2011-10-05
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| This is it! (czytano: 772 razy)

25 września – dzień mojego debiutu maratońskiego. Półtora roku po tym, kiedy po raz pierwszy odważyłem się pomyśleć o maratonie. Wtedy dystans 42 km był zaczarowany, absolutnie niedostępny. Jednak z każdym treningiem, z każdym zrzuconym kilogramem, z każdym przebiegniętym kilometrem, z każdym przeczytanym artykułem na temat biegania - maraton wydawał się coraz bardziej realny, aż w końcu w ostatnią niedzielę września czar prysł całkowicie.
Maraton przebiegłem bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu. Ani w czasie biegu, ani po biegu nie doskwierała mi żadna kontuzja. Nic sobie nie obtarłem, nie miałem odcisków i absolutnie nic mnie nie bolało. W czasie całego biegu ani razu nie miałem pokusy aby przejść do marszu, czy zatrzymać się. Przez znaczną część dystansu trzymałem równe tempo, a wyścig skończyłem 17 s przed zaplanowanym czasem. Oczywiście czułem te wszystkie kilometry w nogach, po przekroczeniu 40 km chciałem poderwać się do szybszego biegu, ale nie mogłem. Przyspieszyłem dopiero na ostatnich kilkuset metrach, ale wtedy dostałem czytelny sygnał od obu łydek, że jeżeli przyspieszę jeszcze bardziej to skończy się to skurczami. Za linią mety czułem, że dałem z siebie tyle ile mogłem dać. Uzupełniłem płyny (1,5 l), dałem się porządnie wymasować, zjadłem pomidorówkę i poczułem się szczęśliwy.
Po maratonie rozmawiałem z kilkoma znajomymi, którzy debiutowali na tym dystansie. Czytałem wpisy debiutantów na forach. Wniosek jest prosty – im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w boju. Maratonu nie można oszukać, trzeba traktować go po partnersku, wtedy można się z nim zaprzyjaźnić. Kto próbuje zrobić Maraton w bambuko – przegrywa, kto odnosi się do niego z szacunkiem – wygrywa. Nie ma drogi na skróty.
Zaczęło się śmiesznie, bo po minięciu linii startu nie włączyłem stopera. Chciałem, ale widocznie za lekko nadusiłem przycisk „Start”. Przekonałem się o tym po minięciu pierwszego km. Pięknie. Stoper uruchomiłem dopiero od drugiego km i do końca biegu czułem z tego powodu lekki dyskomfort. Od czasu do czasu przełączałem się na zegarek, żeby zobaczyć jaki mam czas „zegarowe brutto”.
Jak było na trasie? Pierwsze 10 km minęło błyskawicznie. To było jak jazda samochodem po pustej autostradzie. Aż dziwiłem się, że tak łatwo „łykam” kolejne kaemy. Do 30 km bez większych problemów trzymałem w miarę równe tempo (jak na moje możliwości). Plan zakładał trzymać się 4:59 tymczasem robiłem 4:47 – 4:52. Czułem, że jestem dobrze przygotowany, czułem, że mam rezerwę. „Jeszcze ze dwa kilometry i przyspieszę” – myślałem wtedy. Nie przyspieszyłem. Wręcz przeciwnie – poczułem jak opuszczają mnie siły. Do gry weszli nowi gracze – słońce i wysoka temperatura. Na rozgrzanej Przyczółkowskiej czułem się jak na skwarka na patelni. Żadnego cienia. I tak jak do tej pory kilometry miały po 500 m to od tego momentu miały już po 1500 m.. Było ciężko. Tempo spadło do 5:17. Na dodatek nie do końca orientowałem się jaki mam dokładnie czas ani w jakim tempie biegnę (Garmin zawsze trochę przekłamuje). Na dwóch ostatnich kilometrach wiedziałem tylko tyle, że mam dać z siebie wszystko – absolutnie wszystko. Na mecie zameldowałem się z czasem 3:29:43 netto. Plan został wykonany na 101%.
Przyznam, że miałem łzy w oczach. Zmęczenie mieszało się ze wzruszeniem. „Chcesz biegać – przebiegnij milę, chcesz zmienić życie – przebiegnij maraton” powiedział Emil Zatopek. Moje życie zmieniło się. Jestem maratończykiem. Otwieram też nowy rozdział w obszarze zawodowym. Nowa firma, nowe wyzwania, nowe problemy. Nie wiem, jak to się przełoży na treningi… Zobaczymy. Moja droga do Maratonu skończyła się na mecie 33. Maratonu Warszawskiego. Koniec drogi - koniec wpisów. Wszystkim, którzy czytali – dziękuję. Ciągu dalszego na razie nie planuję.
PS1. Otrzymać medal maratoński to jak dostać Oscara – nie może zatem zabraknąć podziękowań:
Dla mojej Agi – za zrozumienie, wsparcie i za to, że sama próbuje biegać;
Dla Krzyśka – za wprowadzenie w świat biegania;
Dla Tatulka – za profesjonalny support na trasie maratonu;
Dla Mamy, Babci, Gosi i jej chłopaków za doping;
Dla Agaty – za zainteresowanie tym co robię.
PS2. Nieśmiało zdefiniowałem sobie kolejny cel: Korona… 2012-2013 (z ostatnim maratonem poniżej 3:00).
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu snipster (2011-10-06,10:35): Gratulację! :) zdobywać to co się planowało i to o czym się marzyło... jest bezcenne :) witaj w klubie Maratończyków hihi :) FiKa (2011-10-06,11:23): Szacun - za miesiące ciężkiej pracy, wytwałość mimo kontuzji, za realizację bardzo ambitnego planu w pięknym stylu! Przy okazji - serdeczne dzięki za pomoc i mobilizację. Zawdzięczam Ci trzy "milowe kamienie":
1. rozmowa w drodze do Kielc (09-2010!) nt. podjęcia się kolejnego maratonu i późniejsze utwierdzanie, że MOŻNA
2. zachęta do wznowienia treningów po problemach z kolanem (07-2011)
3. wsparcie w obraniu strategii - start z grupą na 3:45,
bez nich nie osiągnąłbym swojego celu! Shodan (2011-10-06,23:48): Snipi – dzięki :) Gratulacje od kogoś, kto na debiucie we wrocku nabiegał 3:26 – bezcenne :)) Shodan (2011-10-06,23:55): Krzychu – miło, że też mam swój malutki udział w Twoim sukcesie :) A teraz chodzi mi pogłowie, żeby Cię na Rzeźnika wyciągnąć… Ja-Żółwik (2011-10-07,21:57): Jestem z Ciebie dumna.... Ja-Żółwik (2011-10-07,22:17): I podziwiam za wytrwałość.
|