Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

    


Mijają kolejne tygodnie epidemii wirusa COVID-19. Wydarzenie, które na przełomie lutego i marca było tylko telewizyjną ciekawostką, obecnie stanowi bijące jądro naszego życia. Wychodzimy z domu pod jego dyktando, robimy zakupy, uczymy się, podróżujemy (a raczej tego wszystkiego właśnie nie robimy) tak, jak pozwala nam na to otaczająca nas "wirusowa" rzeczywistość.

Branża turystyczna padła. Branże usługowe padły. Branża reklamowa nie żyje. Przestają istnieć - choć wg polityków to tylko chwilowe "zawieszenie" - dziesiątki branż. Nie inaczej jest z eventową, w tym także z organizacją biegów ulicznych.

Spróbujmy pobawić się dziś w przepowiadanie przyszłości. W wymyślenie scenariusza pt. "Jak będzie wyglądał biegowy świat po pandemii". Wiadomo wszak, że wszystko z czasem przemija - nawet najdłuższa żmija. Przyjdzie taki dzień, gdy TVP ogłosi, że Premier pozwolił nie tylko biegać bez maseczki, ale i organizować wydarzenia masowe - mecze piłkarskie, koncerty, przedstawienia teatralne oraz... biegi!

Wiele zależy od terminu. Ile czasu trwać będzie obecna "zakazowa" polityka rządu? Przy naszych dywagacjach pamiętać musimy, że to główna niewiadoma. Nawet w przybliżeniu nikt nie umie określić czy biegi wrócą do rzeczywistości za miesiąc, za trzy, czy za rok. Gdy na początku marca pojawiły się pierwsze decyzje o odwołaniu imprez masowych, liczyłem na to, że będzie to sytuacja krótkotrwała - stawiałem kokosy przeciw orzechom, że planowany na 26 kwietnia Cracovia Maraton będzie pierwszą dużą imprezą, która odbędzie się po zakończeniu epidemii. Jak bardzo się myliłem pokazuje odwoływanie w tej chwili wielkich imprez czerwcowych, i coraz bardziej uzasadnione obawy organizatorów biegów wakacyjnych.

Nasza branża zostanie "odmrożona" na samym końcu, gdyż nie jest niezbędna do funkcjonowania struktur Państwa, a jej działanie nie wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa egzystencji populacji. Bieganie jako potrzeba wyższa - podobnie jak kultura, sztuka, wypoczynek - stoi na szczycie piramidy potrzeb. Ważniejsze jest zabezpieczenie warunków bytowych, zdrowotnych, egzystencjalnych. I o ile my biegacze możemy się z tym nie zgadzać, to reszta społeczeństwa nie ma na ten temat żadnych wątpliwości.

Organizacja biegów jesiennych z najgorszego scenariusza zmienia się więc niestety obecnie w najbardziej optymistyczny. I - biorąc pod uwagę decyzje podejmowane w innych krajach - coraz mniej prawdopodobny.

Bądźmy jednak optymistami, i załóżmy, że jesienią zakaz organizacji wydarzeń masowych zostanie zniesiony.

Co wtedy? Otóż niewiele. Pokazują to ostatnie decyzje organizatorów. Jak pamiętacie dwa tygodnie temu został odwołany tegoroczny Nocny Półmaraton Wrocławski. Na TRZY miesiące przed imprezą. Czyżby jasnowidztwo i ponadprzeciętna przenikliwość orga? Nie. Po prostu nie da się zorganizować wielkiego wydarzenia w miesiąc, i prace nad nim muszą trwać długo. Gdy więc w sierpniu Premier na konferencji prasowej ogłosi zniesienie zakazu organizacji imprez masowych we wrześniu, wszyscy nadal będziemy w czterech literach...

Ale dość realiów, przecież mamy fantazjować. Więc pofantazjujmy i przyjmijmy że we wrześniu będzie można organizować biegi. Część organizatorów może nawet się we wrześniu wyrobi. Co w związku z tym?

Wiele osób z którymi rozmawiam wskazuje, że liczba przeniesionych wydarzeń na jesień spowoduje spadki frekwencji gdyż organizatorzy nawzajem się skanibalizują. Owszem, tak będzie. Nieco mniejsza grupa osób twierdzi także, że biegaczy nie będzie stać na opłaty startowe, a dodatkowo część społeczeństwa zdąży porzucić już nawyki zdrowego życia i zamiast uprawiać czynnie sport znajdzie sobie inne przyjemności. To także możliwe.

Trudno zgadywać ilu "biegaczy" będzie jeszcze biegaczami jesienią. Zapewne pierwsza fala startów (bez względu na to, czy odbędzie się to we wrześniu czy w listopadzie) będzie imponująca. Ruszymy na startowe trasy ze zdwojoną siłą i namiętnością. Ta fala jednak wygaśnie, znormalizuje się i wypłaszczy. Pytanie jednak na jakim poziomie? Odpowiedź jest o tyle trudna, że od kilku już lat widoczne są spadki frekwencji na biegach więc trudno oddzielić skutki koronowirusa od tego trendu. O ile jednak można przytoczyć liczne argumenty za spadkiem liczby uczestników, o tyle po stronie wzrostów widzę tylko chwilowy głód startów. I nic więcej. A więc raczej czekają nas spadki, i pytanie brzmi "o ile?"

Jeżeli spadki frekwencji będą odpowiednio widowiskowe (nie umiem jednak powiedzieć czy "widowiskowy spadek" to np. 30 procent czy dopiero 50 procent), to zacznie się następna "rewolucja", czyli redukcja liczby biegów.

Będzie to proces stricte rynkowy. Jak przy każdej redukcji powinni na placu boju zostać najwięksi oraz najlepiej przystosowani. O fuzjach nie ma mowy ze względu na formułę właścicielską biegów. Niestety ujawni się pewna cecha stanowiąca o wyjątkowości biegów ulicznych w Polsce. Otóż od zawsze przytłaczająca większość z nich istnieje tylko i wyłącznie dzięki finansowaniu samorządowemu. To nie z opłat startowych i pieniędzy sponsorów są organizowane biegi w Polsce. Mit, że biegacze utrzymują organizatorów dawno został już obalony i tli się tylko w najgłębszych biegowych piwnicach. O elemencie sponsorskim nawet nie warto wspominać, bo w rzeczywistości on w naszym kraju nigdy nie istniał. Wydarzenia typu Run Warsaw czy ORLEN Marathon stanowią tylko wyjątki potwierdzające regułę. Zresztą, brutalizując, jak na wyjątki przystało obie imprezy skończyły w miarę szybko na śmietniku biegowej historii.

Już dziś rząd zapowiada, że będzie nie tyle rekomendował co konsekwentnie zwiększał dług publiczny. I to zarówno na poziomie krajowym jak i u samorządów. Owo zadłużenie ma stymulować i pobudzać gospodarkę. Oszczędzę sobie kpiny i nie pociągnę tego tematu - zainteresowanych odsyłam do Pana Piotra Patkowskiego, nowego 29-letniego doświadczonego wiceministra finansów.

Zastanówmy się jak zwiększone zadłużanie odbije się na kondycji rzeczywistych sponsorów biegów ulicznych, czyli na samorządach. Oczywiście będą konieczne oszczędności. I cięcia. Gdy na jednej szali wydatków położymy szkolnictwo i służbę zdrowia, bezpieczeństwo obywateli oraz inwestycje strukturalne - a na drugiej biegi, koncerty, pikniki i projekty różnych fundacji do tej pory utrzymywanych przez samorządy... szala przechyli się na tę pierwszą stronę. Ze strumienia zasilającego organizatorów zostanie strumyk. Lub przeciekająca zaledwie rura.

Jest jeszcze jeden element, o którym przy okazji warto wspomnieć, choć chyba niewiele osób zwraca na niego uwagę. Biegi w naszym kraju z każdym rokiem coraz bardziej ciążą wielu organizatorom i współorganizatorom. Wybaczcie, nie przytoczę konkretnych przykładów - ale to się czuje w powietrzu. Jest grupa organizatorów oraz miast i samorządów, które zarówno w efekcie własnych poglądów jak i wieloletnich nacisków "społecznych" mają już dość użerania się z biegaczami, z protokołami, z policją, z tysiącami wytycznych - a do tego z falą hejtujących biegi współmieszkańców. Nie udało się wszak do tej pory zbudować pozytywnego wizerunku biegów w Polsce - wizerunku wśród zwykłych, statystycznych, nic nie robiących Kowalskich. Dziesiątki tysięcy takich Kowalskich siedzą i tylko czekają, by ponarzekać i rzucić się do gardeł wszystkim tym, którzy coś robią. "Zadziobią nas kruki, wrony".

Trudna sytuacja finansowa pozwoli w efekcie tej nieokreślonej jeszcze co do liczebności grupie organizatorów biegów zająć się czymś innym. "Chcieliśmy, ale nie możemy - są ważniejsze wydatki". I trudno będzie się z nimi nie zgodzić. Część biegów więc nie tyle upadnie, co przestanie być rozgrywana.

Niestety, będzie to ta mniejsza część znikającego rynku.

Prawdziwy cios spadnie na biegi tworzone przez fascynatów, przez ludzi oddanych naszej dyscyplinie sportu. Duże straty zanotuje tzw. mały sponsoring, czyli "Pan Prezes Adam wspomagający wraz ze swoją firmą bieg kolegi Tomasza z naszego wspólnego klubu biegowego". W skrócie: Tomek, chciałbym, ale nie mam w tym roku. Firma oszczędza.

Te mniejsze biegi, choć frekwencyjnie niewielkie, liczące do kilkuset uczestników, stracą dwa z trzech swoich źródeł finansowania. Pieniądze od samorządu, oraz pieniądze z małego sponsoringu. Co im pozostanie? Opłaty startowe. Tak - te skandaliczne opłaty, które biegacze płacą, by organizatorzy się wzbogacili.

I tutaj docieramy do naszego ulubionego tematu, czyli wysokości opłat startowych. Jakie będą w sezonie po pandemii? To zależy od tego kto i w jakiej ilości utrzyma się na rynku, gdyż bez względu na ścieżki jakimi poprowadzimy nasz scenariusz - liczba organizowanych w Polsce biegów zostanie zredukowana. Bańka, którą wszyscy wspólnie wytworzyliśmy pęknie.

Biegów w Polsce jest za dużo. W jeden weekend rozgrywanych jest nawet kilkanaście imprez masowych ulicznych, kilkadziesiąt koleżeńsko - parkowych, a do tego wiele różnych eventów towarzyszących i nietypowych - tak uważam. Z punktu widzenia biznesu tak duża ilość biegów pod wieloma względami psuje rynek. Wszystko byłoby okej, gdyby działała tutaj zasada konkurencji - dobrze zorganizowany bieg, tworzony z pasją przez doświadczonych organizatorów powinien wygrywać z wydarzeniem byle jakim, słabym, tworzonym dla szybkiego zarobku i bez pomysłu. Niestety w naszej branży mechanizm konkurencji nie działa tak jak powinien.

Większość biegaczy na pewnym stopniu swojej "kariery" dochodzi do wniosku, że woli bieg "bylejaki" ale organizowany jutro pod nosem i ze startowym wynoszącym 20 złotych, niż doskonałą imprezę ale kosztującą 150 złotych, w dodatku organizowaną za trzy miesiące pod Białoruską granicą. I owszem, zaczynając swoją przygodę biegową zachłystujemy się możliwością startów w całej Polsce, podróżowaniem, zwiedzaniem, zawieraniem nowych biegowych przyjaźni i wspólnym zdobywanie korony maratonów, półmaratonów, ćwiartek, odznak, herbów i derbów... Jednak po kilku latach zwycięża "rozsądek".

Bieg organizowany blisko naszego miejsca zamieszkania nie tylko kosztuje mniej (opłata startowa, hotel, dojazd) - ale także wymaga poświecenia mu mniej czasu, który spędzić można z rodziną lub w pracy. Udział w dużym biegu we Wrocławiu to wydatek CZASU rzędu 2-3 dni. A na bieg parkowy, 10 km od naszego domu wydamy tylko 3 godziny. I nie ma znaczenia, że impreza ta będzie w niczym nieporównywalna do Maratonu Wrocławskiego. W końcu przecież chodzi tylko o to, by sobie pobiegać. Prawda?

Organizatorzy wielkich imprez w Polsce przez lata rywalizowali między sobą o biegaczy, głównie z grupy początkujących uczestników imprez masowych. Rywalizowali o tych, którym się jeszcze chce, którzy są nowi i zafascynowani. Którzy mieszkają daleko, ale chętnie wyruszą w podróż. Inwestowanie w jakość miało największy sens w stosunku właśnie do tej grupy. Tymczasem, na co wskazują frekwencje z ostatnich lat, tych nowych biegaczy jest z każdym rokiem coraz mniej. Po co więc rywalizować jakością, skoro ta jakość ma coraz mniejsze znaczenie przy podejmowaniu decyzji przez nabywcę pakietu?

Jest taka hipoteza dotycząca dinozaurów. Nie wyginęły one ze względu na upadek meteorytu i nuklearnej zimy. Ani ze względu na ruchy płyt tektonicznych i towarzyszącą im emisję gazów cieplarnianych. Nie wyginęły także ze względu na ssaki podjadające jajka. Ani przez suszę i zarazki. Dinozaury wyginęły, gdyż wszystkie te zjawiska spotkały się w czasie i wystąpiły równocześnie.

Po tych przydługich dywagacjach możemy wrócić do tematu naszej rozmowy, czyli pytania "Jak będzie wyglądał biegowy świat po pandemii". Aby odpowiedzieć w miarę rzeczowo (choć pamiętajcie - to i tak tylko dywagacje) trzeba ustalić nie tylko co się wydarzy, ale także rzetelnie określić stan wyjściowy w którym jesteśmy. A jaki on jest?

Biegów w Polsce jest za dużo. Są bardzo zróżnicowane zarówno pod względem jakości jak i wielkości. Nie działają zasady konkurencji pozwalające wzmocnić się dobrym, a spokojnie umrzeć byle jakim. Źródła finansowania są nierynkowe. Biegacze nie są lubiani i nie są rozumiani przez "nie biegaczy". Rynek sponsorski nie istnieje. Biegaczy jest coraz mniej. Biegów od miesiąca organizować nie wolno, i nie wiadomo kiedy będzie można. Organizacja biegów z jednej strony kosztuje krocie, co absolutnie nie ma odzwierciedlenia w opłatach startowych, a z drugiej strony - istnieje rynek biegów parkowych, które za 20 złotych (jednak przy pomocy innych współfinansowań) są w stanie domknąć budżet dając uczestnikom minimum świadczeń.

Tutaj drogi czytelniku możesz dopisać sobie swoją teorię. Ja napiszę swoją, co nie znaczy że moja będzie lepsza lub prawdopodobniejsza niż Twoja. Moja jest tylko bardziej mojsza niż Twojsza. Wszystko co przeczytasz teraz pod tą kreską... jest dywagacją.

...
...
...

kreska

...
...
...

Moim zdaniem część jesiennych biegów nie odbędzie się. Największe trudności czekają organizatorów topowych, dużych imprez, które przez lata kreowały swój wizerunek poprzez jakość. Takich wysokobudżetowych imprez już za rok może być o 50-80 procent mniej. Za to Ci którzy przeżyją będą w nagrodę mogli pozwolić sobie na zwiększenie opłat startowych. Najsilniejsi podniosą je do poziomów europejskich czyli 80/100/120 euro za pakiet. Jednocześnie obetną do minimum świadczeniami, a więc nie otrzymacie już w gruncie rzeczy niepotrzebnych koszulek czy bonów na pasta-party. Żeby "przeżyć" ta grupa profesjonalnych organizatorów będzie musiała jednak stworzyć produkty (biegi) będące obiektami pożądania. O miejsca na listach startowych - pomimo cen - będzie trwało polowanie.

Imprezy średniej wielkości, organizowane w miastach powiatowych oraz dzielnicach dużych miast polegną pod naporem braków w finansowaniu. Frekwencją na poziomie 200-800 osób nie da się uzasadnić ANI SFINANSOWAĆ zamykania dróg, zatrudniania współpracowników, ponoszenia kosztów projektów itd. Lokalne samorządy będą miały ważniejsze wydatki i problemy niż wspieranie prywatnych organizatorów, a organizatorzy instytucjonalni jak OSiRy będą ciąć koszty - albo odwołując nadmiar wydarzeń, albo sprowadzając je organizacyjnie do najmniejszego możliwego minimum. A więc te biegi albo upadną, albo zwiną się z ulic i wrócą do przystadionowych parków.

Imprezy małe, parkowo - koleżeńskie, jako kategoria wydarzeń rozkwitną. Te bardziej ambitne dzięki zwiększonej frekwencji zaczną aspirować do grupy wyższej, uzyskają szansę awansu do kategorii imprez średnich ale z licznymi ograniczeniami. Zwiększą ostrożnie wysokość opłat co pozwoli im na niewielkie, bezpieczne inwestycje. W jakimś zakresie, zależnym od ambicji i doświadczenia organizatora, parkowe imprezy przejmą segment zajmowany teraz przez średniej wielkości biegi uliczne.

A co z najmniejszymi? Najmniejszych będzie najwięcej i będą... jeszcze mniejsze. Miesięcznie zamiast 300 biegów o frekwencji wynoszącej kilkadziesiąt osób być może będziemy mieli 800 biegów o frekwencji kilkunastoosobowej. Wszak po co jechać 20 km na bieg dla 40 osób i płacić tam za start 20 pln, skoro za darmo można zrobić ze znajomymi bieg w lesie 5 km od domu gdzie co drugi dzień trenujemy? Jakościowo nic się na tym nie straci, bo jakość jest w tym przypadku zupełnie nieistotna. Zresztą - nikt nie robi tak pysznego sernika jak Zosia, a Zosia sernik obiecała zrobić i każdy na mecie dostanie po kawałeczku.

Powyższe opinie nie wyczerpują tematu. Z całą pewnością tak czy inaczej zadziała mechanizm popyt - podaż, więc tam gdzie zabraknie wielkich imprez a będzie wyczuwalne rynkowe ciśnienie na bieg - powstaną jak feniks nowe duże biegi. Być może wzorem zagranicznych wydarzeń część eventów trafi w ręce silnych graczy prywatnych - nie na zasadzie transakcji finansowej, ale przejęcia produktu którego dotychczasowy właściciel już nie chce. Ponownie możemy zbrutalizować rzeczywistość - organizacja biegu nie wymaga jakiegoś wielkiego doświadczenia czy mistycznych umiejętności. Więc gdy duże biegi padną, a będzie komu biegać, powstaną nowe podmioty które odpowiedzą organizacyjnie na zapotrzebowanie - ale już na rynkowych zasadach. Czyli także dla biegaczy skończy się czas "darmowych obiadów".

Kończąc powoli ten artykuł przychodzą mi na myśl różne pękające bańki inwestycyjne których byłem świadkiem w swoim życiu. Pierwsza w drugiej połowie lat 90-tych była bańka dotcomów. Później następowały po sobie kolejne piramidy finansowe, Enrony, Elrondy i w końcu bańka kredytów hipotecznych. Ci, którzy od dawna śledzą rynek biegowy w Polsce zdają sobie sprawę z tego, że taką bańką inwestycyjną są nasze biegi uliczne.

Od kiedy bieganie w Polsce stało się popularne, czyli od ok 2010 - 2012 roku - wiele firm i osób postanowiło w nie inwestować. Dzięki temu doszliśmy w 2017-2018 roku do szczytu popularności naszego hobby. Że była to lokalna bańka inwestycyjna jako pierwsze przekonały się marki sportowe. Pamiętacie ile istniało aktywnych marek biegowych w naszym kraju? Nike, adidas, Asice, New Balance, Mizuno, Saucony, Puma... każda z tych marek prowadziła najróżniejsze projekty biegowe - było od nich w latach prosperity tak ciasno, że trudno było się opędzić od różnych zaproszeń na biegowe treningi czy wydarzenia. Był czas, że marki te "brały wszystko" co pojawiło się jako pomysł na rynku biegowym. Śladu po tych aktywnościach nie ma od 2-3 lat. Ci najwięksi jako pierwsi policzyli koszty i zyski. Przeinwestowali, zwinęli zabawki z piaskownicy - i tyle ich widziano.

Jako drugie padły sklepy biegowe. To zupełnie fascynujące, że podczas setek różnych rozmów z biegaczami chyba ani razu nie miałem wrażenia, że ktoś o nich pamięta, wspomina czy żałuje że ich już nie ma. Zrobiłem szybkie poszukiwanie w historii naszego portalu - przez ostatnie 10 lat reklamowało się w MaratonyPolskie.PL ponad 45 różnych sklepów biegowych. To dopiero była rzeź! Powodem ich upadku była zarówno polityka cenowa (którą z perspektywy czasu nazwać można samobójczą) jak i przeszacowanie może nie tyle bogactwa klientów (czyli biegaczy) co ich chęci do kupowania drogich produktów. Polski biegacz okazał się oszczędny - gotów biegać cały sezon w jednych butach wartych 300-400 złotych a nie co dwa miesiące kupować wytrzymujące pięćset kilometrów buty za 800 pln. Gwoździem do trumny dla sklepów było wspomniane powyżej wycofanie się marek sportowych - znikły przychody ze ścianek reklamowych, witryn sklepowych i promocji sprzedażowych, które stanowiły istotny procentowy przychód właścicieli sklepów.

Najnowszą ofiarą pękania biegowej bańki są biegowe media. W latach 2010-2018 każdego roku pojawiały się po 2-3 nowe portale biegowe które miały ambicje rywalizować z naszym serwisem. W każdym przypadku inwestycja wystarczała na 1-3 lata, po czym niezmiennie, bez względu na pomysł i formułę - gdy kończyły się pieniądze, kończył się biznes. Ale powstawały wciąż nowe portale będące oznaką rynkowego optymizmu. Tymczasem od roku nie powstało nic nowego, a resztki mediów schodzą do podziemia. Czy wiecie, że w czasach prosperity mieliśmy na rynku biegowym 5-6 czasopism? Obecnie nawet miesięcznik Bieganie wydawany jest już tylko elektronicznie, co przy całym szacunku dla wydawnictw elektronicznych - jest tylko kwiatkiem do kożucha. Szkoda, bo publicystykę mieli i mają nadal najlepszą w naszym kraju. Jest jeszcze periodyk niszowy "Ultra", ostatnia opoka papierowego czytania o bieganiu.

Wypadałoby napisać także kilka słów na temat firm świadczących usługi dla branży biegowej. To nieliczna grupa - jednak wąsko wyspecjalizowana i jako taka szczególnie narażona na brak zamówień. Są to firmy mierzące czas na zawodach, spikerzy, producenci medali itd. Część już zawiesiła działalność. Wprawdzie ich wszystkich można zastąpić kimś mniej wyspecjalizowanym, ale kosztem dalszego spadku jakości. Spikerem może być kolega Tomek, który kiedyś biegał, czas można mierzyć zegarkiem jak 20 lat temu a medal... po co komu medal na biegu parkowym? Ponieważ "odtwarzalność" know-how tych firm nie jest już taka szybka, ich upadek odciśnie trwały ślad na wyglądzie i przebiegu imprez biegowych.

Nie jest więc tak, że naszą biegową bańkę rozsadzi koronawirus. Ta bańka pęka już od kilku lat, a koronawirus spowoduje tylko, że rozerwiemy ją do końca. Nasz los nie będzie jednak podobny do historii dinozaurów, bo rynek nie lubi pustki, i biegacze - choć będzie ich mniej - będą nadal chcieli biegać - choć inaczej. Będą płacić - inaczej, i startować - gdzieś indziej.

Teoria ewolucji, jedna z jej odmian, mówi że selekcja naturalna dokonywana jest właśnie w momentach kryzysowych. Kryzys jest niezbędny gdyż eliminując stare, robi miejsce nowemu. Gdyby nie wydarzenia katastroficzne nadal bylibyśmy małymi ssakami podjadającymi jajka dinozaurom. Koronawirus daje nam czas, by przemyśleć wszystko od nowa. Ci, którzy zrobią to lepiej i szybciej od innych, mają szansę wkroczyć na opuszczone przez niedawną konkurencję terytoria.

A jak się nie uda - nikt po nas nie zapłacze. Tak jak nikt nie płakał po dotcomach czy filatelistach.



Komentarze czytelników - 64podyskutuj o tym 
 

1211bg

Autor: 1211bg, 2020-04-27, 16:22 napisał/-a:
Korona-party masz przez cały rok, a na jesień i na wiosnę we wzmocnionej dawce ... Mimo cudownych "szczepionek" na grypę ludzie umierają i będą umierać (tak było i będzie). Codzienny miedialny "licznik"podaje stan ... No i w pospiechu ( kto będzie pierwszy ten zgarnie miliardy dolarów)- badania powinny trwać co najmniej 2 lata- szuka się cudownej szczepionki ( dla ścisłości nie jestem "antyszczepionkowcem"). Dlaczego nie mówi się o profilaktyce i zabezpieczeniach przed "pandemią" zabijającą Polaków ? Co rok umiera 400 000 Polaków na choroby nowotworowe oraz choroby naczyniowo-sercowe ,to jest 1000 osób dziennie!!!( Koronawis przty tym to pikuś) To jakby co rok wymazywać z mapy dwa miasta wielkości np.Radomska. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia :)

 

Ryszard N.

Autor: Ryszard N., 2020-04-27, 19:11 napisał/-a:
Michał, turystyka biegowa to nie jest samodzielny byt. Tymi samymi kanałami komunikacyjnymi przemieszcza się turysta nie biegowy, biznes, media, rodziny, itd. Zdaję sobie sprawy, że komunikacja pomiędzy państwami będzie miała miejsce ale imprezy masowe, niestety nie. Są jednak imprezy małe, o czym wiesz najlepiej. Istnieje tez turystyka górska z której tez korzystałem, gdzie liczba uczestników to kilkanaście osób. To pewnie szybko się odrodzi. Wiadomo, że nas interesuje to co ma związek z bieganiem. Osobiście, jestem w pewnym szpagacie. Otóż, chcę biegać i rownolegle zastanawiam się, czy chcę stanąć w tłumie 50 tys w Nowym Jorku, mając świadomość, że biegnie tam cały świat.
Co raz, dyskutujemy to o koronowirusie próbując go marginalizować. Jakkolwiek Pan J i jego apologeci to nie mój świat to nie możemy zakładać, że świat to zbiorowisko biznesowych idiotów które wymyślają sobie co raz, jakieś restrykcje i ograniczenia. Jest dalekim nadużyciem ustawianie na jednej półce standardowa grypę z tym co mamy obecnie. Jak wiesz, przy tradycyjnych, corocznych grypach, nikt się nie zabezpiecza, kilka procent się szczepi. Aby dokonać takiego bezpośredniego porównania, należało by odpuścić wszystkie restrykcja, ściągnąć maseczki i na koniec policzyć trupy. Argumenty, że codziennie w Polsce umiera 1000 lub więcej obywateli jest argumentem z czapy. Otóż, umiera tysiąc, może dwa. Jedna z różnic jest to, że osoba z chorobą nowotworową nikogo nie zakaża. Podobnie człowiek z brakiem wydolności krążeniowej.
Problemem naszym kraju nie jest problemem. Takie lub ostrzejsze są na całym świecie. Problemem jest wsparcie lub jego brak ze strony Państwa. Szlak mnie chciał trafić gdy zrobiono ustawkę i na konferencji pokazali lub sami się pokazali, prezesi CCC oraz Black Red White, którzy to piali z zachwytu jak to pomoc płynie szerokim strumieniem. Wychodzi mi na to, że tylko do nich.

 

krunner

Autor: krunner, 2020-04-27, 20:57 napisał/-a:
Cytat:
"Czas wielkiej turystyki biegowej przeminął. Na kilka lub kilkanaście lat. Potem wróci, ale zupełnie odmieniony. Nie wiadomo jaki, bo tego już nie da się przewidzieć - nawet w fantazji."

Dzięki Bogu stało się to, o co wiele osób świadomych ekologicznie i rozumiejących procesy niszczenia planety apelowało od wielu lat: ograniczono loty pasażerskie i ekspansywną turystykę. Zalicza się także do nich turystyka biegową.
Szkoda, że nastąpiło to w rezultacie traumy koronawirusa, ale chyba tak musi być: żeby człowieka zmienić trzeba nim mocno potrząsnąć, musi przejść wstrząs.

Pozostaje trzymać kciuki/modlić się, żeby stan ten utrzymał się jak najdłużej.

Jednak jak widać te wartości są całkowicie obce autorowi artykułu. Szkoda.

 

Adam P.

Autor: Adam P., 2020-04-27, 21:21 napisał/-a:
Ja założyłem sobie kiedyś, że przebiegnę maratony we wszystkich stolicach europejskich i zakładam, że takie podróże będą dosyć szybko możliwe. Kiedyś przygotowałem sobie listę maratonów "na czarną godzinę", a więc takich kiedy finansowo lub czasowo będę miał ograniczenia na dalsze i dłuższe wyjazdy. Zakładałem, że ta "czarna godzina" nastąpi w związku z jakimś kryzysem gospodarczym, albo koniecznością opieki nad starzejącymi się rodzicami. Natomiast przyszła niespodziewania w związku z pandemią. Nie oznacza to, że z południa Polski nie można wybrać się samochodem na maraton do takich ciekawych miast jak: DREZNO, LIPSK, RATYZBONA, LINZ, GRAZ, KOSZYCE. Dodatkowo półmaraton w takich pięknych miastach jak: LWÓW czy KARLOWE WARY. Nie wspominając już o turystyce biegowej w Polsce: WAŁBRZYCH, GRUDZIĄDZ, GNIEZNO, HAJNÓWKA - te półmaratony też bym chciał przebiec ze względu na miejsce. Podsumowując, możliwości zwiedzenia w biegu dalej nieograniczone.

 

michu77

Autor: michu77, 2020-04-28, 07:29 napisał/-a:
Wolę się modlić o inne rzeczy :/

 

michu77

Autor: michu77, 2020-04-28, 07:35 napisał/-a:
Co rozumiesz przez turystykę górką, na kilkanaście osób?Takie wyrypy jak pieszy maraton Sudecka Żyleta to często kilkaset osób, czy podobne eventy do biegów.

Biegi wirtualne to dla mnie - lizanie lizaka, przez papierek.

 

Ryszard N.

Autor: Ryszard N., 2020-04-28, 08:39 napisał/-a:
Michu, Tobie wszystko kojarzy się z bieganiem. Pisząc o turystyce górskiej miałem na myśli firmy eventowe które organizują wypady w góry wysokie. Ten segment rynku też leży na twarzy. Przywołałem to bo okresowo korzystałem z ich usług.
Co do biegów wirtualnych. Zapisałem się i 1.05 pobiegnę w moim parku 10km. Nie zawsze bieg musi być napinką. Chcę w ten sposób solidaryzować się ze środowiskiem organizatorów.ja wiem, że nie będzie cheeleaderek, nie będzie naszej ulubionej kiełbasy zwyczajnej z grila, ale będzie jedyny medal z imprezy która miała miejsce w okresie pandemii.

 

michu77

Autor: michu77, 2020-04-28, 09:24 napisał/-a:
Miałem na myśli piesze rajdy... piesze maratony, bez związku z bieganiem. Np. Przejście dookoła kotliny Jeleniogórskiej we wrześniu, lub maraton pieszy Sudecka Żyleta. Kilkaset osób z reguły.

Sam biorę udział w zorganizowanych wyjazdach trekkingowych - tutaj też z reguły więcej ludzi, niż kilkanaście osób. Do tego autobus, lub samolot. OK - miałes na mysli jakies wyjazdy wspinaczkowe.

 

K2

Autor: K2, 2020-04-28, 14:18 napisał/-a:
Michał autor dał przykład Seksmisji w artykule. A ja powiem coś z innego klasyka. "Będzie tak samo albo lepiej". Głowa do góry koledzy biegacze!

 

Fidelio

Autor: Fidelio, 2020-05-03, 10:41 napisał/-a:
To jest bardzo ciekawy punkt widzenia. Ludzi jest na świecie po prostu za dużo i z perspektywy ekosystemu naszej planety byłoby korzystnie gdyby połowa ludzkości wymarła.

 

 Ostatnio zalogowani
Iryda
21:52
wiadp1
21:50
maste
21:46
Darek Ł.
21:41
marczy
21:29
Barbórka
21:25
AdamP
21:22
Admin
21:18
Biegaj±caRodzinka
21:17
gawon
21:03
fit_ania
21:02
Fidelio
20:57
entony52
20:40
viesio
20:26
andrzej043
20:25
maratonek
20:25
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |