2014-05-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 16 Bieg Europejski w Gdyni, czyli why, oh why? :) (czytano: 336 razy)

Bieg, który miał dać mi odpowiedź, czy idzie ku dobremu. Po zeszłotygodniowym zaskakującym rezultacie w Sztumie (43:42, choć teraz nie jestem pewien czy było tam pełne 10km, bo myślę, że zabrakło tam jakiś 100 metrów, więc rzeczywisty czas byłby lekko ponad 44 minuty) apetyt miałem duży, ale z drugiej strony obawiałem się też tego, czy czasem w Sztumie właśnie nie wyczerpałem większości swych sił. Co prawda pocieszałem się tym, że kilka lat temu potrafiłem biegać zawody tydzień w tydzień – a nawet dwa w jeden weekend + jeden w następnym – i każde kolejne z coraz lepszym wynikiem, ale… to było kilka lat temu :).
Planem minimum było zmieszczenie się w 44 minutach, zadowalającym: podobny rezultat jak w Sztumie, a już każda sekunda urwana z tego byłaby czymś bardzo miłym i potwierdzającym, że jednak wykonuję dobrą robotę. Końcowy oficjalny wynik (43:02) sugeruję, że powinienem więc być bardzo zadowolony, no i w sumie jestem, lecz z drugiej strony żal trochę tych 3 sekund, bo całkiem inaczej wygląda ‘42’ z przodu. Z drugiej jednak strony więcej już chyba nie mogłem zrobić. Pierwszą część biegłem idealnie, na starcie prawie nic nie straciłem, bo wyjątkowo nie musiałem przebijać się przez tłum biegaczy, a potem tylko trzymałem tempo w okolicach 44 minut, z zamiarem przyspieszenia w drugiej części. Połówkę zaliczyłem z czasem 21:31, czyli, wow, byłaby szansa na 43 minuty, a może nawet i mniej. Starałem się więc przyspieszyć i wydawało mi się, że to robię, bo nic mi nie przeszkadzało, górki nie były problemem, podbieg Świętojańską też zaliczyłem lepiej niż chciałem. Po 7 km zdałem sobie sprawę, że czuję się świetnie, ale tempo jednak mi lekko siadło. Szybko przeliczyłem sobie czy warto zaatakować 43 minuty, czy jednak spokojnie i bez spinania się dociągnąć na czas w okolicy 44 minut. Na około 8,5km ostanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i lecieć na konkretnego maksa, jak chyba nigdy w życiu. Po wbiegnięciu na bulwar to był bieg wręcz na 200%, a sama końcówka to nawet na 500% ;). Stąd wynik sam się musiał zrobić – okazało się, że drugą część pobiegłem idealnie w tym samym czasie co pierwszą (21:31), co jeszcze mi się nie zdarzyło – ale why, oh, why nie mógł być o te 3 sekundy szybszy? I mimo iż wykonałem plan z dużą nawiązką i wiedziałem, że dałem z siebie więcej niż mogłem, to potem oczywiście tradycyjnie już miałem do siebie żal, że jednak na Świętojańskiej nie pobiegłem troszkę szybciej, albo że końcówki nie pocisnąłem na 600% i nie leciałem na złamanie karku ;). Ale to chyba normalne u każdego biegacza. Następnym razem w Gdyni (a okazja nadarzy się na Biegu Świętojańskim) trzeba będzie po prostu śmignąć jeszcze lepiej, by takich dylematów już nie mieć. Oby jednak nie skończyło się czasem, powiedzmy, 42:01, bo znowu będę miał do siebie wielkie pretensje :).
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |