Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [126]  PRZYJAC. [285]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
mamusiajakubaijasia
Pamiętnik internetowy
"Byle idiota pokona kryzys; to co cię wykańcza, to codzienna harówka" - Antoni Czechow

Gabriela Kucharska
Urodzony: 1972-08-26
Miejsce zamieszkania: Rudawa / Kraków
379 / 579


2011-05-04

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Znawca... (czytano: 872 razy)

 

To będzie wpis quasi-biegowy.
Wyśmiewający cynicznie pewnego pana biegacza w Katowicach,
wyśmiewający cynicznie myślenie stereotypami,
i wychwalający pod niebiosa Małgosię Obstarczyk i jej zapędy pedagogiczne:)


Było tak:

Piotrek miał biegnąc w Silesia Marathon, a ja miałam się skoncentrować na trąbieniu i innych formach kibicowania - zarówno jemu, jak i pozostałym znajomym i nieznajomym biegaczom.

W przeddzień wyjazdu do Katowic umówiłam się na rano z Mireczkiem, i wiadomo było, że ten dzień spędzimy w dużym stopniu razem - i dobrze; żadne z nas nie będzie się nudzić:)

Rano zostawiliśmy dzieci w przedszkolu dla dzieci biegaczy (tylko Jasia i Jerzyka, bo Kuba miał spędzić dzień w moim towarzystwie), wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy na start.
Tam tradycyjne już spotkania i powitania ze znajomymi i pogawędki pełne niepokoju z powodu niespodzianek, które może dziś sprawić pogoda.
Pogoda niespodzianek nie sprawiła i, niestety, chwilę przed startem zaczyna kropić deszcz. Oprócz tego jest zimno.
Ale to przecież dopiero dziewiąta rano.

Najpierw start; ja w pogotowiu z moją trąbką, dmę w nią ile oddechu starcza (a starcza na długo), potem szybciutko przemieszczamy się w kierunku alei Harcerskiej i tam oczekujemy na maratończyków.
Więc kontynuuję trąbienie, a już po chwili muszę wylot trąbki skierować w dół, bo mi do niej deszcz pada i trabka zaczyna z lekka rzęzić:)
Podbiega do mnie Ola i daje mi na przechowanie okulary - przy takiej aurze zupełnie nic przez nie nie widzi.
Idziemy z Kubą na trawnik do Mirka, który robi zdjęcia a deszcz pada mu za kołnierz, Mirek chowa się pod naszym parasolem i odrobinkę mu lepiej:)

Kiedy przebiegają już wszyscy, podchodzę do znajomych w samochodzie i pytam grzecznie czy nie zechcieliby nas podrzucić w okolice Spodka. Chcą:)
Ufff....

Pod Spodek docieramy nieprzemoczeni, potem dociera do nas Tarzi i tłoczymy się pod tym jednym parasolem w czwórkę. Na szczęście Mirek przypomina sobie, że on ma przecież w samochodzie parasol, i wręczając mi aparat do przechowania, rączym kłusem leci po niego. Wraca...i zaczyna się komfort:)
Co prawda w nogi nam już mokro i zimno ale parasol Mirka jest z tych napraawdę dużych, więc spokojnie w czwóreczkę stoimy pod nim i pod moim - też nie małym. Potem kończy Ola (biegła dziś połówkę) i chwilę później dociera do nas, żeby czekać na mecie na swego męża Wojtka. W międzyczasie tak zwanym namawiam Kubę, żeby poszedł do auta - będzie mu chociaż sucho. Ale młody nie chce.
Kiedy Tarzi zaczyna się zastanawiać czy też nie iść do auta, mówię im krótko "Chłopaki weźcie sobie parasol i idźcie do auta Tomka, zagrzejecie się." Zgadzają się natychmiast, a my zostajemy w trójkę i czekamy na Wojtka.
Nagle telefon z przedszkola. Dzieci są bardzo grzeczne ale w namiocie przedszkola płynie rzeka i dzieci zaczynają już być z lekka fioletowe z zimna. Mówię, że odbiorę je najszybciej jak się da i wyglądam moich biegaczy mentalnych czyli Piotrka z Tomkiem. Nadbiegają, są, lecą dalej, ja zaś lecę po dzieci, zabieram je z przedszkola i umieszczam w suchym samochodzie. Oczywiście nie włączam im silnika, bo moje zaufanie do dwóch smarków nie jest aż takie potężne, żeby ich zostawić w uruchomionym samochodzie z kluczykami w stacyjce (jak się potem okaże - słusznie). Mamię ich wizją pizzy, którą im potem kupię, i lecę na metę kibicować dalej.

I tu muszę powiedzieć, dlaczego ja na tej mecie nie trąbiłam mimo wcześniejszych obietnic.
Miałam trąbkę i używałam jej z pasją w Chorzowie w parku. Ale...pod Spodkiem tak lało i wiało, było tak przepotwornie zimno, że stwierdziłam, iż po prostu nie dam rady.
Raz trzymałam parasol prawą ręką a lewą grzałam w kieszeni kurtki, a raz trzymałam go lewą zaś grzałam prawą.
Zwyczajnie nie byłam zdolna aż do takiego poświęcenia, by trzymać obie ręce na wierzchu - jedną dzierżącą parasol, a drugą dzierżącą trąbkę.
Ale...starałam się i wznosiłam okrzyki!
No...wydzierałam się po prostu i dopingowałam tym krzykiem zmarzniętych biegaczy.

Potem przyszedł Kuba, a na wieść, że bracia są w naszym aucie czem prędzej się do niego udał, w międzyczasie skończyła połówkę z pięknym bananem na twarzy Ola - moja "wnuczka" biegowa, potem Mirek pożegnał się z nami i pojechał schnąć do domu, a potem z Tomkiem poszliśmy na pizzę. Jedną pochłonęliśmy na miejscu, drugą wzięłam na wynos dzieciakom, a jeszcze spory kawałek dla Oli, która schła w swoim samochodzie, został.

Chwilę później (po około czterech godzinach od rozpoczęcia maratonu) podszedł do mnie Kuba (przepotwornie umazany keczupem) i powiedział, że tatuś prosi o kluczki od auta. Zdumiałam się i pytam, co też dziecko ma na myśli, przecież tatuś jeszcze nie skończył, na co dziecię wyjawiło, że tatuś zszedł z trasy, ale jest mu bardzo zimno i chce się zagrzać. Dałam mu kluczyki i zaczęłam wydzwaniać do Piotrka. Okazało się, że na dwudziestym piątym kilometrze dostał takiej straszliwej hipotermii, że nie był w stanie nawet formułować słów, ruszać się, nic nie był w stanie. Tomek doprowadził go do najbliższego punktu i chciał zejść z nim, ale mu Piotrek nie pozwolił, bo widać było, że Tomek jest w niezłej dyspozycji i że to jego dzień. Tomek pobiegł, a Piotrka jęto wspólnymi siłami ratować. Najpierw kierowniczka punktu, potem przyjechała karetka, a potem jeden z samochodów organizatora dowiózł go do strefy mety, gdzie Piotrek wysłał Kubę do mnie po kluczyki. Dobrze, swoją drogą, że nie miało to miejsca wtedy, kiedy z Tarzim byliśmy na pizzy, bo by mi ukochany mąż zamarzł.
Piotrek powiedział mi przez telefon, żebym sobie spokojnie kibicowała na mecie jeżeli mam ochotę, a on zostanie w aucie i będzie się grzał. Ok, niech się grzeje.

Ja zaś powróciłam do wydawania gromkich okrzyków.

Maraton zaczynał zmierzać ku końcowi.
Biegacze przybiegali już coraz rzadziej, ale tym bardziej, tym głośniej krzyczałam; starałam się odczytywać ich imiona z numerów startowych i dopingować ich imiennie; czasem towarzyszył temu uśmiech radości i ulgi, a czasem totalnie nieobecny wzrok świadczący o mocno umiarkowanym kontakcie z rzeczywistością.



I tu dochodzę do sedna, czyli do tytułu tej opowieści:)

W pewnym momencie dołączyła do mnie na tej mecie Małgosia Obstarczyk i jęłyśmy kibicować razem:)
A że Gosia lubi kibicowanie i jest Mistrzynią Dopingu Ustnego, więc też śpiewałyśmy te durne, ale głośne pioseneczki, krzyczałyśmy, podskakiwały i dawały z siebie wiele.
Naprzeciwko stał mężczyzna z kategorii wiekowej 60 minus (ale raczej z małym minusem).
Tak patrzy na nas, i patrzy, i nagle do mnie mówi tak:

- A pani to widać, że nie biega.
- I tu by się pan bardzo pomylił, proszę pana, bo ta pani akurat bardzo dużo biega - to Małgosia tonem rzeczowym i raczej chłodnym. Taka zimna belferka:)
- Tak? - to pan głosem pełnym nieskrywanej ironii
- Tak, proszę pana, mam na swoim koncie czternaście maratonów - to ja.
- No, ja mam sześć, ale pani to nie mówi prawdy z tymi maratonami. Jakby pani naprawdę biegała, to by się pani tak nie zachowywała.

Wtedy mina Małgosi stężała zupełnie, a Gosia rzekła:

- I to, proszę pana, jest najlepszy dowód na to, że nie należy ludzi oceniać według wieku, według wyglądu, według wagi. Koleżanka może i nie wygląda, ale naprawdę biega bardzo dużo, a zachowuje się na mecie tak, jak na mecie zachowywać się powinno.

Po czym wskazała na trasę i mówi:

- O, właśnie będzie teraz kończyć pani Ewa, która od kilku lat bierze udział w Mistrzostwach Polski w biegu na sto kilometrów, mimo, że w ogóle na to nie wygląda.

No, tego to już panu było za wiele. Zawrzał, wybuchł i zgasł, po czym rzekł głosem wskazującym na to, iż ma patent na nieomylność:

- To już trzeba być nienormalnym, żeby takie dystanse biegać. To jest nienormalne i chore!


Gosia spojrzała na niego jak na martwego motylka i przestała w ogóle do niego mówić.
A ja w duchu zagotowałam się ze śmiechu, bo pomyślałam sobie, że ten zwolennik normalności chyba zapomniał o tym, że na ogół ludzie którzy biegają maratony uważani są przez swoich bliskich za poszkodowanych na umyśle. Zwłaszcza ludzie w pewnym wieku (no, powiedzmy, że Ci, którzy już skończyli te dwadzieścia siedem lat).

A my kibicowałyśmy dalej:)
Potem skończył jeden nasz Tomek - życiówka poprawiona o dziewięć minut. I to metodą treningu mentalnego!!
Potem skończył nasz drugi Tomek - życiówka poprawiona o kilkanaście minut.
W międzyczasie na metę przychodzili znajomi dziękować mi za doping - podobno pomagał:)

Na samym końcu tej mokrej kanikuły pokrzyczałam jeszcze Damkowi i Tytusowi, po czym zwinęliśmy się i pojechaliśmy do Oli i Tomka, gdzie spędziliśmy wspaniały wieczór przy pysznym spaghetti i mazurku orzechowym:)

Fajnie spędzony dzień wśród przyjaciół:)

O tym, jak odbieram ten maraton organizacyjnie nie napiszę nic, bo nie chcę.
Ale nie jest to odbiór pozytywny.



PS.
Tonem usprawiedliwienia biegacza-szowinisty powiem tylko, że ja wczoraj chyba rzeczywiście dosyć specyficznie wyglądałam - za duże spodnie, które mi nieco leciały z tyłka, i kurtka założona na druga kurtkę - taki ludek Michelina, ale za to nie zmarzły mi nerki, plecy, pierś łabędzia, i generalnie przeziębiona nie jestem (to dzięki Oli, która mnie przebrała w swoje spodnie dresowe, a mój mokry przodziewek wysuszyła na kaloryferze).

Małgosiu...uwielbiam Cię:)))

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


Tr (2011-05-04,15:40): że też chciało Ci się poświęcać uwagę temu panu :) a jak to się stało, że się nie widziałyśmy na starcie to nie mam pojęcia. Przecież ja tam stałam i robiłam zdjęcia! :)
mamusiajakubaijasia (2011-05-04,15:47): I nie słyszałaś mojej trąbki? I nie widziałaś Mireczka? Dziwy, dziwy zaiste....
mamusiajakubaijasia (2011-05-04,15:48): A panu uwagę poświęciłam, bo był klasycznym szowinistą, a ci zawsze mnie śmieszą. Lubię się śmiać:))
Tr (2011-05-04,16:06): Mirka nie widziałam a o żadnej trąbce na starcie nie było mowy! Nie słyszałam i koniec. kropka. :) Ale może byłam skupiona na robieniu fot i szukaniu Ciutka, żeby od niego zabrać ciuchy, które on zostawił w autobusie. :)))
DamianSz (2011-05-04,17:18): Dzięki Gaba za doping. Nie wiem czy usłyszałaś jak wolałem, że Masz super płuca,-) ps.z tym, że bieganie 100 km i więcej to wariactwo itp. w zupełności zgadzam się z tym panem-)
agawa (2011-05-04,19:18): Gabi nie usprawiedliwiaj Pana, nie należny mu się obrona ;p. Po kiego diabla taki gość przychodzi jako kibic na maraton jak kompletnie tego nie kuma???
Gerhard (2011-05-04,20:03): Twój WRZASK był przejmujący. Przenikał ciało i kości. Robiło się po nim gorąco. I strasznie. Płuca to Ty masz wyćwiczone..
kluseczka (2011-05-04,21:06): Gaba, twoje i małgosine okrzyki na końcówce, były dla mnie, jak spiewy anielskie, dziekuje za doping i podziwam twoja wytrwałośc, ja zmarzłam na kość, dzieki jęszcze raz , jestes wsapniałym kibicem;)
mamusiajakubaijasia (2011-05-04,22:10): Tak, Damek, ta informacja o super płucach jak najbardziej do mnie dotarła. W zasadzie się z nią zgadzam:)
mamusiajakubaijasia (2011-05-04,22:14): Wiesz, Iza, w zasadzie to nie wiem, którego z nich wielbię bardziej - Mirka czy Ciutka. No, po prostu nie wiem. Obaj unikatowi i obaj wspaniali. A Maciek ma w sobie tę siłę spokoju:)
mamusiajakubaijasia (2011-05-04,22:16): Aga, może ja tu truizm wygłoszę, ale kibicować też trzeba umieć. Przede wszystkim, na początek należy przemóc wstyd. Potem wznoszenie okrzyków, gwizdanie i trąbienie przychodzi już łatwo:)
mamusiajakubaijasia (2011-05-04,22:17): Strasznie, Wojtku? Hm...nie wiedziałam:)
Gerhard (2011-05-05,07:30): Dobrze wiesz w jakim stanie docieraliśmy do mety. Twój krzyk pozwalał nam wrócić do realnego świata. "CO SIĘ DZIEJE? DLACZEGO TEN KTOŚ TAK WRZESZCZY? A to GABA... Ten krzyk jest dla mnie?"
Tr (2011-05-05,09:55): NO właśnie Maciek jest tak spokojny, że miał niejakie kłopoty z przebiciem werbalnym. Kluseczce buzia się nie zamyka a mi w pewnych okolicznościach też nie. :)))
pa ma (2011-05-05,20:21): Moje wyrazy podziwu ! Ja wiem ile znaczy doping kibiców, a w takich warunkach, na pewno nie jednemu uratowałaś życie ! Pozdrawiam serdecznie.
jacdzi (2011-05-06,22:07): Gaba bylas naj, najwytrwalsza "traba" dodajaca powera wszystkim zmoklym kurom ze mna na czele. Dzieki!
dugi (2011-05-07,21:15): Bardzo dziękuję za bezcenny (zagrzewający) doping.Co najmniej dwa razy miałem przyjemność podziwiać Twoją wytrwałośc,siłę ducha,woli i głosu.Szacunek!!!
jacdzi (2011-05-08,17:05): Kurcze, gdyby Gaba byla facetem to Twoje stwierdzenie "mialem okazje podziwiac Twoja trabe" byloby bardzo dwuznaczne.
mamusiajakubaijasia (2011-05-08,21:22): Spadłam z krzesła, Jacku:)







 Ostatnio zalogowani
waldekstepien@wp.pl
07:13
Robak
07:09
Leno
07:08
jaro109
06:54
krzysztofl
00:45
Piotr100
23:35
Citos
22:27
Lucas
22:05
seba1
21:59
gpnowak
21:52
Artur z Błonia
21:48
benfika
21:42
drakomir
21:41
marmax3
21:41
Waldek
21:30
hubert
21:22
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |