2007-05-22
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Grand Prix Warszawy - bieg IV (czytano: 289 razy)

Po toruńskim piekle muszę się trochę roztruchtać. W poniedziałek jazda na rowerze i sesja jogi poszła mi bezboleśnie. Dziś też jak zwykle do i z pracy na rowerze. Nie traktuję tego startu jakoś wyjątkowo, bo inaczej wybrałabym metro, żeby mieć świeże mięśnie. Nawet myślę, żeby w ogóle zrezygnować z opłacania i potruchtać sobie dla towarzystwa, ale jednak start to start, potem mi może zabraknąć jednego biegu do zaliczenia całego cyklu.
A więc pobiegnę. W lesie sauna. Ponad 30 stopni Celsjusza, więc po dobiegu już jestem mokra. Ustawiam się zupełnie z tyłu, żeby nie przeszkadzać innym. Ruszam i po chwili dopatruję się grupki dziewcząt z KB Galeria - takich, które zwykle robią czasy po ok. 52-53 minuty. Dziewczyny trzymają się razem, ja za nimi. Na pierwszym kilometrze czas 5'20" - super! Tempo mi odpowiada, nogi mnie nie bolą, oddech spokojny. Przy trzecim kilometrze lekkie wniesienie - tam dziewczyny lekko odpuszczają, a ja lekko podbijam poprzeczkę i już są za mną. Wypatruję następnej osoby. Jest ze mną (tak trochę przede mną) facet w czarnym ubranku. Fajnie leci. Więc ja za nim. Przypominam sobie, co Przeciętniak mówił o ściganiu, o tym, jak to Ci, którzy są przed nim nie są ludźmi, tylko punktami do zaliczenia. No to zaliczam. Niektóre punkty są łatwe, bo maszerują, niektóre trudniejsze, bo poruszają się niewiele wolniej ode mnie. Niektóre punkty są bonusowe - to kobiety, które udaje mi się wyprzedzić. Przy tej parnej pogodzie pot się leje równo. Za szóstym kilometrem stoi szwagier z siostrzeńcami i kibicują. Bo poza mną startuje dziś po raz pierwszy moja siostra. Dostaję dodatkowego zastrzyku energii i "połykam" mojego dotychczasowego pacemakera. Czuję się dobrze, komfortowo, zastanawiam się czy już zacząć atakować, czy jeszcze sobie odpuścić. Zegarek wskazuje, że raczej nie złamię 50', a lepiej trzymać się założeń, że ma być luźno, żeby nie nabawić się kontuzji lub jakiegoś wstrętu do biegania. Zaliczam kolejne punkty. W tym także Monię, która ostatnio była ode mnie lepsza. Jadę dalej. Znów przede mną taki bonusowy punkt - młoda dziewczyna. Widzę, że słabnie, więc mijam ją spokojnie. Ale dziewczyna się podrywa, szybkim tempem wyprzedza i leci przede mną. Nie chcę atakować, bo do mety jeszcze 2 kilometry. Dziewczyna wytrzymała może ze 300 metrów i już jest za mną. Za zakrętem widzę na prostej Anię biegnącą razem z kolegą, a dalej jeszcze Mazurka. Ruszam na nich. Zastanawiam się, czy uda mi się ich dojść do 9 kilometra. Nie udaje mi się, też przyspieszyli - Ania już zrównała się z Mazurkiem. Robię kilka głębszych oddechów, żeby się dotlenić i atakuję Mazurka. Nie było trudno, bo słabnie. Za Anią i kolegą biegnę chyba z pół kilometra, nie mogę się zdecydować na atak. Wiecie jak to jest, gdy się stoi na brzegu basenu czy jeziora i wiadomo, że woda jest zimna, a tu trzeba skoczyć. Boimy się tego pierwszego momentu, kontaktu z wszechotaczającą nas chłodną głębią, ale też wiemy, że po chwili temperatury się wyrównują i nie będzie tak źle. A więc znów kilka głębszych, spokojnych oddechów i na 400 metrów przed metą mocny atak, przechodzę szybko w prędkość finiszową, przede mną jeszcze dwóch gości, którzy słysząc moje dyszenie również przyspieszają. Ja już ich nie dogonię, a Ania nie podejmuje wyzwania, więc lekko odpuszczam, gdy nagle pojawia się przede mną jeszcze jeden bonusowy punkt, który szczęśliwie mijam.
Na mecie czas 50:50.
Słyszę z tyłu wołanie "Baśka!". Tym ostatnim punktem była moja siostra, która wystartowała kilkanaście minut wcześniej. Ale fajnie było się spotkać z nią na mecie. Ale na finiszu ani ona mnie, ani ja jej nie poznałam. Gratuluję debiutantce - jej czas 64:19!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |