moim pomyśle powiadomiłam Piotrka, który był mu przeciwny, bo obawiał się całkiem poważnie, że Jerzyś nie zechce jechać, a wtedy będę miała nie lada problem.
Ja takich wątpliwości co do reakcji swojego syna nie miałam ani przez moment - w końcu znam go i jego reakcje na pamięć.
Po powrocie ze szkoły powiadomiłam o idei Jakuba i Jasia i poprosiłam ich o dyskrecję - obiecali i dotrzymali danego słowa.
(A tak w ogóle, to w środę spakowałam siebie i Jerzyka na wyprawę, ale, że dziecię było zajęte swoimi sprawami i filmami, to nie patrzyło mi na ręce.)
Pojechaliśmy do Krzeszowic i rozpoczęliśmy czekanie na pociąg. Chłopcy byli, delikatnie mówiąc, wredni.
W pewnym momencie zobaczyliśmy trzy lampy lokomotywy i pani zapowiedziała, że mój pociąg właśnie wjeżdża na stację. Bo wjeżdżał.
W momencie kiedy Jerzyś w charakterze pożegnania powiedział, że szkoda, że jadę sama, zapytałam go krótko: "A chcesz jechać ze mną?"
Dziecku oczy zaświeciły się jak dwa reflektory-szperacze, i bez cienia namysłu czy niepewności powiedział: "TAK!"
Na co ja tonem lekkim powiedziałam:
- Dobra, to jedź.
- Ale naprawdę mogę?
- Jasne, jeżeli tylko tatuś się zgodzi.
I wtedy nastąpiło pełne bolesnego błagania:
- Tatusiu, mogę?
- Jeżeli chcesz, to możesz.
Jerzowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, wsiadł do pociągu przede mną nawet (chyba obawiał się, żebyśmy się nie rozmyślili), wrzuciliśmy rzeczy do naszego przedziału i stanęliśmy przy oknie pożegnać się jeszcze raz z zostającą w domu częścią naszej rodziny.
W pewnym momencie patrzę, a moje dziecko ma oczy pełne łez. Widać, że jest szczęśliwy, ale oczy pełne łez i te łzy mu płyną po policzkach. Więc pytam, co się stało, czy może woli zostać, na co on mi odpowiada, że jedzie, ale......
.....ale on się boi lecieć samolotem, bo ma lęk wysokości:)))))
Stłumiłam śmiech, i powiedziałam, że wszystko będzie dobrze, jeszcze raz pomachaliśmy chłopakom (Jasiu płakał z kolei na peronie z powodu niesprawiedliwości życia, bo "Jerzyk jest taki mały i poleci samolotem, a ja jestem od niego przecież starszy i nigdy nie leciałam, i już nigdy w życiu nie polecę" (Jaś to znany katastrofista i sensat, więc umarłam ze śmiechu), a my ruszyliśmy w siną dal do Gdańska via Katowice, gdzie Magda przyniosła nam na stację kawę i landrynki (na czas startu i lądowania samolotu).
Po wyjeździe z Katowic udaliśmy się na swoje posłanie na kuszetce i poszliśmy spać.
Tak naprawdę to dopiero rano Jerzyk uwierzył w to, że ze mną jedzie, że ze mną poleci i że to nie jest żart.
I z miejsca zaczął się dopytywać czy zgodzę się, żeby to on wręczył prezencik Oli i Hubertowi.
Łaskawie się zgodziłam ;)
Generalnie kawał udał mi się przednio:)
Rano "kuszetkowa" pobudka i poranne senne dogorywanie:)
Jerzyk obudził się około ósmej rano, a niecierpliwić zaczął dopiero w Malborku. Osobiście uważam to za kolosalny sukces mego nadaktywnego dziecka.
Nie minęło czasu mało wiele i wylądowaliśmy w Gdańsku, w którym z dworca odebrał nas Artur.
Szybko nadałam na poczcie paczkę (kocyk, który służył nam w nocy) i udaliśmy się na szybki spacer po Gdańsku (czasu było mniej niż na lekarstwo), wrzucając tylko po drodze bagaże do Artura do pracy.
Jaki był spacer?
Uroczy:)
Mój syn, onieśmielony nieco nowo poznanym wujkiem, zachowywał się w sposób godny i wyważony, a my konwersowaliśmy zawzięcie na tematy różne.
Generalnie Artur pokazywał mi zabytki Gdańska, a robił to w sposób uroczy i taki, jaki bardzo lubię - to znaczy nie mówił, na przykład: "To jest Kościół Mariacki.", tylko "To Kościół Mariacki, ma taką i taką wielkość, jego historia brzmi tak i tak, po zniszczeniach wojennych zostało z niego tyle i tyle".
Ogromnie lubię taki sposób zwiedzania. Sam fakt, że wiem, co widzę jest dla mnie niewystarczający; ja chcę jeszcze znać historię danego miejsca. No, taka niewinna słabość starszej pani:)
Ponieważ, jak wspominałam, czasu było haniebnie mało, więc z konieczności zaprezentowano mi Gdańsk w minipigułce, a na pocieszenie zjedliśmy po lodzie.
Wygląd Jerzowego ryjka po zakończeniu konsumpcji wart był ujrzenia i zapamiętania:) (No cóż...lód był śmietankowo-czekoladowy:))
A potem czas już był udać się na lotnisko, więc po bagaże do Artura do pracy i razem na przystanek, gdzie zakończyliśmy to miłe, acz zdecydowanie za krótkie spotkanie.
Na lotnisku ból zderzenia z rzeczywistością, to znaczy gwar, i moje ciche i rozpaczliwe dosyć prośby kierowane do własnego dziecka; "Jerzysiu, powiedz mi, proszę, co pan mówił, bo ja nic nie słyszę w tym gwarze", a po chwili pytanie pana: "Przepraszam, czy pani mówi po polsku?", i moja rozpaczliwa odpowiedź: "Tak, mówię, ale ja słabo słyszę i w ogóle pana nie zrozumiałam".
Ale...do samolotu udało się nam jednak wsiąść bez większych problemów, usadowiliśmy się wygodnie - Jerzyk przy oknie, rzecz jasna, i ruszyliśmy na podbój przestworzy z landrynkami w ustach:)
Jerzyś nie mógł wyjść ze zdumienia, że w ogóle się nie boi, i że go (wyimaginowany skądinąd) lęk wysokości nie trapi.
Potem zastanawialiśmy się czy chmury wyglądają z góry bardziej jak wata cukrowa czy jak bita śmietana. Ja optowałam za śmietaną, a Jerz za watą:)
A potem dziecię się znudziło i puściło do okna zachwyconą mamusię, która z gębą rozdziawioną jak u wioskowego głupka, chłonęła piękno chmur, a potem obniżania lotu aż do lądowania.
No i stanęliśmy na szwedzkiej ziemi, zaopatrzeni w informację, że musimy wsiąść do autobusu z tęczą, że bilet kosztuje 60 koron, i że mamy jechać do końca, a tam będzie już czekał Tomek.
Banał:)
Podeszłam do automatu sprzedającego bilety, wsunęłam kartę i wybrałam rodzaj biletu jaki chcę kupić (a do wyboru były cztery w różnych cenach), i....NIC :(
Ponowiłam próbę i...ponownie nic :(
Zmartwiłam się nieco, że taka zagubiona jestem, i że durnego automatu nie potrafię obsłużyć, kiedy podeszła do niego pani (Polka) mieszkająca w Szwecji, ponowiła moją próbę i ze zdumieniem w głosie powiedziała, ze automat jest chyba POPSUTY!
Ale bilety można kupić w sklepiku z pamiątkami.
Udałam się tam wielce przejęta, w głowie formułując kwestię "Poproszę jeden bilet na autobus za 60 koron". Konstrukcja prosta, ale niekoniecznie dla kogoś, kto angielskiego nie zna (po szwedzku nie próbowałam formułować niczego).
Ale... z pewną siebie miną powiedziałam, co miałam do powiedzenia, a pan bez cienia wątpliwości o co mi chodzi, sprzedał mi bilet (i nie wiem, czy ja to powiedziałam poprawnie, czy pan był zaledwie bardzo domyślny, ale niepewność ta nie spędza mi snu z powiek).
Dziewczyna za mną poszła po najmniejszej linii oporu, bo powiedziała po prostu "Me too", a do mnie "Dzięki".
Hm...chyba nie byłam tam jedyną osobą nie władającą angielskim:)
A potem wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Kiedy wysiadłam na przystanku końcowym, nie będąc w gruncie rzeczy pewna, czy to rzeczywiście jest przystanek końcowy, wpadłam wprost w ramiona Jaśka, i to był ostateczny kres mojej niepewności.
Ogniste powitania moje i Jerza, i ruszyliśmy do hali dworca do Jarka i Rafała; tam powitań część dalsza.
Niedługo potem pojawił się Tomek, po czym podzieliliśmy się na dwie równe grupy: Jarek, Rafał i Jerzyk zostali na dworcu, a ja, Jasiek i Tomek ruszyliśmy po pakiety startowe.
Było daleko:)
Ale dzięki temu, mogłam sobie z okien tramwaju pooglądać Göteborg, który spodobał mi się ogromnie.
W biurze zawodów szok!
Będę uczciwa, i napiszę, że nie miałam zielonego pojęcia, jak oni poradzą sobie z obsługą przeszło pięćdziesięciu tysięcy osób zgłoszonych na bieg; jak to zweryfikują, jak ogarną wydawanie pakietów.
Ale....myślałam - niestety - kryteriami polskimi, w których zakłada się brak uczciwości i bezradność ludzką (że tak to wdzięcznie określę).
A tam, na pięciu straszliwie długich stołach, ułożone były pakiety (zawierające numer i chip) w pudełkach po tysiąc sztuk.
Banalnie proste:)
Biegacz podchodził, zabierał swój numer i do domu. Jeżeli sobie nie radził, byli tam też wolontariusze do pomocy.
Zafascynowało mnie to:)
Potem - znów tramwajem - wróciliśmy na dworzec i udaliśmy się do pociągu (Tomek nie mieszka w samym Göteborgu). Ku zdumieniu Tomka, pociąg był spóźniony. I to sporo.
Wsiedliśmy zajęliśmy miejsca i ruszyliśmy w świat, tonąc w miłej pogawędce (ja z Tomkiem) i wycieraniu kurzy spod fotela (Jerzyk). Bardzo podobało mi się to, że przy każdym nieplanowanym postoju, obsługa pociągu grzecznie informowała przez megafon czym ten postój jest spowodowany (np. "Stoimy teraz, bo musimy przepuścić pociąg, który jedzie według planu"), a na koniec - tuż przed naszym wysiadaniem, poinformowano tą samą droga, że będzie postawiony autobus zastępczy, bo pociąg, na który mieliśmy się przesiadać już odjechał. Dla ośmiu osób autobus zastępczy!! (tylu pasażerów wysiadło w Vänersborgu).
Najbardziej zdumiewające było jednak to, że pasażerowie tego pociągu W OGÓLE nie wykazywali najmniejszych oznak zniecierpliwienia, zdenerwowania czy pośpiechu.
Siła spokoju i już!
Przesiadka do autobusu, i....już po chwili stukaliśmy do drzwi, które otworzyła nam uśmiechnięta Magda:)
Panowie poszli rozlokować się w swoim domku, a my z Jerzysiem przystąpiliśmy do przywitania, mycia rąk, wręczania podarunków, siadania przy stole i generalnie wszystkiego tego, co towarzyszy na ogół przyjazdowi do kogoś:)
Potem przyszli chłopcy (hmm...chłopcy? No, wyrośnięci chłopcy - powiedzmy), i razem siedliśmy do kolacji, którą kontynuowaliśmy również po ich wyjściu (kładąc uprzednio dzieci spać).
Tego wieczoru zobaczyłam też po raz pierwszy Huberta, ale było to oglądanie małej, śpiącej kruszynki.
Czas prawdziwego powitania z Hubertem nadszedł dzień później.
Po "nocnych Polaków rozmów" części pierwszej poszłam spać na obłędnie wygodnej kanapie:)
Śniłam......
......i nabierałam sił na dzień następny.
Fotka: zdjęcie zrobione przez Artura w Gdańsku. Bardzo mi się podoba - jest w nim spokój i radość:)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora tdrapella (2011-05-25,14:13): Te bilety to w sumie można było też kupić bezpośrednio u kierowcy :) Ale i tak sobie poradziłaś, jak mogłoby być inaczej :) Kedar Letre (2011-05-25,14:36): Trochę już się dowiedziałem, ale z niecierpliwością czekam - CO DALEJ ?! Tr (2011-05-25,15:12): Chciałabym zobaczyć oczy Jerzyka jak wsiadał do pociągu. :) Fajna mama co robi takie niespodzianki. :) Jasiek (2011-05-25,15:59): Czy ten aniołek na zdjęciu, to na pewno jest Jerzyk?... mamusiajakubaijasia (2011-05-25,16:29): To "Jerzyk sprawiający pozory". Ma to opanowane do mistrzostwa - po mamusi ;) adamus (2011-05-25,20:34): Tą część już czytałem, czekam z niecierpliwością na wrażenia z kolejnych dni/godzin tego wyjazdu:)) jacdzi (2011-05-26,08:50): Ale sie dzialo, a ze radosci nie bylo konca widac juz na zdjeciu z Gdanska. Czekamy na ciag dalszy historii!!! Henryk W. (2011-05-27,08:39): Potwierdasz, że Szwecja to przyjazny ludziom kraj? mamusiajakubaijasia (2011-05-27,15:15): Jak najbardziej, Heniu, przyjazny. I jeszcze jedno...nie wiem, czy Szwedzi mówią o polityce prorodzinnej czy nie, ale oni ją rzeczywiście stosują - w przeciwieństwie do naszych włodarzy, którzy polityką prorodzinną wycierają sobie usta i na tym poprzestają. Ufff...nie sądziłam, że we własnym blogu potknę się o politykę :)
|