Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

     

  WIZYTÓWKA  GALERIA [71]  PRZYJAC. [87]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
snipster
Pamiętnik internetowy
rozrewolweryzowany rewolwer, stół z powyłamywanymi nogami...

Piotr Łużyński
Urodzony: 1977-05-23
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
338 / 338


2020-09-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
doznanie chwili smerfastyczności z domieszką masakryczności (czytano: 354 razy)

 

Środa, cztery dni po, a zakwasy nadal mi nogi zjadają, no ale... może cofnijmy się w czasie ;)

Minęło sporo czasu od ostatniego razu, czyli od absurdalnego zamknięcia lasów przez Januszy Polityki.
W związku z totalnym zamrożeniem imprez biegowych, dziwnym trafem nagle znalazło się sporo czasu na na różnego rodzaju swobodne nic-nieplanowe rzeczy, na przykład przemyślenia nad sensem życia, nad istnieniem pośród galaktyk, a przede wszystkim przemyślenia nt. biegania oczywiście w czasie biegania.
W międzyczasie zamknęli fryzjerów i człowiek zarósł niczym dziki agrest do tego stopnia, że podczas imprezki ze znajomymi przed dniem dziecka zostałem przez tyci chwilę przezwany Zbigniewem Wodeckim, chociaż ja sam siebie przez nazywałem Snake Flisskinem (Kurt Russel z Ucieczki z Los Angeles).
Życie nie bierze jeńców - więc albo płyniesz z falą, albo taplasz się w przybrzegowej pianie z wodorostami ;)

Czas leciał, zmieniała się pora roku i robiło się tak, jak loffciam - czyli coraz cieplej i cieplej.
Ciuszki coraz krótsze i mniejsze - co ma akurat niebanalne znaczenie przy powrocie i praniu ich razem z myciem siebie pod prysznicem w wannie.
W tym roku zauważyłem, że pocę się rekordowo mocniej. Nie wiem od czego i dlaczego tak, ale... kiedyś przy długich wybieganiach traciłem po 2-2.5kg, czasem kiedy traciłem po 3kg potu czułem się jak wykręcona gąbka przemielona niczym schabowy (żeby nie powiedzieć wytłuczona niczym schabowy).
W tym roku dwa kilo to ja traciłem przy byle dyszce, lub czternastce, bo bardzo spodobała mi się nielubiana kiedyś trasa ode mnie z chaty do ośrodka w Drzonkowie (tak, tego sławnego ośrodka od 5cioboju) i z powrotem. Czasem to było więcej.
Długie wybiegania dobijały na spokoju do 3kg, czasem więcej. Oczywiście nie biegałem z piciem, bo nie lubię pić - albo może inaczej - nie potrafię pić podczas biegania. Dwa razy tylko zabrałem 250ml Softflask na długie wybieganie, które robiłem w upale, zawsze niedopijając do końca i czując opicie pod gardłem.
Na tego typu Długich Wybieganiach traciłem 3.5kg-4kg. Sporo, jak człowiek popatrzy na półtora litrową butelkę wody Żywca, no ale... co zrobić. Dziwna sprawa.

Tak się do tego przyzwyczaiłem, że kiedy wybrałem się na urlop do Barcelony pod koniec lipca (na spontanie ofc, z dnia na dzień bookowanie lotu i hotelu ;)), jakoś w miarę normalne mi się biegało, a raczej raz mi się normalnie biegało - z rana. Drugie bieganie w okolicy południa po porannym deszczyku było raczej przeżyciem lekko trauma i nie wiem czemu przypomniałem sobie obrazki maratonu z Igrzysk w Rio.
Wilgotność jest czymś fajnym w pewnych sytuacjach, no ale w biegu to jest jednak zabójcza sprawa.

Całe wakacje w zasadzie biegałem tak o, jak mi się chciało, a raczej jak miałem siły, bo w pracy mam ostro stresowo i od groma coraz to nowych spraw i powoli przestaję chyba wyrabiać. Anyway... biegałem na totalnym luzie, spontanie - były siły i nakręcenie w weekend, to leciałem coś długiego. Nie było pędu w łydce, to leciałem coś krótszego. Właściwie stwierdziłem, że fajnie mi się biega przeważnie w weekendy, więc wniosek z tego jest taki, że muszę chyba w totka wygrać, żeby zacząć biegać szybciej ;)

Brak zawodów biegowych i wszystko wokół sprawiły, że z biegania na samopoczucie... zrobiło się jeszcze fajniejsiowate bieganie na samopoczucie.
Czasem ułańska fantazja i dusza smerfociastkożercy sprawiała, że po lesie ganiałem do zdyszania, ale nie takiego do poziomu języka pod brodą, tylko takiego fajnego, luzackiego, niczym gra wstępna ochach dyszenia. Stałem się fanem własnego oddechu, serio!
Nie ma tu niczego z fetyszu, czy samouwielbienia, ale odgłos oddechu w pustym lesie, czasem głuchym przed zachodem słońca do tego stopnia, że aż przerażającym, jest fajnym dodatkiem, przy którym łapię swój "flow", wpadam w mini trans, odpływam astralnie i biegnę niczym we dwóch - jeden ja ten tam fizyczny, oraz ten drugi gdzieś z boku, nad, pod, w środku, albo na zewnątrz, ale osobno.
Uwielbiam to uczucie szczególnie na jakiś dłuższych odcinkach, kiedy biegnę i odnoszę wrażenie, jakbym był widzem i emocjonował się niczym przed wykonaniem "jedenastki" przez Maradonę na Mistrzostwach Świata w Kopanej.
Niestety niezbyt często to się przytrafia, więc może dlatego tak to uwielbiam. Doświadczam tego tylko podczas biegania, więc może dlatego tak te bieganie polubiłem... ;)

Wakacje się powoli kończyły, ale wpadł urlop. Na spontanie oczywiście zabookowałem wypad na tydzień do Grecji, Korfu, Sidari. Klimat nie do zapomnienia, widoczki również, atmosfera i ludzie bynajmniej a jakże. Muszę opisać kiedyś chyba nieco więcej, bo mega funiaste przygody były.
Kilka razy pobiegałem i po greckich klimatach. Czadersko!

Powrót i od razu szara, bura, zimna polskość. Przeskok z 30C na 15C jest mało fajny. Trafiłem na końcówkę winobrania, więc przynajmniej trafiło się trochę zielonogórskiego Śpiewu, Wina i Kobiet, znaczy się znajomych, których dawno nie widziałem.
Przy okazji dowiedziałem się, że... no właśnie. Odbyły się krótkie zapisy na Półmaraton w Przytoku.

Przytok to taka mieścina obok Zielonej Góry, w której "nasze miejsce" tkkf organizuje Półmaraton co roku, zawsze w kwietniu. W tym roku wszystko wymieszane i okazało się, że pyk, zaplanowali imprezę na 19 września. Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś zapisałem się na inną imprezę - Zielonogórskie Biegi Górskie - Rollercoaster, które to miały być tydzień później.

Teraz tak, parę przemyśleń - zero przygotowań zarówno pod półmaraton, jak i biegi górskie, zero pary na szybsze bieganie, bo zrobienie przebiechy skutkowało albo chęcią na pawia, albo odcinaniem zapłonu/dopływu paliwa do silnika/obudzeniem demonów w brzuchu, a poza tym moje bieganie odbywało się tylko dla FUN. Mimo wszystko ta chęć pobycia wśród ludzi, innych zwariowańców, no i ta specyficzna adrenalinka startowa, oraz euforia jaka by nie była na mecie... przeważyło, że - a, co tam, liczy się przygoda :)

Wybrałem się do Przytoku w dniu zawodów, gdzie się zapisałem, przebrałem, potruchtałem do lasu na siku i tyle w ramach rozgrzewki :)
Start i wio!

Tak... po kilosie sobie przypomniałem zapomniane przez rok uczucie, czym są zawody!
Tempa oczywiście niebiegane na treningach kazały zwalniać, ale znany każdemu biegowy diabełek kręcący się tuż przy uszach podpowiadał, żeby gnać, co tam, liczy się spontan i że jakoś to motyla noga będzie :)
Wiedziałem jednak czym Przytok pachnie, a pachnie... a jak!
Trasa jest mocno krajobrazowa, porównywalna z tą z Maratonu w Lęborku, ma swój klimat, pagórki większe i mniejsze, jednak i swoją wredotę, która wychodzi w drugiej połowie przy długim, pięciokilometrowym wspinaniu się. Do tego słoneczko, lekki zefirek i mimo wszystko bardzo smerfastycznie w duszy było. Tu już nie było tego lajcikowego dyszenia, ale średnie rzężenie niczym u klaczy w kłusie, albo w pewnych filmach z gatunku przyrodniczych.
Zbliżanie się do mety jednak rajcuje do tego stopnia, że widok mety, niewidzialny od roku wyzwolił wszystkie pokłady endorfinowe do tego stopnia, że przed skrętem na ośrodek, gdzie była meta, Pan Policjant nieśmiało wrzasnął, czy ze mną na pewno jest wszystko ok? ;)

Wpadłem na metę z pięknym wyskokiem i telemarkiem i okazało się, że zabawna sprawa - ale czas mam sekundę gorszy od tego, jaki wykręciłem w zeszłym roku w Gdyni.
Czy można więc rzec, że starzeje się o sekundę na rok? ;)
Dobra dobra, trasa sporo trudniejsza w Przytoku, ale inne porównanie wykazuje, że wynik sprzed dwóch lat był parę sekund jedynie lepszy.
Wniosek z tego jest taki, że można spokojnie się urlopować i niejako z marszu startować ;)

Najzabawniejsze jest to, że byłem 4 Open i 1 w kategorii 40nastolatów! zgarnąłem bon do jednego sklepu, więc... jakby to powiedzieć, spoczes spontan decyzja o starcie ;)
Czas 1:28:28


a na serio to moje łydy były zmasakrowane, ale czwórki już nie.
Dystans przebiegłem bez żelu, bo... zapomniałem, że nic nie miałem w chacie. Carboloading w postaci sernika w piątek dał radę ;)


Anyway pobiegałem trochę w tygodniu i nastawiałem na sobotnią masakrę na lokalnych górkach. Start tydzień po tygodniu, luz.
Nie nastawiałem się na jakieś mega ściganie, bo nie trenowałem nic a nic z górskich podbiegów, a Wzgórza znane są z kilerskich ścieżek.
"Parszywa 12" to jedynie cząstka po innych ścieżkach, delikatniejsza, a też zabójcza i pamiętliwa dla niektórych ;)

Prognozy nie wskazywały rewelki - miało lać od rana do popołudnia i to nie jakiś tam deszczyk, tylko ulewa konkret. ICM podawał skalę wykraczającą ponad 4-8, więc mega. Nie w takich warunkach się biegało, więc luźna łydka, a poza tym znane wszystkim hasło biegaczy brzmi: im gorzej, tym lepiej ;)

Na start ubrałem się jak młody leszcz, oczywiście. Założyłem dwie warstwy z obawy, żeby nie załatwić plerów, przy czym druga warstwa była mega chłonna. Miałem to zdjąć i założyć ortalionowa kamizelkę finiszera z Cortiny Trail (szpaner ;)), ale nie było czasu na kombinacje. Myślałem, że jakoś to będzie.
No i jakoś to było.
START w grupie i harpagany wydarły do przodu.
Aaaaa taka ciekawostka - impreza leci jedna, ale na 8km można wybrać, czy się chce lecieć krótki wariant 10km, czy dłuższy 21km (21.1km).
Od początku deszcz, który z czasem nasilał się w ulewę. Skromne ścieżki były mocno bagniste, ale dało się jakoś biegać.
Pierwszy podbieg i ściana od razu zrobiły selekcję. Potem delikatny zbieg, zakręty i kolejna grupa podbiegów rozszerzała biegaczy pomiędzy sobą.
Dyszenie, które tak loffciam, tutaj od razu było z gatunku ostrego porno. Podbiegi i zbiegi, podbiegi i zbiegi. Istny młynek, który czasem sobie lubię pobiec, ale nie na takiej intensywności.
Po dwóch kilosach już czułem, jakbym dopiero co skończył półmaraton w zeszłym tygodniu.

Po czterech kilosach i serii podbiegów, trudnego zbiegu i fest ciężkiego podbiegu modliłem się o cud w postaci nieprzewidywalnego spadku walca z nieba i zupełnie nieprzypadkowego wtargnięcia mojej sfłaczałej osoby pod te mechaniczne stworzenie. Nogi miałem zmasakrowane do tego stopnia po podbiegu, na którym jakoś wyprzedziłem innych co już szli, że przy zbiegu miałem wrażenie, jakbym zbiegał na szczudłach w błocie ;)
Od tego momentu w zasadzie już tylko chciałem dobiec i ostro zwolniłem, bo skoro nie daję rady na 4km, to co ma być na 21? "hehe" ;)

Potem było już tylko ciekawiej i nawet tak zabawnie, że znane sobie ścieżki, zazwyczaj spokojne, tym razem były niczym górskie potoki. Czasem spotykałem dziwne grzybki, od klasycznych przysmaków teściowej (muchomorki)
Byłem przesiąknięty, lało mi się z czapki, w butach chlupało, w gaciach zresztą chyba też, no i na dodatek ta bluza ciążyła... leszcz, normalnie amatorszczyzna leszcz ;)
Fajnie jednak było - co zabrzmi zapewne jak kliniczny przypadek sadomasochizmu - ale odcięło mi nogi chyba ze dwa razy, a może trzy do tego stopnia, że miałem wrażenie, że poruszam nimi, a jak spoglądałem w dół, oczywiście nie czując już ich, to one prawie że stały w miejscu. Zbiegi były masakryczne i rozrywające. Przedostatni podbieg wkroczyłem w mojego HRmaxa, co nie zdarzyło się od kilku lat, co przy obecnej mizerii i braku świrowania z treningami w tych rejonach... jest dość specyficznym przeżyciem i doznaniem, szczególnie jest to dziwne, że na zmęczeniu po półmaratonie tydzień wcześniej, co powinno być tym bardziej niemożliwe. Anyway leciałem już na "jakośtobędzieobydomety".

Byłem niczym mielone spaghetti w kotle z dżdżownicami z domieszką jakiejś papki i miśków haribo. Ostatnie dwa kilosy to długi zbieg i lawirowanie w potoku, błocie, korzeniach i wszystkich elementach leśnego wyposażenia. Dobiegłem do mety i miałem nawet siłę sobie wyskoczyć, ale telemarka już nie dałem rady - bałem, że się poskładam :)

Pogadałem chwilę z ludkami, zjadłem przepyszny gulasz, odebrałem mini plecak z kurtką z depozytu i zebrałem się do chaty, aby nie wyziębić się do reszty. Po drodze podbiegłem sporo, więc nie było źle, a raczej tak mi się wtedy wydawało. Po powrocie i krótkim, delikatnym rozciąganiu spędziłem pół godziny pod gorącym prysznicem w wannie. Potem tylko jadłem i piłem, w tym nagroda w postaci sernika. Sernik magiczny jest :)

Od tego momentu zaczęła się masakra w nogach. Wieczorem już ledwo chodziłem, a byłem u znajomych. W niedzielę ambitnie poszedłem potruchtać, ale... był to zły pomysł. Większość z trasy na dyszkę leciałem na sztywnych nogach. Bieg po prostym był jeszcze w miarę, ale lekki podbieg o wzniosie jednego metra był masakrą lekko tylko mniejszą od tego samego zbiegu. Czułem się, jakbym miał mięśnie porozrywane, pospinane, wymielone i wyplute przez Jabbę z Gwiezdnych Wojen.
W poniedziałek sauna, niewiele jednak zdziałała. Wtorek nadal chodziłem jak kowboj, albo jak ludzie-zombi z pamiętnego filmiku "jak się poruszają ludzie po maratonie" ;)

Takim o to sposobem zataczam koło z początku... nogi średnio w formie, ale przeżycia smerfnie smerfastyczne.
Sam sobie mogę powiedzieć, że Sponiewierać się, tak fajnie, a tak dziwnie... a na głoś wśród innych tylko przemówię, że lepiej czuć zakwasy, zamiast kaca.
Za to ostatnie zresztą czasem mi się obrywa, jak wygłaszam tą kwestię wśród znajomych, tych niebiegowych... no ale uwielbiam się droczyć ;)



--foty z kombinacji dwóch imprez, które focił P.Łabaziewicz

PS. już tęsknie za latem!
PS2. Elvis żyje i ma się dobrze ;)


Aloha
pl


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
marrcin2407
01:20
jaroszakal
23:54
maste
22:53
marcoair
22:49
Łukasz S.
22:48
Jarek42
22:47
Andrea
22:28
gosiula83
22:18
zibi58
22:14
jarek 105 kg
22:00
drakomir
21:25
cumaso
21:18
gpnowak
21:03
arek19_78
21:02
kuflandia vel. Kufel
20:50
eldorox
20:47
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |