2007-10-17
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Eksperyment - dwunasty trening: babeczka (czytano: 296 razy)

"środa - ciężko. 4 podbiegi słonika (najpierw) plus 4 kilometrówki po 4:40-4:50 z kilometrowymi przerwami w truchcie (nie skracaj ich do pół km) plus siła biegowa na koniec."
Dzisiejszy mocny trening - aż się boję napisać...
"dawaj
na liście wyczekiwanych przeze mnie maili ten zajmuje bardzo wysoką pozycję"
Napiszę to, bo i tak się dowiesz.
Może zacznę od początku. Tak tytułem rozluźnienia atmosfery. Budzę się przed godz. 6 samoistnie. Jest ciemno, trochę poleguję, trochę kręcę się po domu. Wychodzę na trening o godz. 7. Truchtam do 6-go km i w dół w 19'58". W międzyczasie padła mi bateria w GPSie, ale stwierdzam, że mi nie jest potrzebna, bo wiem jakie odległości mam biegać. Podbiegi:
1'53"/3'57"
1'53"/3'21"
1'55"/3'28"
1'53" (a właściwie 1'52.53)
i tu wracam się kawałek po bluzę, którą zrzuciłam z siebie na początku, a potem z 6-go kilometra łącznie z czynnościami fizjologicznymi dobiegam do 7-go w czasie 9'37". Plan mam taki, żeby biec do 8-go, potem przetruchtać do 9-tego i stamtąd ruszyć do mety, potem pobiec z pół
kilometra i wrócić na metę, ruszyć kilometrówkę do 9-tego, potem truchtem do 8-go i mocno do 7-go.
Zaczynam. Lecę, lecę, lecę, nagle czuję, że miękną mi nogi, patrzę na zegarek jest 2:00 (organizm przyzywyczaił się do tych 400metrowych podbiegów i nie chce dać się oszukać), chyba trochę zwalniam tempo, ale jednocześnie dopadają mnie czarne myśli, że zaczęłam za szybko i nie dam rady. Co będzie jak się nie zmieszczę w tych 4'50? Przerwać trening czy kontynuować? Trener nie napisał, co robić w takim przypadku. Skupiam się jednak na tym, żeby jakoś dociągnąć do końca tego odcinka, a potem się zobaczy. Lecę, lecę,
wypatruję ósemki. W końcu jest. Bach! Zatrzymję zegarek: 4'31" Ooops!!! W pierwszej chwili poza zdziwieniem radość, że tak mi się fajnie udało, ale już po chwili dramat: skoro tak się wyprułam na pierwszej, to nie dam rady następnych, a przede wszystkim - co na to trener? Nie realizuję założeń. Kurczę. Dobra, truchtam sobie dalej. Dochodzę do siebie w czasie 8'08". Na dziewiątce ruszam, ale wolniej zaczynam, bo wiem, że mam się zmieścić w 4'40-4'50.
Na zakręcie znów czuję miękkie nogi, patrzę na zegarek: 2:04. Dobra, teraz tylko byle dobiec do mety, nie muszę tak forsować tempa, budki jeszcze nie widać, kawał drogi, jak znajdę siłę, to przyspieszę na końcówce. Droga się dłuży strasznie - to nie to co ten podbieg. W końcu jednak jest. Czas 4'29". Nie noooooo.... Przepraszam! Nie chciałam. To
chyba magia mety. Umieram. Po chwili dochodzę do siebie, truchtam, zawracam, 6'56", znów zaczynam. Znów się dłuży. Do 9-tki czas 4'33". Trucht 8'02". Lecę ostatnią kilometrówkę, tę chcę jak najszybciej, po drodze mijam zeta, macham mu i odkrzykuję, że robię kilometrówki, celem
usprawiedliwienia się, że nie zatrzymam się na pogaduchy, on bije brawo, a ja na swojej 7-mce jestem po 4'35" - czyli niby najgorzej, ale jednak nie tak bardzo się to różni od poprzednich, więc tylko szukam jakiej dobrej strony tego, że biegłam tak szybko, za szybko w stosunku do założeń, ale nie znajduję.
Truchtam trochę w drodze do domu i robię jakieś minimalne skipy i wieloskoki, ale czuję się jak rozjechana czołgiem i do zrobienia tych dziwnych podskoków właściwie zachęcił mnie widok sąsiadki na spacerze z pieskiem - po prostu chciałam jej pokazać, że nikoniecznie powłóczę nogami. Ale to było naprawdę jakieś minimalne siłowanie. Ale ona zauważyła i skomentowała z podziwem. Na podwórku jeszcze chwilę rozciągania, które dokończyłam w domu ze szklanką napoju izotonicznego.
A w domu niespodzianka. Raczej niemiła. Pisałam Ci już wcześniej, że szybko się wychładzam i dlatego zawsze marzę o ciepłym prysznicu. Dziś nie było w kranach ciepłej wody. Brrrr!
To tyle.
Czekam na najwyższy wymiar kary.
Pozdrawiam, Basia
"MEL!
ale nam babeczka ładnie wyrosła!!!
(to nawiązanie do metafory skarżyńskiego, jak to mu po mocnym treningu forma biegowa rosła jak babka drożdżowa)
jestem coraz bardziej z ciebie dumny
zaskoczyłaś mnie tym tempem. (...) naprawdę się cieszę."
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |