2007-11-11
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| XIX Bieg Niepodległości (czytano: 520 razy)

Poległam.
Do godz. 12.00 wyszystko odbywało się dobrze, zgodnie z planem. Ostatnie treningi robiłam właściwie wg planu. Żadnej solanki, ani innego wylegiwania się w wodzie nie robiłam. Dietę węglowodanową w sobotę i niedzielę rano miałam. Nawadniałam się odpowiednio. Pogoda była prawie idealna. Podczas biegu nic mi nie przeszkadzało, nie bolało (poza tą kolką, ale o tym później). Byłam skoncentrowana na osiągnięciu założonego celu. Rozgrzewkę zrobiłam. Nie wystudziłam się na starcie, bo byłam w worku foliowym. Buty mnie nie odcierały. Sznurowadła się nie rozwiązały. W tłumie stałam za chłopakami w mundurach pomiędzy pacemakerami na 45 a 50 minut, wydawało mi się, że pobiegną dobrym tempem, ale się zawiodłam. Zająca na 45' to już na starcie nie mogłam dojrzeć, mundurowi biegli za wolno i na dodatek byli zbici w gromadkę, więc minęłam ich bokiem. Wiedziałam, że cały Nowy Świat jest pięknie udekorowany flagami, wiedziałam, że są kibice, fotografowie, ale nic z tego nie zauważałam. Byłam skoncentrowana na tych kilku metrach przed sobą, kogo jak omijać, do kogo się przyczepić. Pierwszy kilometr to oczywiście dramat - gęsto, ciasno, słupki, na środku drogi. Dopiero na pl. Trzech Krzyży zorientowałam się, że nie włączyłam stopera. Bez nadmiernego entuzjazmu, aby nie tracić sił, witałam się ze znajomymi - samo cześć!, hej! na wydechu albo uniesienie dłoni. Nie wiedziałam jak szybko biegnę, nie widziałam po drodze żadnych oznaczeń. Trudno mi ocenić tempo, bo ostatnio jakoś się w tym rozsynchronizowałam. Bieg przez miasto w niesamowitej ciszy. Zwykle słychać tu gwar miasta, hałas ulicy. Owiała mnie dziwna głucha cisza i tylko rytmiczny stukot butów o asfalt. Przymrużyłam oczy. Widzę ułanów na koniach na wyludnionych ulicach. Czasami słyszę jakieś okrzyki. Po chwili czuję zapach walki, prochu. Nie, to tylko palone suche, jesienne liście. Zauważyłam półmetek, ale na moim zegarku włączonym tak późno było już 24'05", więc wiedziałam, że zawaliłam sprawę. Pewnie wtedy trochę chciałam nadrobić, zresztą uważałam, że po połówce już się przestaję tak oszczędzać i wtedy (30') złapał mnie ból po prawej stronie brzucha. To pocisk? Jestem ranna? Nacisnęłam się tam mocno, co spowodowało jeszcze większy ból, ale postanowiłam jakoś wytrzymać, po chwili puściłam i powoli się wszystko rozeszło. Może trochę przy tym zwolniłam, ale nie jakoś znacząco, bo nawet wyprzedziłam 1 czy 2 osoby. Niestety po 5 minutach ból się powtrórzył, ale znacznie mocniejszy. Nie dało rady nic naciskać. Próbowałam się wentylować. Nic. parę kroków zrobiłam marszem. Łzy w oczach mi stanęły i ja w końcu też stanęłam, spuściłam luźno ręce. Obok mnie przewalał się tłum i ciągle ktoś mi coś doradzał. W takiej zgiętej pozycji po paru spokojnych rozluźniających oddechach udało mi się zwyciężyć ból. Rzuciłam się w pogoń za tymi, którzy mnie wyprzedzili, za tymi, którzy mi uciekli. Właściwie chyba ich dogoniłam, zresztą zaraz był już skręt na Wilanów, wiedziałam że to ostatni kilometr, dawałam strasznie mocno, po chwili musiałam trochę odpuścić, bo zaczynało mnie mroczyć, ale po chwili znów atak, bo ja wiedziałam, że meta już jest blisko. Wiedziałam, że teraz czas na maksimum i choć oddychałam już jak parowóz, słyszałam na zakręcie doping moich dzieci, to nie miałam sił spojrzeć - grzałam tylko do mety, ścigałam się do ostatnich metrów. Za metą ktoś kazał iść dalej, ale ja musiałam kucnąć, aby dojść do siebie. Czułam, ze jestem blada, słaba, świat wokół mnie wirował. Potem ta koszmarna kolejka po medale. Tam spotkałam koleżankę z dawnej pracy, opowiedziała mi pokrótce co tam u nich. Po kilku minutach czułam, że zmarznę, więc olałam medal i poszłam do autobusu się przebrać i napić. Tam posiedziałam dość długo. Właściwie miałam ochotę się gdzieś schować przed ludźmi. Każdy pytał jak poszło?, każdemu odpowiadałam: kiepsko. Nie chciałam nawet wiedzieć jak inni sobie z tą trasą poradzili. Ja wiedziałam tylko, że na moim zegraku włączonym prawie minutę po starcie jest 48:44 i nawet gdyby to był mój czas netto, to byłoby nieciekawie, a przecież musiałam do tego jeszcze coś dodać. W domu się rozkleiłam, ale na krótko, bo Maurycy zauważył i pytał, dlaczego płaczę. Jejku, przecież to takie głupstwo! Ale zmęczenie mnie dopadło totalne.
Nazajutrz sprawdziłam w wynikach: 49:26. Przecież to poniżej mojego minimum przyzwoitości! Masaże, basen, nawet czekolada z orzechami odjechały w siną dal. Nie należą mi się. Jeszcze nie.
fot. Jerzy Walczewski (www.maratonypolskie.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |