2007-11-09
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Eksperyment - trening dwudziesty piąty - ostatni! (czytano: 303 razy)

"pt - lekkie pół godziny, po 6:00. na koniec parę przebieżek w tempie 4:20-4:30."
Na dworze plucha. Wyciągam gdzieś z dna szafy kartonowe pudełko z moimi cięższymi, ale za to bardziej szczelnymi butami trailowymi. Nie miałam ich na sobie od Rzeźnika. Piękne są. Wyprane. Czyściutkie. Aż żal ubrabrać je znów w tym błocku. Jeszcze ostatni raz spoglądam na nie, na ich oryginalną szarość, ostatni ruch dłonią, jakby je chciała pogłaskać. Wdziewam. Lecę z dziećmi na basen. Po drodze buty przypominają mi, że mają łatwo rozwiązywalne sznurowadła, więc muszę je tak jak przed zawodami - na węzeł. W szatni pomagam dzieciom przy przebieraniu, sama też po chwili się rozbieram. Idę pobiegać. Spod PKiN do Ogrodu Saskiego. Po drodze mijam budkę ze słodyczami - owiewa mnie pyszny zapach karmelu, zaraz potem spaliny na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej z Marszałkowską, potem zapach mięsa, tłuszczu i przypraw z bud tureckich i azjatyckich, znów spaliny na skrzyżowaniu z Królewską, ale jest już park. Wokół mnie ciemności. Są latarnie, ale niewiele dają. Włączam czołówkę. Biegnę w stronę Grobu Nieznanego Żołnierza. Tam jakieś mocne światła, droga zastawiona barierkami, mnóstwo policjantów. Wracam, zaatakuję plac od innej strony, zobaczę co się dzieje. Obiegam jeziorko, staram się przebić od strony Teatru Wielkiego, ale tam też tłoczno, pozastawiane, bo odbywają się jakieś Uroczystości. Rezygnuję. Chcę biegać równym tempem, więc powłóczę się po tym ciemnym, wilgotnym, mlaskającym Ogrodzie. Robię trzy kółka i mam już ochotę opuścić to miejsce, bo wydaje mi się, jakbym biegała w celi. Wszędzie dookoła widać światła aut stojących w korkach, światła biurowców. Biegnę z powrotem do Pałacu, tam jaśniej i jakoś lepiej odczuwam przestrzeń. Patrzę na zegar i okazuje się, że biegam dopiero 20 minut. Błagalnie spoglądam na wskazówki wielkiego zegara na czubku Pałacu, aby posuwały się szybciej i czuję bezsens ten sytuacji - przecież zwykle na zawodach, gdy patrzę na cyfrowe zegary, to chcę je spowolnić, a nawet zatrzymać. Znów symfonia miejskich zapachów. Jestem już pod Pałacem. Włóczę się jeszcze chwilę. Rozwiązał się but. OK, to już chyba czas na przebieżki. Robię 9 - tak mniej więcej 30"/30" chyba w dobrym tempie. Nie mam niczego mierzącego na sobie. Ani pulsometru, ani GPS'a, ani nawet zegarka. Według tego z wielkim cyferblatem na szczycie PKiN biegałam 35 minut.
Dzieci wychodzą z basenu, jemy batoniki, ale one jeszcze głodne, pytają czy mam kanapki. Nie mam. To chodźmy na kebab - tu blisko jest bardzo dobry, mam swoje ulubione, sprawdzone miejsce. Kupiję dzieciom, ale po chwili pod wpływem widoku ich błogo rozsmakowanych min kupuję także dla siebie (choć miałam jeść tylko węglowodany). Siedzimy razem, cieszymy się swoją obecnością. Jak to dobrze jest z rodziną!
Teraz czas na przedstartowe resume:
Moja życiówka na BN - 47'30" (rok temu).
Ostatni wynik na SMŚ - 47'58" (2 tygodnie temu).
Oczekiwania:
Minimum przyzwoitości - złamać 49'.
Przyzwoitość - złamać 48'.
Zaspokojenie oczekiwań - poprawić ostatni wynik, czyli 47'30-47'57". Nagroda: czekolada z orzechami (już na mnie czeka, lubię sobie wizualizować).
Radość - poprawić życiówkę 47'00-47'29"'. Nagroda: j.w. + basen + sauna.
Euforia - złamać 47'. Nagroda: j.w. + wizyta u masażysty.
Niemożliwe lub prawie niemożliwe - złamać 46'. Nagroda: j.w. + abonament u masażysty.
I to by było na tyle. Teraz oddaję się we władanie węglowodanom, lekkim pracom domowym oraz uporczywemu nawadnianiu.
Trzymaj się!
Basia
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |