Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

     

Hoffi
Marcin Hoffmann
Poznań
KWP POZNAŃ

Ostatnio zalogowany
2018-10-02,13:33
Przeczytano: 5017/38130 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:10/8

Twoja ocena:brak


IV Bieg Katorżnika
Autor: Marcin Hoffmann
Data : 2008-09-02

IV Bieg Katorżnika


Lubliniec-Kokotek, 16.08.2008, dystans ok. 7 km


PROLOG


Bieg Katorżnika
to już impreza wręcz legendarna. Kto by przypuszczał parę lat wstecz, że znajdzie się w Polsce miejsce, gdzie organizowane będą naprawdę trudne technicznie zawody biegowe, w których startować będą chcieli cywile, a nie pasjonaci wojska i służb specjalnych, a do tego zapłacą za to z nawiązką.

Otóż 3 lata temu w Lublińcu pod Częstochową, gdzie siedzibę ma równie legendarny 1. Pułk Specjalny Komandosów (PSK), zorganizowano trudną trasę, gdzie wystartowało parudziesięciu śmiałków. Ponieważ pomysł zyskał uznanie i rozgłos w środowisku biegowym w Polsce, z roku na rok do ośrodka Silesiana pod Lublińcem zjeżdżają fanatycy biegania, którzy chcą przeżyć coś innego. Wielu zna już smak ukończonego maratonu, litrów potu wylanego na treningach, wykręcania kolejnych życiówek i tych chwil, kiedy miejskie zakorkowane ulice stają się miejscem ich triumfu podczas dużych imprez biegowych. Przyjeżdżają tu jednak, by poczuć coś innego. Zmierzyć się z wodą, błotem, namuliskami, sadzawkami, bagnem, trzcinowiskami, połamanymi konarami zanurzonymi w wodzie, piachem, smrodem torfowiska, zmęczeniem, wychłodzeniem i jakże nieprzewidywalną pogodą…
Właśnie…pogoda…to aura okazała się największym wrogiem tegorocznych zmagań z błotem.

Ale po kolei. W Katorżniku wystartować chciałem już w zeszłym roku, ale skutecznie utrudniła mi to artroskopia kolana i rehabilitacja (która zresztą wykazała, że narty nie są mi już w życiu wskazane). Jednak, co “nie odwlecze, to nie uciecze”;) wyjaśnić trzeba, że Bieg Katorżnika to impreza weekendowa i jak na biegi w Polsce bardzo dobrze promowana (wiele czasopism miało patronat medialny, a patronat MONu i udział samego gen. Romana Polko wręcz wzmaga chęć ukończenia tego biegu). Bazą Katorżnika jest mały ośrodek Silesiana znajdujący się w lublinieckim lesie tuż nad jeziorem Posmyk. W sobotę odbyło się 5 biegów eliminacyjnych. W każdym biec może maksymalnie 200 osób. Na 1000 możliwych miejsc, zapłaconych zostało ponad 850, co ustanowić miało rekord frekwencji.

Start każdego biegu odbywa się co godzinę począwszy od 11. Najlepsi z każdego biegu (jest to zwykle ok.15-20 % zawodniczek i zawodników) awansują do niedzielnego finału. Należy nadmienić, że start w niedzielę nie jest obowiązkowy, a - co warto dodać - niektórym stan zdrowia po sobotniej trasie na start nie pozwala. Ponadto w niedzielę odbywa się już po raz drugi z rzędu nietypowy bieg - Mistrzostwa Polski w Biegu Tyłem na dystansie prawie 2 km. Tak tak - sędziowie bacznie obserwują, czy nikt nie oszukuje.

DOJAZD I REJESTRACJA


Przyszedł sobotni poranek. Razem z Magdą, moim fotografem i wielkim wsparciem wyjechaliśmy “błękitną strzałą” - jak to już przyjęło się mówić na Seicento trasą nr 11 w kierunku Bytomia. Trasa wcześniej sprawdzona okazała się bezpieczna, choć całą drogę towarzyszył nam deszcz, często ulewny. Po 4 i pół godziny jazdy parkowaliśmy już na polu niedaleko Silesiany wśród wielu innych aut, których rejestracje wskazywały na udział zawodników z różnych (i odległych) zakątków Polski. Strach przed startem potęgowały wichury i burze, jakie przeszły tej nocy tuż przed biegiem na terenie powiatu częstochowskiego i lublinieckiego.

Jak się okazało na miejscu, odczuwalna temperatura powietrza, ok. 12-13 st.C i siąpiący deszcz, nie napawał mnie optymizmem. Ponieważ było po godzinie 13, trzy “tury” zawodników były już na trasie, a spora część już po biegu. Od razu dało się wychwycić oblepionych błotem ludzi z wielkimi srebrnymi podkowami na szyjach. Od razu krew mi się zaczęła gotować. Niektóre biegi mają piękne medale, ale ten tutaj jest wyjątkowy…Odebrałem pakiet startowy, naprawdę ciekawą i niebanalną koszulkę z wszytymi łatkami i rozerwaniami oraz słynną już w Lublińcu “Krówkę Katorżnika” (dla wyjaśnienia dodam, że pewna wytwórnia robi krówki w rozmiarze XXL dla lublinieckich biegów z opakowaniem w moro [Bieg o Nóż Komandosa] lub tak jak na Katorżnika foty z ludźmi z trasy).

Odbyłem jeszcze rozmowę z panią z WKU w Lublińcu, która namawiała mnie na wstąpienie do wojska, bo “się nadaję i takich potrzeba”. Poszliśmy z Magdą na plażę, gdzie jest start i gdzie wbiegają na metę strudzeni fajterzy. Od razu widać świetną organizację, po lewej żołnierze z wojskową cysterną, z której wężami doprowadzana jest woda do polowych pryszniców, potem wielka sterta zużytych butów i ciuchów, elegancka oprawa.

Ale ja poszedłem się przebrać… już od paru dni kompletowałem odpowiednie ciuchy. Pablo z Maniaca i Malinowy z Kościana radzili mi wcześniej nie tylko jak się ubrać, ale i jak przemierzać trasę. Kupiłem więc używane długie spodnie dresowe. Koszulka zielona całkiem nowa, ale chciałem być z daleka w miarę widoczny. Buty - stare Wilsony, które z góry nadawały się do wyrzucenia. Do tego chusta na czoło i rękawice ogrodowe [te pomalowane od wewnątrz farbą] do chwytania gałęzi i ochrony dłoni. Założyłem jeszcze chipa na lewy but (elektroniczny pomiar Champion Chip z bezzwrotnym chipem to super pomysł) i został mi do przypięcia numer startowy. Patrzę - fajny, zalaminowany, ale coś kurczaki agrawek brakuje.

Znalazłem tylko dwie w torbie, z czego jedna pękła przy przy próbie wbicia w koszulkę. Pędzę do biura zawodów, a tam mi mówią, że już się skończyły…Ja cały załamany, do startu ostatniego (mojego) biegu o 15:00 został ledwo kwadrans, a gdzie toaleta i rozgrzewka? Obok mnie para ludzi z tym samym problemem. Kurde, myślę sobie, że muszę mieć numer i to dobrze przytwierdzony, bo jak zgubię to kicha, jeszcze mnie zdyskwalifikują…Pani daje nam drut i radzi sobie jakoś wkręcić. Próbujemy przebić, ale drut się ugina, a minuty lecą…W końcu dziurkuję koszulkę i zakręcam kawałkami drutu numer, dobra jest - trzyma! Pytam się o czas (samemu zegarka nie biorę, szkoda mi go poniszczyć) i do startu zostały 4 minuty (!!!). Wybiegam i lecę na plażę, tam zestresowana Magda myślała, że się pod ziemię zapadłem.



Rys.1 - Jeszcze czysty przed startem (fot. Magda Polus)


START i TRASA



Rys.2 - Woda do ramion, a to dopiero początek... (fot. Mag


Nie wiem, ilu jest nas razem. Grubo ponad setka. Wszyscy się rozciągają, bo ponoć w zimnej wodzie skurcze biorą szybko, a nierozgrzany organizm szybko traci energię i grozi to silnym wychłodzeniem. Robię 3-minutową rozgrzewkę i patrzę jak niektórzy owijają sobie dookoła buty wielką taśmą izolacyjną. Ponoć jak mi mówi koleś obok mnie (3.start w Katorżniku, niezły wymiatacz), buty w mule potrafią zostać w dnie i potem lecisz już bez jednego. Spoglądam na swoje i wierzę, że porządnie zawiązane sznurowadła oklejone 10 razy plastrem wytrzymają.

Pal licho, myślę i już słyszę odliczanie do startu…3, 2, 1 START!!! Wszyscy biegną do wody, a w zasadzie na skarpę, skąd wskakujemy do jeziora. Najpierw woda do pasa, kurde zimna, ale się szybko zanurzam cały, żeby przygotować organizm na jeszcze gorsze. Nikt nie płynie, bo to w ciuchach nie zdaje egzaminu. Wszyscy idą wielkimi susami, robię tak jak inni. Jestem gdzieś pod koniec stawki. Najpierw przechodzimy pod pomostem, gdzie wszyscy nas fotografują. Woda do ramion. Trzaskamy dalej jakieś 200 m, widzę trzciny.

Wybiegamy na brzeg i biegniemy wzdłuż jeziora. W butach już mam bajoro, uczucie dziwne i wolę nie myśleć o odparzeniach, jakie mi się zrobią. Wszyscy mi mówili, że nie ma gdzie wyprzedzać, tylko na krótkim odcinku, więc wolę nie szaleć. Jacyś fanatycy mnie wyprzedzają, ale ja wiem, że tu nie wygra ten, kto jest szybki, tylko ten, kto ma większą krzepę i wytrzymałość na chłód. Za chwilę znowu skręcamy w lewo do jeziora. Wbiegam, ale spokojnie. Boję się wskakiwać, bo mam słabą prawą kostkę. Jeden zły ruch i będą mnie zwozili z trasy, więc wolę na spokojnie. Jestem podeskcytowany. Wszyscy wokół też. Jest uśmiech, ale też niepewność. Zwykle wiecie, co Was czeka, który kilometr itd. Tu nie wiem, co mnie spotka za 30-50 m, a każdy krok pod wodą to wielka niewiadoma. Kontuzja czyha wszędzie! Jeszcze dwa razy wybiegamy i wbiegamy do jeziora. Męczące to, bo już mi zaczynają ciążyć spodnie (całe mokre, następnym razem biorę krótkie).

Nie marudzę, bo najgorsze przed nami. Teraz przechodzimy przez całą szerokość jeziora (pareset metrów) przez mieliznę. Wody do piersi, wodorosty są wszędzie. Cała trasa otaśmowana na szerokość ok.2-3-4 m. Buty wchodzą mi w muł nawet do połowy łydki. Śmieszne to, ale na początku wciąż myślę, czy jeszcze mam buty. Potem już mnie to nie obchodzi, przyzwyczajam się. Robię duże susy i widzę, jak stawka się rozciągnęła. Uczepiam się gościa koło 50-tki w pomarańczowej koszulce. Obiecuję sobie, że cały bieg się będę go trzymał. Powolimy wybiegamy z jeziora i od razu pierwsze bagno. Generalnie bagnem nazywam, bardzo zimne torfy i namuliska w kolorze czarnym, w postaci głębokich rowów melioracyjnych.

Są rowy poprzeczne i podłużne, płytkie na początku na pół łydki i nagle zapadające się głęboko na 1.30-1.40 m. Zawsze ta sama technika. robię przysiad i wślizguję się do rowu, często zahaczam nogami o korzenie i czuję kolejne rany na udach. Nie wierzę, kiedy obok mnie niektórzy wskakują nie wiedząc, co ich tam w tych czeluściach czeka…po rowie co chwilę zmieniamy środowisko na jezioro. Jest to zwykle wycięty wąziutki w trzcinach korytarz krążący niedaleko od brzegu na maksymalnie 50-70 m. Jezioro przy rowach i bagnie okazuje się jak jacuzzi.

Ciepłe i przyjemne. Na chwilę. Za moment znów rów, znów korzeń. Idziemy (w wodzie nie da się biec - wierzcie mi) jeden za drugim. Wyprzedzić się praktycznie nie da. Jest zasada, że krzyczysz kolejnemu za Tobą jak jest dziura, korzeń, kopczyk lub inne przeszkody. Jest to i tak raczej psychologiczne, bo wielokrotnie nie czuję nic po słownej uwadze gościa przede mną, a częściej nadziewam się boleśnie na coś, czego nikt przede mną nie poczuł. Z czasem jeziora jest coraz mniej, a zaczynają przeważać rowy melioracyjne a la bagno zwane wśród starych wyjadaczy “amazońską dżunglą”. Tu jest naprawdę cholernie zimno. Dwóch przede mną trzęsą się na maksa. Pytam, czy wszystko ok.

Tu na Katorżniku jest zasada, że jeden dba o drugiego. Nie ma obstawy, która pilnuje uczestników. Nikt nie ma ze sobą komórki, więc w razie W jesteśmy zdani na siebie. Ktoś się przewróci czy uderzy, albo nie dociera do niego jak mówisz, zostajesz z nim i wspierasz lub wzywasz pomoc w miarę możliwości. Lecimy dalej. Najgorszy nie jest sam marsz tym rowem, tylko to, że co chwilę z niego wyłazisz, a to wymaga użycia siły (metr pod górę) i znowu do niego schodzisz.

Bowiem trasa wciąż zygzakuje. Kiedy myślę sobie, że to już chyba powinien być koniec niedługo, trasa znów wchodzi do jeziora. Widzę teraz pomost i ośrodek po drugiej stronie jeziora. ‘Shit happens’ - mówił Forrest Gump. No to jeszcze powalczymy o tę podkowę. Jakby na potwierdzenie moich myśli porcja rowów i konarów. Potem taki odcinek w jeziorze, że zaczynam się normalnie przewracać. Dno tworzą wydeptane trzciny i muł. Nie jestem w stanie normalnie biec ani iść. Co chwila leżę. Inni też. Paru mnie wyprzedza. Wkurzam się i robię tak jak oni.

Teraz biegnę po zgniecionych trzcinach skrajem trasy, wzdłuż taśmy. Przy okazji pytam się kolesia niedaleko, ile już biegniemy, bo widzę u niego zegarek. Odpowiada, że 1h 15 min. Dziwię się, bo chciałem o tym czasie być już na mecie. Ponieważ teraz trasa częściej daje możliwość truchtu, bo to błoto i trawiaste bagienko, przyspieszam, ile potrafię. Opłaca się, po jakichś 10 minutach doganiam gościa w pomarańczowej koszulce. Próbuję go doścignąć w jeziorze i…znów gleba. Nie wiem, która, ale wiem, że lepiej daję sobie radę w rowach niż w jeziorze. Rowy chyba się zaczynają kończyć, bo znowu można biec po tej niby-trawie. Uczepiam się takiego jednego i lecimy. Cały czas w lesie.

Dobiegamy do rowu, ale suchego i głębokiego na 3 m. Kurde, trzeba zeskoczyć, stawy i mięśnie bolą i nie są już tak czułe, jak na początku biegu. Wciąż uczepiam się myśli, żeby uważać na każdy krok. Nie chcę niczego skręcić do cholery! Kolejny rów, teraz w nim widzę dwie betonowe rury, przez które płynie woda czy ścieki - nieważne. Trasa idzie też przez rury. No to się w nich czołgamy. Jakieś 5 m i jestem po drugiej stronie. Teraz znowu las. Stawka się rozciągnęła, trochę wyprzedziłem, ale nie wiem, ilu za mną i ilu przede mną.

Teraz to jest sajgon! Prawdziwe bagno. Ja pierdziu! Jestem do ud w mazi i nie mam siły ruszać nogami. Zmieniam taktykę. Będę skakał na kępki trawy, tylko wtedy wyprzedzę jednego z dwóch ludzi, którzy są przede mną. Udaje się, zostaje jeszcze jeden. Ale sprytny jest. Generalnie dobrze jest w Katorżniku biec za kimś. Widać, gdzie trzeba uważać i gdzie stawiać stopy. A to - wierzcie mi - połowa sukcesu. Znowu bagienko, znowu przepust wodny. Stoi wolontariuszka i mówi nam, że do mety został kilometr. Słychać już powoli metę i ośrodek.

Przyspieszam, ile mogę za tym gościem. Ale wiecie, co to znaczy przyspieszyć po półtorej godziny w tym chłodzie, kiedy znów grzęźniecie w tym błocie? Nie do zrobienia;) Jest już asfalt, uczepiam się tego chłopaka i biegnę. Pojawia się jakiś płot do przeskoczenia, a teraz schodami do budynku. Wbiegamy, jest pusty, a trasa wiedzie schodami na dół. Dwa piętra obłoconych schodów i jesteśmy w piwnicy. Wybiegamy z budynku. Zostało 400 m do plaży. Biegnę i trzymam się psychiki, żeby uważać na kroki. Jest jeszcze grząski piasek i ostatnia siatka maskująca (już jej zręby po paru biegach), pod którą trzeba się metr przeczołgać. Gość ją przeskakuje (cwaniaczek), a ja zgodnie z trasą dołem.

Już widzę pomost. Biegnę, a trasa na ostatnich 100 m biegnie jeszcze pomostem dookoła. Jest meta, cholera HOFFI udało się! Dostaję ciężką 5-kgową podkowę. Parę słów do mikrofonu (na mecie każdy się przedstawia i mówi, skąd przyjechał, jaki klub i który to jego Katorżnik) i szukam wzrokiem Magdy. Jest, gęba mi się uśmiecha, choć jestem brudny i mokry. Wszystko boli, ale to nieważne. Kurde, ukończyłem Katorżnika i nikt mi tego nie odbierze! Sesja zdjęciowa i wskakuję z podkową do jeziora. Kiedy wszyscy na plaży poza uczestnikami stoją w polarach i kurtkach, mi w wodzie jest cieplutko jak w jacuzzi.




Rys.3 - Oby do mety – ostatni odcinek! (fot. Magda Polus)



Procedura mycia jest taka: kąpiecie się w jeziorze, potem wszystko z siebie ściągam, buty muszę prawie rozcinać. Teraz prysznic w zimnej (dla nas po biegu - cieplutkiej) wodzie z cysterny. Potem idę do sali gimnastycznej pod ciepły prysznic i przebieram się w suche ciuchy. Po drodze na wielką kupę wędrują moje buty, które tworzą niezapomniany widok. Ponad 150 par zużytych butów, niezła jazda! Jemy jeszcze ciepłą kiełbasę z grilla i rozpytujemy się o wynik naszych siatkarzy z Brazylią. Niestety przegraliśmy, ale dla mnie ten dzień jest moim małym zwycięstwem - nad własnymi słabościami. Idziemy na parking i ruszamy w drogę, by o 22 wrócić do Poznania.



Rys.4 - Wreszcie upragniona podkowa i meta!!! (fot. Magda


EPILOG

Trasa była najtrudniejszą z dotychczasowych edycji! Na start nie dotarło ponad 150 osób, a oficjalnie wszystkie biegi eliminacyjne ukończyły 654 osoby. Ukończyłem swój bieg z czasem 1 h 42 min 46 sek. i zająłem 82. miejsce na 142 osoby. Z racji mniejszej frekwencji do niedzielnego finału awansowało po prawie 40 osób z każdego biegu. Jeszcze trochę i bym się załapał;-) Zwycięzca niedzielnego finału uzyskał wynik 1 h 14 min z groszami. Dla porównania zeszłoroczni zwycięzcy mieli czas w okolicach 58-59 min.



Rys.5 - Tak smakuje Bieg Katorżnika! (fot. Magda Polus)


Zamieszczę jeszcze cytat ze strony www.maratonypolskie.pl opisujący trudność tegorocznej edycji:
“IV Bieg Katorżnika, a zwłaszcza sobotnie biegi eliminacyjne obfitowały w mrożące krew momenty. Zniszczona trasa, o bardzo wysokim stopniu trudności (jak zgodnie uznali wszyscy startujący najtrudniejsza w historii biegu) oraz niska temperatura powietrza (momentami 12 stopni) przyczyniły się do tego, że dla wielu zawodników jej pokonanie było bardzo wyczerpujące. Zwłaszcza niska temperatura groziła wyziębieniem organizmu, któremu uległo kilkunastu zawodników. Wojskowe quady oraz łodzie desantowe ewakuowały z trasy osoby, które na skutek zimna nie były w stanie samodzielnie dotrzeć do mety.”
Polecam każdemu zmierzyć się chociaż raz w życiu z Biegiem Katorżnika! Naprawdę warto!!! Dla siebie!

Dziękuję z całego serca Magdzie, która mnie wspierała i towarzyszyła mi podczas tej katorżniczej eskapady.

Marcin Hoffmann “Hoffi”, HKS Hades Poznań / MaratonyPolskie.pl Team



INFORMACJA POSIADA MULTI-FORUM
POROZMAWIAJ
Biegi przełajowe

XI Bieg Katorżnika - Lubliniec - Kokotek, 8.8.2015

102
2018-08-07
Biegi przełajowe

XIII Bieg Katorżnika - Kokotek k.Lublińca, 12.8.20...

7
2017-07-18
Biegi

Bieg Katorżnika sprzedam

1
2017-07-17
Biegi przełajowe

XII Bieg Katorżnika - Kokotek,13.08.2016

4
2016-08-12
Biegi przełajowe

2014 - X Bieg Katorżnika

40
2014-08-18
Biegi przełajowe

2013 - IX Bieg Katorżnika

84
2013-09-24
Biegi przełajowe

2012 - VIII Bieg Katorżnika

74
2012-09-03
Biegi przełajowe

2011 - VII Bieg Katorżnika

378
2012-02-12
Biegi przełajowe

2010 - Ucieczka z Alcatraz

86
2010-10-30
Biegi przełajowe

2010 - VI Bieg Katorżnika

702
2010-10-26
Biegi przełajowe

2010 - IV Bieg Małego Katorżnika

28
2010-08-16
Biegi przełajowe

2010 - IV Galernik TEAM

6
2010-02-15
Biegi przełajowe

2009 - V Bieg Katorżnika

542
2009-09-18
Biegi przełajowe

2008 - IV Bieg Katorżnika

537
2009-01-25
Biegi przełajowe

2007 - III Bieg Katorżnika

584
2007-12-28
Biegi przełajowe

2006 - II Bieg Katorżnika

95
2006-08-23




















 Ostatnio zalogowani
jaroszakal
00:35
drAngla
23:55
ona
23:54
markwi
23:35
marianzielonka
23:26
Anetalch
23:25
StaryCop
23:17
rys-tas
23:16
Andrew67
23:12
Hubert87
23:11
fit_ania
23:11
Biela
23:06
Paw
22:49
miło¶nik biegania
22:38
Szamot
22:36
staszek63
22:28
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |