2007-07-14
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| II Maraton Wokół Kanałku Bydgoskiego (czytano: 582 razy)

Jedziemy do Bydgoszczy razem: Michał, Konrad (konroz), Andrzej (AnKa) i ja. Wyruszamy na tyle wcześnie, żeby zdążyć przed godz. 13 przed zamknięciem zapisów. Po drodze straszne korki, więc przyjeżdżamy 20 minut po starcie. Szybkie przebieranie z strój biegowy i odbiór numerów startowych. Po kilku chłodnych dniach ten jest wyjątkowo upalny. Niedobrze. Ruszamy w trasę o godz. 14.30, przed nami 10 okrążeń po 4,2 km. Na pierwszych kilometrach przyjemnie jest rozprostować kości po kilku godzinach spędzonych w aucie, pierwsze dwa kółka robię w towarzystwie AnKi, potem on zostaje w tyle, a ja trochę przed nim. Na trzecim kółku zaczyna doskwierać znów lewe kolano. Biegnę i czekam aż przestanie. Musi przestać. Zawsze kiedyś w końcu przestaje. OK. Po piątym już mniej doskwiera, za to odechciewa się biegać. Brakuje napojów izotonicznych, jest tylko woda i gorąca, gorzka kawa. Do jedzenia banany i czekolada. Zapycham się czekoladą i popijam wodą. Po szóstym rozważam rezygnację z pełnego dystansu, ale kurczę blade nie po to tłukłam się tyle kilometrów, żeby sobie tylko półmaraton zaliczyć. Półmaraton to ja sobie mogę pod domem zrobić podczas treningu. Dołącza się do mnie Marek (Marass), który biegł tylko połówkę i postanawia mnie trochę podtrzymać na duchu. Zaczynamy rozmowę, w końcu przechodzę do marszu. No bo co to w końcu ma być. Ja biegam dla przyjemności i nie mam zamiaru się zajeżdżać. Podbiegam fragmentami, ale właściwie sporo idę. Potem Marka zmienia Tomek i z nim już jakoś szybciej mi "biegnie". Ostatnia pętla znów z Markiem. Cały czas biegnę bez zegarka, więc zupełnie się nie orientuję ile czasu upłynęło. Na mecie dowiaduję się, że 4:59:00. Aż nie mogę uwierzyć, że aż tak dużo, ale Konrad też ma fatalny wynik.
Na mecie nie ma już bananów, nie ma drożdżówek, nie ma kiełbasek, które jeszcze przed chwilą były. Podczas kąpieli po prysznicem koledzy przynoszą mi ze sklepu soki i wodę. Impreza na zakończenie i okazuje się, że mam II miejsce wśród kobiet - za Agnieszką Mizerą. To mnie dobija - taki kiepski wynik i drugie miejsce. Nawet przez chwilę rozważam odmówienie przyjęcia pucharu i nagrody, ale ostatecznie nie chcę robić organizarom jakiejś zadymy. Przełykam tę żabę. Wracamy do Warszawy. W domu jestem przed godziną drugą i po paru przepakowaniach i przeniesieniu jeszcze paru rzeczy ze starego mieszkania do nowego ruszam w drogę na Śląsk, do dzieci - stęskniona okrutnie. Ślepia zamykają się podczas jazdy, ale bezpiecznie docieram na miejsce o godz. 7. Padam.
fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |