2010-10-12
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Studium pewnego przypadku. (czytano: 646 razy)

Emocje pomaratońskie powoli, nawet momentami bardzo powoli, opadają, i tylko jedno jest dzisiaj dla mnie pewne. Maraton to wciąż jedna wielka zagadka :(
Niby na treningach wszystko gra, niby są wyniki na innych krótszych dystansach, a później start ... i wychodzi jedna wielka d...
Głównym planem biegowym na rok 2010, było przebiegnięcie przeze mnie maratonu w czasie 3:30. Pomimo 3 podejść plan nie został zrealizowany, a nie wydawał się przecież nadmiernie wygórowany. W zeszłorocznym debiucie wynik 3:45, zrobiony bez specjalnego planu pod tamten maraton. Dawało to jakieś nadzieje. Do tego te wszystkie kalkulatory...
Pierwsze podejście - Kraków;
Solidnie przepracowana zima, wręcz rekordowy dla mnie kilometraż na obozie treningowym, wszystko było na dobrej drodze. Do pewnego czasu - bo kontuzja stopy skutecznie wykluczyła mnie z rytmu treningowego prawie na 2 tygodnie. Wszystko przez... za wąski but. Półmaraton Poznański podziwiałem wyłącznie z pozycji kibica.
No i sama wyprawa. Zdecydowaliśmy się razem z kolegą Tomkiem (Putkiem) - który co prawda biega krócej ode mnie, ale przygodę maratońską w zeszłym roku rozpoczęliśmy razem - na podróż pociągiem. Taka odległość samochodem - mogłaby być dla mnie zbyt męcząca. Oczywiście moje wrodzone skąpstwo, a może po prostu brak czasu, sprawiło - iż zamiast zdecydować się na nocleg w jakiś rozsądnych warunkach - zdecydowałem się na darmowy nocleg w hali Wisły. Jak się okazało oka nie zmrużyłem nawet na chwilę. Gorzej niż w ulu - co chwilę kolejna osoba rozpoczynała pompować swój materac. Do tego jeszcze wizyta głośnych i bardzo... muzykalnych kiboli Wisły. Zazdrościłem tym, którzy pomimo panującego wokół hałasu - spokojnie sobie chrapali.
No i sam bieg. Pierwsza połowa łatwa i przyjemna tempem 5:00/1km, podziwianie zabytków Krakowa, pozdrawianie kibiców, słowem... piknik. Schody się zaczęły dopiero po 28km. Tempo spadało i w ostateczności okazało się zbyt mocne dla mnie.
Dalej to już była walka o życie. Kibice opalający się na trawce nad Wisłą zaczęli mnie drażnić, Błonia Krakowskie już zawsze będą mi się kojarzyć z istną drogą przez mękę, i żadną siłą nikt mnie teraz nie zaciągnie tam na spacer .
A czas na końcu... - zaledwie gorszy o 10 sekund od zeszłorocznej życiówki (3:45:00).
Czyli co? Wyeliminować błędy, wziąść porządny plan treningowy i jesienią zaatakować życiówkę we Wrocławiu?
Jeszcze tylko bieg na autobus z ciężką torbą - by zdążyć na pociąg. My biegacze to szczególnie lubimy takie przebieżki po maratonie ;-)
I w drogę powrotną... sporo opóźnionym pociągiem, w dodatku przepełnionym.
cdn.
Acha... fotka zrobiona przez koleżankę z klubu już na Błoniach, na drugim kółku i jakaś... niewyraźna próba uśmiechu.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Kala (2010-10-13,11:44): trzymaj się balonika na 3.30 next time o ;) ;p golon (2010-10-13,12:09): miałem to samo w POZNANIU - trening zrealizowany , wszystko idealnie w 100% , wyniki super na połówce i dyszce a tu dzień maraton 27km i po biegu :( michu77 (2010-10-13,14:30): Oto chodzi Kamilko że baloniki w Krakowie mi szybko uciekły, a i tak biegłem szybciej niż 5:00/1km - i nie było sensu ich nawet gonić. Zresztą biegłem z kolegą, który był takim nieoficjalnym pacemakerem i prowadził raczej równym tempem. michu77 (2010-10-13,14:32): U mnie się to Mateusz powtarza na 3 kolejnych maratonach ;) golon (2010-10-13,16:37): miejmy nadzieje że na następnym już się nam obu to nie powtórzy :) michu77 (2010-10-15,10:28): hm... nic nam innego nie pozostaje :)
|