Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

   

  WIZYTÓWKA  GALERIA [8]  PRZYJAC. [196]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
dario_7
Pamiętnik internetowy
It's My Life...

Dariusz Duda
Urodzony: 1962-04-09
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
180 / 188


2013-06-13

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
I Chojnik Maraton - Sobieszów, 08-06-2013 r. (czytano: 3051 razy)

 


Sprawcą całego "zamieszania" był Miras. W ostatni dzień marca podesłał nam linka do Chojnik Maratonu i napisał na fejsie: "Proponuję 8 czerwca ostatnie, górskie wybieganie przed LUT. Co Wy na to, ja już się zapisałem :)"

No i jak nie? Jak tak! :) Uwielbiam kameralne biegi górskie, a ten tak się zapowiadał. Poza tym dotychczas głównie biegałem po płaskim, a lekkie pagórki to przecież nie góry. Wyszło więc na to, że to "ostatnie górskie wybieganie" będzie również moim pierwszym. I to nie byle jakim - dystans do pokonania: 43,5 km, suma podbiegów: ~2.200 m, suma zbiegów: ~2.000 m.



Pozostali ultrasi, wraz z samym pomysłodawcą, jakoś cichaczem się jednak wycofali z udziału w tej imprezie i na placu boju pozostaliśmy samotnie "oba" z Marysieńką. Nie wiem, być może ci pozostali lepiej przeanalizowali profil trasy, albo mieli jakieś informacje "spod lady" na temat jej trudności? ;) Również Marysia w pewnym momencie wspomniała, że wolałaby do Rudawy. Na koniec, mocno wykończony ciężkim tygodniem w pracy to i ja już sam miałem wątpliwości, czy podołam wspiąć się na jakikolwiek pagórek. No motywacja na maksa!!! Dobrze jednak, że opłata startowa to nie było 30 zł, a trochę więcej, hahaha!!!!... :)))

Wyjechaliśmy do Jeleniej Góry w piątek, zaraz po pracy. Zabrał się z nami też CzaroSW ze Świebodzina. Dojechaliśmy na miejsce ok. 20-tej, zdążyliśmy więc jeszcze po odbiór pakietów startowych. Od razu dało się wyczuć mega-fajną atmosferę i pełne zaangażowanie Organizatorów. Wszystko to młodzi ludzie z iskrą w oku, oddani całkowicie swojej pasji do gór i biegania. Nawet chwilę później, jak zaparkowaliśmy pod Biedronką, by zrobić jakieś zakupy na kolację, podjechał do nas samochód terenowy z chłopakami w maratońskich bezrękawnikach, by zapytać nas czy też przyjechaliśmy na maraton i w razie czego służyć informacją ;)



W mig zapomniałem o zmęczeniu i kiepskiej motywacji. Zaczęło mi w duszy grać. Były góry, byli "sami swoi" ludzie, był... czad! Jedyne co mnie martwiło, to prognozy pogody na sobotę. Zapowiadała się bowiem mokra burzowa aura. Na szczęście bez wiatru i niskich temperatur. Ale wystarczyły mi te błyskawice na mapie pogody, bym poczuł lekki (umówmy się - więcej niż lekki) niepokój. Dobrze pamiętałem ostatnią ucieczkę w ulewie przy akompaniamencie pioruńskich grzmotów spod Śnieżnych Kotłów w zeszłym roku. Takiej motywacji, jak wówczas, do zbiegania w dół dawno nie miałem ;)

Na polanie, gdzie zlokalizowana była strefa startu - pod wzgórzem, na którego szczycie piętrzyły się groźne mury starego zamczyska - pojawiliśmy się na godzinę przed biegiem. Było już sporo samochodów i przygotowujących się do walki zawodników. Nie przez przypadek użyłem tu słowa: "walka", ale o tym w dalszej części ;) Była piękna słoneczna pogoda. Mimo dość wczesnej jeszcze pory było bardzo ciepło, a nasiąknięta kilkudniowymi ulewami ziemia i trawa parowały jak "duszonka" pod przykrywką. "Trochę pocierpimy" - pomyślałem, ale bez specjalnego przejmowania się jakoś - co będzie to będzie, odwrotu nie ma ;)



Wystartowaliśmy punktualnie o 9:00. Zaczęło się. Około setka biegaczek i biegaczy ruszyła do boju w nieznane. Wszak to pierwsza edycja maratonu i mało kto jeszcze wiedział, co czeka go na trasie. Dla mnie te szlaki akurat obce nie były. Dość często tu bywałem i za każdym razem lubiłem wspinać się na szczyty innymi ścieżkami. Jedynie okolice samego Chojnika były mi jeszcze nieznane. Zawsze jakoś odkładałem wycieczkę do zamku na później.

Pierwsze kilometry były bardzo łatwe. Choć duchota dawała się odczuć. Po jakichś 400 metrach od startu był wprawdzie pierwszy podbieg, gdzie na kolejnych 800 metrach trzeba było się wspiąć jakieś 170 m wyżej, ale później do piątego kilometra było już niemal płasko. Pamiętam, że super się biegło. Ale po płaskim to każdy cwaniak ;)

Na piątym km mieliśmy pierwszy bufet. Ach te bufety! Delicje jakie uwielbiam - arbuzy, banany, pomarańcze, rodzynki... Poezja! Od tego miejsca już tylko pod górkę, aż na sam grzbiet karkonoski, pod spalone schronisko Petrovka po czeskiej stronie. Droga nie wydawała się jakoś mocno nachylona. Szło się dość szybko, co niektórzy próbowali co jakiś czas nawet podbiegać. Szeroka alejka, niewiele kamieni. Aż żałowałem, że nie zabrałem kijków. Przydałby się tu bardzo.

Pod Petrovką (10 km) kolejny bufet i punkt kontrolny. Tu określony był pierwszy z limitów czasowych - 1godz. 50 min. Chwilę po mnie dotarła też Marysieńka. Po czym nie zatrzymując się chwyciła kawałek arbuza i na odchodnym krzyknęła: "Weź mi jeszcze jeden kawałek!" ;) Mieliśmy 20 minut zapasu do limitu, a więc niewiele. Oj, cieniutko ze mną - pomyślałem. Tak blisko limitu czasowego to ja jeszcze chyba nigdy nie byłem ;)

8-kilometrowy odcinek po czeskiej stronie był dość przyjemny. Wreszcie można było trochę pobiegać, choć ścieżka była bardzo wąska i trudno było wyprzedzać czy wymijać się z turystami. Turyści jednak byli tu wyjątkowi - Polacy, Czesi i Niemcy (tych chyba najwięcej). Ci ostatni dopingowali nas bardzo głośno i wesoło. Wszystkim kibicom dziękowałem równie głośno w czterech językach: "Dzięki! Danke schön! Děkuju! Thank you!". A pod Martinovką przybijałem piątki jakiejś szkolnej czeskiej wycieczce, której szalonego dopingu nie dało się nie zauważyć. Była taka zabawa, że mało butów nie pogubiłem. Dosłownie, bo miejscami między kamieniami kryły się niewielkie błotne kałuże. W taką jedną wpadła mi prawa noga po kostki i ledwiem z butem uszedł, słysząc tylko głośne siorbnięcie mazistego potwora.

Na zbiegach uciekłem znowu trochę Marysi. Świntuch ze mnie, bo obiecałem, że się nie oddalę. W sumie to zrobiłem to z premedytacją, bo wiem jaka Marysia jest mocna na podbiegach. Byłem spokojny, że mnie dojdzie ;) Natomiast uciekł mi gdzieś w międzyczasie Czaro, z którym jeszcze nie tak dawno razem podążaliśmy. Ech, ta młodzież!

Od Labskiej boudy aż po Śnieżne Kotły było prawie cały czas pod górkę, choć niezbyt stromo. Na upartego można było biec. Ale pomyślałem sobie, że nie będę gwiazdorzył - zjem snickersa i... omal się nim nie udławiłem. Jednego małego batonika żułem chyba ze dwa kilometry. Pogoda zaczęła się nieco zmieniać. Lekko pochłodniało i zaczęło kropić. W oddali dało się słyszeć pierwsze pomruki nadchodzącej burzy.



Minęliśmy źródło Łaby i po kilkuset metrach znowu byliśmy w Polsce. Przy Śnieżnych Kotłach czekał nas ostry zakręt w lewo na żółty szlak w kierunku schroniska pod Łabskim Szczytem. Dyżurująca tu grupa ratowników górskich pozdrowiła nas, ostrzegając jednocześnie o czyhającym wkrótce niebezpiecznym zejściu. Chwilę potem straciłem obraz - nagle znalazłem się w chmurach i nie było prawie nic widać. Było natomiast słychać. Grzmoty!!! I to coraz bliżej!!! Przez głowę przeszła mi myśl - no tak, to kara za to, że uciekłem Marysi :) A tak na poważnie, to bałem się jak diabli. Wyobrażałem sobie jak to jest, kiedy błyskawica przechodzi mi przez czaszkę wchodząc jednym uchem, a wyłażąc drugim. I nie ważne, które ucho pierwsze.

Nawet nie wiem kiedy, na tej "pioruńskiej" motywacji, znalazłem się wnet pod schroniskiem. Dobiegając do niego, z daleka można było usłyszeć głośne okrzyki. Super doping turystów i jednocześnie pomoc co niektórym zawodnikom w odnalezieniu właściwej ścieżki. Tu bowiem, trzeba było skręcić w prawo na czarny szlak prowadzący do Wysokiego Mostu. Wprawdzie była dobrze widoczna strzałka maratońska, ale nie każdy miał podczas zbiegu oczy dookoła głowy, zważając przede wszystkim na to, co pod nogami. Poza tym był to już 21 kilometr i zmęczenie powoli zaczynało dawać się we znaki.

Do tego momentu szło w miarę gładko. Jedynym trudniejszym fragmentem była chyba końcówka zejścia pod to ostatnie schronisko. Pamiętałem jednak o czym wspominał Kokrobite przed startem - "na ok. 22-gim kaemie będzie bardzo niebezpieczne zejście po śliskich kamieniach, szlakiem wypłukanym przez ostatnie ulewy". Tak się zamyśliłem o czekających mnie zaraz męczarniach, że na pół kilometra przed nimi już zaliczyłem glebę. To taka próba generalna, hahaha!! :))) Choć do śmiechu wcale mi nie było. Wykręciłem prawą nogę, mocno naciągając łydkę i lekko ocierając kolano. Głośno sobie tam pomruczałem, ale to nie nadaje się do prasy ;) Na moje szczęście nic poważnego się nie stało. Niemniej zwiększyłem swoją czujność na ile się dało.



To co mruczałem po wspomnianej wywrotce to i tak nic w porównaniu z tym, o czym myślałem schodząc kilka chwil dalej. Przekonałem się na własne oczy i nogi, że ostrzeżenia były bardzo zasadne. Powykrzywiane we wszystkie możliwe strony, mniejsze i większe kamloty, śliskie jak maślaki. Alternatywą były jeszcze bardziej niebezpieczne korzenie. No istna masakra. Jakim cudem udało mi się to pokonać bez upadku sam nie wiem. Choć momentami było blisko i kilka poślizgnięć zaliczyłem. To tu napięte do granic możliwości mięśnie dostały chyba po raz pierwszy niezły wycisk. Na takiej trasie decyzję o tym, gdzie postawić stopę, trzeba podejmować w ułamku sekundy. Tu pracuje się całym sobą ;) Podobno czołówka peletonu brała ten odcinek na żywioł. Jeśli tak, to podziwiam i zazdroszczę odwagi. Zapewne duże znaczenie miało tu odpowiednie obuwie, a dokładniej materiał podeszwy. Moje buciki zdecydowanie nie chciały się trzymać na tym "śluzie".

Na 24 kilometrze kolejny bufet i kolejny punkt kontrolny z limitem 3:50. Jejku, tylko 30 minut zapasu. Niby lepiej, ale wciąż słabiutko. Szybko wyliczyliśmy z towarzyszącym mi właśnie innym zawodnikiem, że jak zmieścimy się w 6 godzinach to będzie dobrze. Wszak za chwilę czekało nas mordercze 5-kilometrowe podejście niebieskim szlakiem na Czarną Przełęcz. Dobrze pamiętałem tę drogę z Jagniątkowa i wiedziałem, że lekko nie będzie. Z wysokości 750 m n.p.m. trzeba się tu wspiąć na Czeskie Kamienie (1.416 m n.p.m.), które znajdują się na 30-tym kilometrze maratonu. To jest dopiero ściana! :)



Nie wiem skąd miałem w sobie tyle siły, ale parłem dość mocno. Na tyle mocno, że doganiałem coraz więcej rywali. Zapewne dlatego, że wcześniej się trochę oszczędzałem. Wkrótce wyprzedziłem pierwszą kobietę, a chwilę później odnalazł się Czaro - zmęczony, jak wszyscy, ale uśmiechnięty :) A podejście robiło się coraz bardziej strome. W końcu przeszło w serpentyny. Cholerka, gdzieś się tam zapatrzyłem w cudowny widoczek i nagle lewa noga zjechała mi w dziurę. Tym razem wykręciłem lewą kostkę, tę moją biedną skatowaną jesienno-zimowymi wybieganiami. Zabolało. Ale i zaraz przeszło... w zapomnienie ;)

Od Czarnej Przełęczy podejście złagodniało i można było już trochę biec. Znów wyprzedziłem kilka osób, co trochę mnie zdziwiło, bo przecież na takich wypłaszczeniach to wszyscy mi wcześniej uciekali. Odliczałem kilometry do kolejnego bufetu, gdyż pomału kończyła mi się mikstura w bidonach. Byłem przekonany, że będzie w tym samym miejscu pod spaloną Petrovką, skąd 5 kilometrowy odcinek pokrywał się z tym już wcześniej pokonanym od pierwszego do drugiego bufetu. Niestety nie było. Byli natomiast ratownicy, ale chyba nie tutejsi, bo z premedytacją kłamali, że do bufetu już tylko 3 km ;)



Zapikał mi garminek. Sygnalizował wyczerpanie baterii. Wiem, że jeszcze na jakiś czas mu prądu starczy, ale w końcu niechybnie padnie. Dobrze, że zabrałem też mojego starego timexa, w którym też włączyłem stoper na starcie. Rzuciłem na niego okiem i... pusto!!! Nic nie wyświetla!! No nie!!! Też mu zdechła bateria, choć dopiero co miesiąc temu wymieniałem. Wrrr... Pozostał zegar słoneczny... Ino to słonko za chmurami :/

Od Petrovki zaczął się zbieg. Wcześniej myślałem sobie, że jak przeżyję to podejście na Czarną Przełęcz, to potem już tylko z górki. Lajcik. Jasne! Dupa tam lajcik! Teraz dopiero zaczęła się prawdziwa walka. Teraz mogłem poczuć co to ból. Zbiegałem z zaciśniętymi zębami i nadziwić się nie mogłem, że tu jest tak stromo!!! Przecież na podejściu w ogóle nie było tego czuć! A jednak. Po jakichś 3 kilometrach, które trwały wieczność, spotkałem rowerzystę, który pocieszył mnie informacją, że już za 400 metrów będzie bufet i ten zbieg się skończy. Zwątpiłem. Czyżby to był jakiś kumpel tych ratowników spod Petrovki?

Na zmęczeniu jednak umysł działa inaczej. Wmówiłem sobie, że ten bufet naprawdę zaraz będzie. Biegłem sam. Zupełnie sam. Wokół tylko las, szeroka alejka i cholernie upierdliwa stromizna w dół bez końca. Ała, ała... Minął pierwszy kilometr z tych 400 metrów i nic. Krajobraz wciąż ten sam. Dochodził drugi kilometr i zacząłem się martwić. Jasna dupa, chyba się zgubiłem!!! Nie zauważyłem wprawdzie nigdzie po drodze żadnego skrzyżowania, ani żadnej strzałki, ale nie było też od dłuższego czasu żadnych taśm na drzewach. Hmmm... Nie no, jak będę musiał teraz wracać, to się chyba pochlastam. Na szczęście po chwili wyszedłem na prostą i w oddali zobaczyłem szlaban, a obok upragniony bufet :)



Ufff... Chwila na złapanie oddechu i wyprostowanie nóżek. Uzupełniłem izotonik, zajadając się arbuzem i pomarańczami. Zamieniłem kilka słów z wolontariuszami. Okazało się, że pierwszy zawodnik dotarł już na metę. A mi pozostało jeszcze jakieś 7 km. Byłem obolały, ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Chwyciłem garść rodzynek i w drogę. Teraz trzeba było baczniej uważać na rozwieszone przez organizatorów taśmy i strzałki, gdyż droga była wytyczona poza szlakami turystycznymi. Do 40 kilometra było prawie płasko, choć cały czas lekko pod górkę. Dało się biec, ale zmęczone nogi nie chciały jakoś żwawo przebierać. Jak chciałem przyśpieszyć, to wręcz czułem, że za chwilę powalą mnie skurcze. Znałem to uczucie dobrze z Maratonu Beskidy i nie chciałem go znowu doświadczać. Dlatego nie przeginałem.

Od 40-tego kolejne 2,5 km nadal prawie płasko, ale tym razem lekko z górki. Puściłem nózie wolno, a niech sobie poszaleją ;) Rety, jak lubię te moje nóżki, kiedy tak podają!!! Znów wyprzedzałem i to na - niewielkim, ale zawsze - zbiegu. A wiadomo jakie to uczucie, kiedy się wyprzedza na końcówce ;) 40. km tempo 5:10, 41. km przekraczam prędkość dźwięku - tempo 4:56, 42. km zbliżam się do prędkości światła - 4:12!!! Jej, ja frunę!! :)))

Na kilometr przed metą nagle widzę strzałkę w lewo. O w mordę! Znów strome podejście! "To se karwasz polatałam!" - przypomniał mi się dowcip z muchą, która "wyrżła" w drzewo. No nic, trza napierać. Znów ała, ała... Ale to nie było jeszcze to właściwe ała, ała... To właściwe czaiło się na końcu w postaci jakichś 400 m schodów wykutych w skale. O żesz ku... Odpokutowałem tam chyba za wszystkie grzechy i to nie tylko swoje - wszak nie od dziś wiadomo, że raczej jestem aniołkiem ;)



Przed samymi schodami wyłączył mi się już całkiem garmin. Cienias! Teraz jednak było mi to już "rybka". Po wdrapaniu się na szczyt góry pozostało ostatnie 100 metrów pod murami zamku. Z ich korony wystawały głowy głośno dopingujących kibiców. I całe szczęście, że kibiców, a nie rzucających dzidami i lejących rozgrzaną smołą obrońców warowni, bo z tym to już bym sobie dzisiaj nie poradził ;) W końcu wpadłem w kamienną bramę (znowu były schody, ale już ich nie czułem), za którą była druga, ale już taka dmuchana - META! :)))

I tak oto zakończyła się dla mnie pierwsza edycja Chojnik Maratonu. Jednego z najtrudniejszych moich biegów. Po Rzeźniku chyba najtrudniejszego. Pamiętam, jak w okolicy półmetka jeden z kibiców poinformował mnie, że jestem 55-ty. Na metę natomiast dotarłem 33-ci. Był więc powód do dumy :P Mój czas 5:46:42 - jak to dosadnie niektórzy by określili - dupy nie urywa, ale po co od razu sobie poprzeczkę za wysoko podnosić? ;) Będzie o co powalczyć w kolejnych edycjach :))) Niemniej załapałem się na 3. miejsce w swojej mocno już weterańskiej kategorii M-50 :P



Niedługo po mnie na metę wpadli Czaro i Marysieńka. Czaro po raz pierwszy zmagał się z takim dystansem. I to od razu w górach!!! Na fejsie napisał: "Spełniłem jedno ze swoich marzeń - jestem maratończykiem!". Ja powiem więcej Czaro - jesteś ultramaratończykiem!!! Wszak dystans był tu dłuższy od maratonu. Wielki szacun i gratulacje! Marysieńka natomiast, choć poobijana i posiniaczona, nie dała sobie kolejny raz w kaszę dmuchać i wpadła na metę jako 3-cia kobieta. Podobno ktoś rozgłaszał plotki, że "miała minę gorszą od burzy gradowej" - byłem tam i nie widziałem żadnego gradu. Co najwyżej trochę pobłyskało i pogrzmiało. Ale taka już tamtego dnia była pogoda i dziwić się nie ma co ;) Ważne, żem uszedł z życiem i że mogę z nadzieją spoglądać na kolejne, czekające mnie wkrótce, wyzwania.


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


snipster (2013-06-13,15:08): Gratki góralu ;) a końcówka jak kozica, żeby nie napisać jak Yeti ;)
dario_7 (2013-06-13,15:11): Dzięki Piter! Wolę kozicę, Yeti ma platfusa! ;)
tdrapella (2013-06-13,16:13): Darku, Marysiu, jestescie niesamowici! Gratuluje i z tego co rozumiem nastepny start gorski to w Dolomitach?
shadoke (2013-06-13,20:33): To właśnie miało Ci się przydać w Dolomitach:) A swoją drogą odnośnie burzy i piorunów, to bardzo ciekawe, że Zamek Chojnik nigdy nie zdobyty przez wroga zapalił się od uderzenia pioruna;) Aż strach w tamtym miejscu biegać;)
Marysieńka (2013-06-13,21:11): "Podobno ktoś rozgłaszał plotki, że "miała minę gorszą od burzy gradowej"...z tego co wiem, to Twoje słowa.......a do tych.."dupy nie urywa" przyznaje się....raz jeszcze gratki:)))
Emi (2013-06-13,21:35): Ajjj...jak to opisałeś, to jeszcze bardziej nie mogę doczekać się biegowych wakacji w Szklarskiej;) Musowo zaliczymy choć część trasy "Chojnikowej";)Może dołączycie choć na kilka dni pomiędzy 20-28 lipca?;)))
jacdzi (2013-06-13,22:42): Prawdziwi Gorale!!!
Truskawa (2013-06-14,08:15): Ale trawę położyliście!!:) Fajny wpis Dario. Trzymam kciuki za to wasze L. :)
dario_7 (2013-06-14,08:44): Dzięki Tomku! Tak, zgadłeś - kolejny start już w Dolomitach :)
dario_7 (2013-06-14,08:45): Iwonko, no to już teraz wszystko jasne z tymi piorunami :)))
dario_7 (2013-06-14,08:51): Dzięki Maryś!!! Moje słowa??? Niemożliwe, przecież Słoneczko nie grzmi! To chyba musiał być jakiś duch tej Kunegundy z zamku ;)))
dario_7 (2013-06-14,08:53): Emi, polecam trasę jak najbardziej! Wymagająca i piękna widokowo. A jak będziecie już przy Labskiej boudzie, to nie omieszkajcie wejść czerwonym na Pancavsky vodopad (ok. 1 km) - szczena opada!!! Kto wie, może się tam zobaczymy! ;)))
dario_7 (2013-06-14,08:54): Jacku, to się dopiero okaże za niespełna dwa tygodnie ;))
dario_7 (2013-06-14,08:55): Dzięki Iza! Trawa była po cycki miejscami, to się kładło... ;))
Rufi (2013-06-14,10:26): NO nie mogę, Piersi Wam się w bidony zamieniły :-)
dario_7 (2013-06-14,11:52): Elu, piersi pozostały nam jak na razie bez zmian, ale kto wie, może po tych masażach bidonami coś tam drgnie! ;)))
Kedar Letre (2013-06-14,14:29): Gratuluję,gratuluję! Ale ześ Maryśke wypsedził, toś psegioł!
Kedar Letre (2013-06-14,14:34): No i daj znać koniecznie, jak się będziecie na Loverado zapisywać, cobyśmy nie przegapili
dario_7 (2013-06-14,14:47): Radziu, Maryna mi wybacyła, bo mnie kocho! :)))
dario_7 (2013-06-14,14:48): Zapisani już dawno jesteśmy, a start mamy 28. czerwca o 23:00 ;))
Marysieńka (2013-06-14,15:02): Maryna wybaczyła, bo nie zwykła brać na serio obiecanek facetów...ale w Lavaredo to ja zostawię :))
dario_7 (2013-06-14,15:29): Maryna!!! Ostawis mnie???!!! Samiuśkiego??? W tych straśnych wierchach???!!! Na łobcyźnie???... Samiuśkiego?... :"(
adamus (2013-06-14,15:45): Cieszę się, że to ja zmotywowałem Cię do tego biegu :))) I trochę przykro, że sam nie mogłem pobiec .......
dario_7 (2013-06-14,16:14): Ano szkoda Mirasku, bo było na prawdę czadowo! :))) No i dzięki za namówienie!!! :D







 Ostatnio zalogowani
kakaa73
22:45
kasjer
22:26
pogi
22:15
aschro
21:56
Andrea
21:08
karado
21:06
chris_cros
21:05
rlebioda
21:05
Namor 13
21:03
42.195m
20:55
Borrro
20:54
DaroG
20:48
tomiak 75
20:46
Henryk W.
20:45
rotka
20:41
ronan51
20:26
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |