Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

          

Przeczytano: 1011/690537 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Gródek - mała miejscowość w drodze na Nowy Sącz
Autor: Andrzej
Data : 2017-07-17

Witam wszystkich :) uśmiecham się, bo mam kolejną sposobność napisać o swoim bieganiu, a pisze mi się z przyjemnością o każdej kolejnej startowej przygodzie. Do tego tym razem była to sportowa impreza zupełnie dla mnie nowa i wyjazd urlopowy zupełnie dla nas nowy. Byliśmy więc bardzo ciekawi Gródka - małej miejscowości w drodze na Nowy Sącz, na Pogórzu Rożnowskim, czyli już niemal w Beskidzie Niskim. Uroczo się prezentował ten Gródek oglądany i czytany w internecie i taki też okazał się w rzeczywistości, na czele ze swoją największą atrakcją, zalewowym jeziorem.



Lecz skupić się chcę na bieganiu! :) Wielokrotnie obejrzałem wcześniej - ubiegłoroczny: 2016 - zgrabny reklamowy film tej imprezy (oraz jego drugą, dłuższą wersję) i naładowany pozytywnymi emocjami oczekiwałem z niecierpliwością startu. Kiedy zaś znalazłem się już pośród tych pagórków, to doszedł do tego lekki stres... We Wrocławiu za nic takiej trasy treningowej nie znajdę :)) Nie mam okazji biegać dłuższych odcinków pod górę, ani też stromo w dół.

I z tego chociażby względu jedno sobie wraz z Agnieszką obiecaliśmy, że gdy będziemy już na miejscu, to poznamy tę trasę. I na taki właśnie turystyczny spacer wyruszyliśmy w sobotę, dzień przed startem. Nie idealna to sytuacja :-/ nogi powinny dobę przed startem już wypoczywać , ale nawet teraz uważam, że kładąc na jednej szali sobotnie maszerowanie, a na drugiej zyskaną znajomości trasy, była to dobra decyzja! Nazajutrz na trasie świetnie wiedziałem co wydarzy się za najbliższym zakrętem lub za trzema i biegłem tam tak jak sobie założyłem.

Ze spaceru zapamiętam sobie 3 kwestie: urocze widoki ze wzniesień, skubanie dzikich, małych, ale idealnie dojrzałych malin na wielu odcinkach naszej drogi oraz atak dwóch dużych psów przy jednym z domów. Instynktownie przyjęliśmy nieruchomą, obojętną postawę, psy zdezorientowane tylko roztrąciły nas i z basowym szczekaniem pobiegły w boczną drogę. Naprawdę wkur. przeszliśmy koło pustego domu, gdzie wisiała w tym momencie nie bawiąca nas tabliczka "Uwaga! Pies dobry, ale nerwowy."

Wieczór upłynął mi na pewnej lekturze o górskich biegach typu alpejskiego i anglosaskiego. Inspirującej, ale z góry zastrzegam że dla mnie wciąż - także teraz, już po Gródku - naturalnym środowiskiem pozostaje nudny płaski asfalt! :) a nie mordercza wspinaczka i karkołomne zbieganie :)

Niczym kobieta przed balem, po głębokim namyśle ;-P dokonałem również wyboru jednej z dwóch wziętych koszulek biegowych. Uznałem że będzie to moja ubiegłoroczna błękitna z pakietu maratońskiego. Oceniłem że tu akurat nikt nie będzie miał tej samej (i nie pomyliłem się :)

Za oknem sobota zakończyła się burzą, niedziela nastała na powrót słoneczna i my w takim też byliśmy samopoczuciu :) W lokalnej hali sportowej sprawnie wydali numer. Zagadnięto nas głosem pełnym miłego zaskoczenia: "Ojej, aż z Wrocławia!, zawsze chciałam odwiedzić". Serdecznie to poleciliśmy. Potem wplotłem czip w sznurówki, Aga odbyła uświęcony Ceremoniał 4 Agrafek;) (numer na koszulkę) i... musieliśmy się już pożegnać. Wyruszała na wspinaczkę pod pierwsze ze wzniesień, na upatrzoną, ustaloną dzień wcześniej miejscówkę z panoramą na wioskę i jezioro.


A ja coś tam trochę się rozgrzewałem :P Najpierw jak zawsze samodzielnie, potem także nieco (i nieśmiało ;) wraz z innymi, w ślad za instruktorkami fitness na scenie. To mi zresztą jeszcze raz udowodniło jak bardzo nieskoordynowany jestem ruchowo, tanecznie :)) Kto powtarzał ćwiczenia starannie, ten rozgrzał się z pewnością perfekcyjnie!, a może nawet przesadnie. Ja dbałem by trzymać się skrawka cienia :)

Uformowaliśmy się przed startową bramą. Jak zawsze zająłem miejsce w 1/3 stawki. Ruszyliśmy, a ja tym razem nie zapomniałem włączyć stopera :P choć po prawdzie nie zerkałem już później na niego (tak już mam: na trasie rozpraszałby, a przed metą i tak daję z siebie ile mam sił i bez jego dopingu).

No to zaczęło się moje wakacyjne bieganie :-)) Realizowałem typowy
plan. Pierwszą prostą i drogę lekko pod górę pomiędzy domami letniskowymi biegłem według swojej zasady: luz, minimum (wymuszanego) wysiłku, lekko, swobodnie Andrzej. Stawka przeszło 500 biegaczy oczywiście się tasowała i rozciągała. Potem pierwszy ostry podbieg. Krok wszystkich się skrócił, mój także, lecz zarazem zacząłem się przesuwać do przodu.



Wiedziałem że za chwilę w umówionym miejscu będzie czekała Agnieszka - chciałem zaprezentować się godnie :-P Tak było ;) Nawet, najwyraźniej namówiony już przez Agę strażak z zabezpieczenia trasy krzyknął zza moich pleców: "Brawo numer 220!" :) Niesiony dopingiem ;) pognałem szybszym odcinkiem przez las. Od tej chwili biegło mi się już naprawdę dobrze. To jest ten etap kiedy na plecach i skroniach czujesz już pot, a ciało pracuje już płynnie i narzuconą sobie rytmiką. Podobnie było na kolejnym kilometrze, po płaskim. Biegłem tylko swoim tempem. Minimalnie przesuwałem się do przodu. Czułem się dobrze, ale wiedziałem że to ciągle początek (to, czyli czwarty kilometr).

Zaczął się dłuższy z dwóch podbiegów, czasami naprawdę stromy. Wiele osób przechodziło do marszu. Ja uważam że nawet drobny trucht, stopa za stopą, jest od niego szybszy (i mijanie rywali potwierdzało mi to), a przede wszystkim pozwala nawet na chwilę nie zgubić rytmu. I wytrwale trzymałem się tego, za metą mogąc oświadczyć z dumą Agnieszce, a teraz Wam, że nie maszerowałem nawet przez chwilę :)

Mijałem tam, na długim podbiegu między innymi sympatyczną parę w jednakowych koszulkach. Wysoki chłopak biegł i szedł tempem swojej dziewczyny, wspierał ją tak jak jedynie można w takim wyzwaniu, powtarzał motywujące: "Dawaj Kasia, dawaj! Ogień!", itp.

Szczególnie tutaj byłem bardzo wdzięczy organizatorom, że zadbali o punkty z wolontariuszami podającymi kubki wody.... Sięgałem w biegu, w usta brałem tyko łyk, by zwilżyć gardło. Za chwilę resztą chłodziłem nasłonecznioną łysą głowę :)

Podbieg przeszedł wreszcie w delikatne początkowo wypłaszczenie, tempo wzrosło. Czułem że siły jeszcze są, nadal dochodziłem kolejne pojedyncze osoby przed sobą. Ostatnie 2 kilometry to już ostry zjazd do mety (na asfalcie wypisane tu dla nas ostrzegawcze ;) "uwaga, jezioro!" :))



Tego się bałem nieco przed startem, że przesadzę i w zmęczeniu potknę się, potłukę w tym pędzie w dół. Ale okazało się że było to pod moją kontrolą, co jest także zasługą, (bardzo już przeze mnie lubianych) decathlonowych lekkich butów Kalenji. Nie miałem czasu podziwiać widoku na Jezioro Rożnowskie :) Jeszcze bardziej niż na podbiegach, skupiałem się ogromnie gdzie i jak układam stopy w tym pędzie! Na kolejnych prostych w dół nadal też ścigałem się z kilkoma biegaczami, zostali za mną. Gdy zostało
ostatnie płaskie 300-350 metrów do mety, miałem wciąż dobry rytm, ale nie miałem już w sobie tego ostatniego "boosta". Coś co wyzwalam na koniec na treningach wracając znad Widawy na Psie Pole. Zdołałem jeszcze odrobić 20 metrów, dobiec do trzech koszulek przed sobą, ale nie miałem już sił do ataku przed metą... To dwaj faceci przede mną odpalili wtedy wrotki :) a ja tylko minąłem tego trzeciego.

A więc meta!, wyhamowanie przed małym tłumem za nią, chwila półprzytomności w pochyleniu z rękoma wspartymi na kolanach, medal na szyję, cytrynowy Radler do dłoni i... wpadam na naszych sąsiadów z letniskowego domku :) Opowiedzieliśmy im wcześniej o biegu, obiecali obejrzeć (mam nadzieję, myślę, że się podobało!?!) i faktycznie trafiliśmy wprost na siebie, przybiłem z radością piątki :)

Teraz krótka chwila rozglądania się za Agą. Także łatwo trafiliśmy na siebie, wcześniej zrobiła jeszcze kilka zdjęć osobom które przybiegły za mną, aby potem w galerii nie wyglądało ze byłem tym ostatnim ;-) Moja radość ogromna!, jej także :-))

Po pierwszej chwili złapania oddechu zaczęło mnie wreszcie interesować: no dobra, ale właściwie jak wypadłeś w tym biegu?? :) I tu kolejna dygresja. Aż dwukrotnie przed startem i raz w trakcie biegu usłyszałem z boku opinie "Będę zadowolony/zadowolona jak zmieszczę się w 50-ciu". Słuchając się tych opinii, a także niezależnie od nich - jestem zadowolony! 49:20 , a tym samym 143. miejsce na 521. startujących. Wiem, że tego dnia było mnie stać
dokładnie na tyle...

Robiąc sobie wtedy na gorąco i teraz biegowy rachunek sumienia, wiem, że tylko na odcinku ostrego zbiegu dałem z siebie mniej, jakieś 90%, ale naprawdę nie ufałem sobie czy w zmęczeniu nie potknę się, nie polecę pędem na twarz.

Zarazem wiem, że - JEŚLI regularnie, dość mocno będę biegał w przyszłym roku od wiosny i jeśli tylko będę w pełni wypoczęty przed samym startem - za rok poprawię się tutaj :-) Tak jeszcze choć 1 minuta wydaje się do urwania, na miarę moich nóg i płuc :)



Myślę więc, że za rok w tym terminie powrócimy na Summer Run :-) oraz na wypoczynek wśród wzgórz i lasów.

Póki co jednak wrócić muszę do swoich treningów(!!) W drugiej połowie sierpnia przede mną trzeci start w Sobótce w pięknym, szlachetnym Biegu Niezłomnych.

Na koniec zostawiam to co tak lubię: sportowe zdjęcia. Aga w nowym dla
nas miejscu spisała się jeszcze lepiej niż ja! - Oto galeria

Oczywiście rozumiem, że dla Was będą one wszystkie (133) powtarzalne, nudne po prostu :) ale mam nadzieję że trafią tam też niektórzy z tych którzy wystartowali i może akurat odnajdą samych siebie.

pozdrawiam miłego weekendu dla każdego

Andrzej

moje sportowe zdjęcia :)



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał



















 Ostatnio zalogowani
kostekmar
13:24
cela
13:21
dajnonn
13:20
witman
13:19
Faddah
13:16
marekch11
13:14
h_tek
13:13
suloco
13:12
japa
13:10
runner
13:06
mooshead
13:05
AgaJedrz
13:03
Admin
12:57
paulo
12:46
mydlos1
12:42
Szybki Jacu¶
12:41
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |