2013-11-28
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Moje 10 maratonów (czytano: 959 razy)

Kiedy to się zaczęło ?
Zawsze chciałem zmierzyć się z tym wyjątkowym dystansem. Od czasu poznania legendy „Maratonu”, od kiedy zobaczyłem finiszujących maratończyków na Igrzyskach w Seulu, gdy zarywałem noc kiedy Wanda Panfil odnosiła swoje tokijskie zwycięstwo.
Lecz marzenie pozostawało marzeniem dopóki w deszczowe przedpołudnie, w sierpniu 2010 nie pokonywałem śliskich, kamiennych stopni w drodze na Ornak, w Tatrach Zachodnich.
Właśnie skończyłem 34 lata i był najwyższy czas aby moje młodzieńcze ambicje stały się rzeczywistością. Do licha ! Skoro mogę cały dzień wędrować górskimi ścieżkami, w podłą pogodę, mogę również zmierzyć się z „królewskim dystansem” !
Moda na bieganie w Polsce wówczas rosła, daleko jej jednak było do dzisiejszego apogeum.
Za miesiąc był maraton w Warszawie, moim rodzinnym mieście. Postanowiłem wystartować i osiągnąć linię mety. Po kilku próbach na bieżni, z których najdłuższa miała 20 km, poczułem, że jestem „gotowy”. Nie byłem.
Nie byłem na miarę ambicji i oczekiwań. Ustawiłem się za pacemakerem z czasem 4:15 i do 23 km trzymałem się całkiem nieźle. Potem jednak na moście Świętokrzyskim zacząłem odstawać, a w tunelu poczułem się słabo. Przy skręcie w Gagarina zacząłem podchodzić. A potem tak co chwila, trochę chodu (o nie, to nie był chód sportowy, lecz chód ofiarny), trochę biegu, kiedy na trasie było więcej kibiców lub punkt odświeżania. Wstyd było zejść. I tak udało mi się jednak dotrzeć na linię mety siłą woli. Byłem przy Kościele Świętej Anny w czasie 4:35:53.
A potem...marzenie się spełniło i nie myślałem o dalszych startach. Był to powód to dumy i temat towarzyskich spotkań.
Szperając w internecie, w pochmurny, grudniowy wieczór natknąłem się na strony maratońskie. Czytałem o najlepszych wynikach ciemnoskórych biegaczy. Myślałem wówczas również o miejscu na wiosenną podróż po Europie, co robiłem już wcześniej. I wówczas, kiedy bezlistne drzewa bezskutecznie wypatrywały śnieżnej zamieci , narodził się pomysł, żeby wystartować w jednym z najszybszych i najsłynniejszych maratonów europejskich, rozgrywanych na wiosnę. W dodatku w miejscu, którego jeszcze nie miałem okazji odwiedzić. Rotterdam ! A jak Rotterdam to i Haga, Delft Vermeera i wody Morza Pólnocnego ! Taaak ! W tym momencie dusza nomada spotkała się ze sportową ambicją a pragnienie wiecznej przygody przybrało formę fizycznego wyzwania.
I oto w kwietniu następnego roku byłem już Holandii, żeglowałem wśród wiatraków, spacerowałem wśród tysięcy róż i orchidei ogrodów Keukenhof. A przede wszystkim stanąłem na starcie wielkiego, pomarańczowego biegu w Rotterdamie, w międzynarodowym towarzystwie. Na mecie zaś czekała, z uroczym balonikiem, Moja Izabela, która dwa lata później zostanie moją Żoną J Czas 4:17:38 był znacznie lepszy, ale wciąż było co poprawiać. Tym bardziej, że znów drugą część trasy w znacznej części przeszedłem, mimo treningów na bieżni podczas zimowych tygodni.
Jesienią były Ateny, powrót do kolebki cywilizacji i kolebki maratonu. 4:14:26, w marcu Limassol, gdzie łączyliśmy bikini na złocistej plaży ze śniegiem w górach Troodos. Tutaj udało mi się „złamać” 4h – 3:52:00. A potem, przy fachowej pomocy trenera i po pierwszych treningach na świeżym powietrzu, lipcowe Fussen, w Bawarii, bieg przez łąki w cieniu zamku Neuschweinstein i pszeniczne piwo przy Marienkirche w Monachium. Czas: 3:39:23.
W kolejnym listopadzie udaliśmy się do Stambułu, gdzie trasa prowadziła mostem z Azji do Europy a potem wśród zawodzenia muezinów na metę, pomiędzy Blue Mosque a Hagia Sophia. A nasza podróżnicza pasja wiodła w te dni wodami Bosforu aż do Morza Azowskiego, na wzgórze Galata, wśród rybaków na zabytkowym moście nad Złotym Rogiem i do licznych meczetów i pałaców zbudowanych na chwałę Allaha i kolejnych sułtanów.
Wynik ze Stambułu spełniał moje sportowe marzenie: 3:22:41.To było to na co czekałem od dawna.
Lecz przecież stać mnie na więcej ! Pierwsza zima, przebiegnięta pod gołym niebem i coraz więcej biegów krótszych w kraju, dających niemniejsze satysfakcje i w marcu byliśmy już przy Colosseum, skąd startował rzymski maraton. Wzdłuż Tybru, po brukowanych uliczkach „Wiecznego Miasta”, przez Piazza Navona, Piazza del Popolo, koło Placu Hiszpańskiego, mając na wyciągnięcie ręki Zamek Świętego Anioła, trasa maratonu wiodła wzdłuż Palatynu i,znowu, dookoła Colosseum aby zakończyć się na Via Fori Imperiali. Przez zimę udało się „urwać” z mojego rekordu pięć minut (3:17:24.), a do wspomnień dopisać m.in.: Katakumby, Watykan. Villa Borghese, Cinecitta, ogrody Tivoli i zachód słońca w Ostii...
Rok 2013 to czas intensywny. W maju podziwialiśmy piękno ryskiej starówki i jej secesyjne korelacje, prażyliśmy się na rozległej plaży w Jurmali i wśród ziemiańskich chat łotewskiego skansenu. Wysoka temperatura sprawiła, że po 22 km omal się nie wycofałem, a potem, mimo licznych kryzysów, dotarłem na metę w czasie 3:33:53.
Profesjonalnie „rozpisane” i „wykonane” lato doprowadziło nas do uroczego Tallina, gdzie wzdłuż wód Zatoki Tallińskiej i dookoła Dolnego i Górnego Miasta, pamiętającego Związek Hanzeatycki, osiągnąłem metę w czasie 3:09:36 z entuzjazmem wznosząc ręce do góry.
Jak piękny jest świat ! Jak wspaniałe jest bieganie po nim !
Wreszcie w kolejnym listopadzie, w ramach podróży poślubnej, znaleźliśmy się na dwa tygodnie w pięknej Portugalii i hiszpańskiej Galicji, gdzie dotknęliśmy „końca świata” (Cabo Fisterra), wsłuchaliśmy w dźwięki fado w Coimbrze, obserwowaliśmy pielgrzymów w Santiago i turystów w kanałach Aveiro, ale przede wszystkim wspinaliśmy się i schodziliśmy po stromych uliczkach Porto udając się do portowej Ribeiry, na most Dom Luis i na kieliszek porto do Vina Nova de Gaia.
A przy okazji osiągnąłem metę DZIESIĄTEGO MARATONU !!! Na pagórkach Porto, wzdłuż Douro i Oceanu Atlantyckiego osiągnąłem czas 3:12:47 i chociaż nie było rekordu była radość i satysfakcja.
Dziesięć maratonów w dziesięciu miastach, dziesięciu krajach.
To były piękne podróże, wspaniałe doświadczenia biegowe w kosmopolitycznym świecie.
Oby trwało to jak najdłużej !
Przyszły rok zaczynamy od Mediolanu i, mam nadzieję, nowego rekordu, zbliżającego mnie do magicznej granicy trzech godzin.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu (2013-11-28,10:02): Oby trwało jak najdłużej. Gratuluję osiągnięcia. Poza tym ładny tekst, podobnie jak poprzednie, które przeczytałem przy tej okazji ;) andbo (2013-11-28,12:19): no to początek mieliśmy taki sam, z tym że ja wtedy skończyłem 50-tkę! Też była pewność siebie,euforia bo przecież 20 km i to kilka razy i w całkiem dobrej kondycji! I co? ... 2011 Maraton warszawski i...4:43:54!! Klops, kicha i ogólny majonez. Oj przydało się trochę pokory! Dzisiaj jest 4:05:11 i plan na 2014r. żeby 3 była z przodu. Świetny tekst - dla mnie bardzo motywujący, że jeszcze wszystko przede mną! Dzięki. Marco7776 (2013-11-30,11:37): Dziękuję :)
Jak skończę 50-tkę chciałbym wciąż biegać maratony w okolicach 4h. Trójka na pewno będzie wkrótce z przodu. Pozdrawiam i Trzymam kciuki !
|