2010-10-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 10 000 (czytano: 184 razy)

Udział w imprezie „Biegnij Warszawo” nastroił mnie do przemyśleń – „o co chodzi w masowym bieganiu po ulicach miasta?”. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to potężne spięcie organizatora na zebranie 10 000 uczestników, tak że stało się to celem samym w sobie. Do ostatniej chwili organizator twierdził, że osiągnie tę liczbę i nawet sam pobiegł z numerem 10 000 na koszulce. Uległy również media. W różnych doniesieniach po biegu można było przeczytać, że „przez Warszawę przebiegło 10 tys. biegaczy”. Tymczasem już po zakończeniu imprezy organizator przyznawał, że uczestników było o 1000 mniej. Mało tego, na mecie zameldowało się 7 tys. uczestników. Brakujące 2 tys. albo w ogóle nie stawiło się na starcie, albo biegu nie ukończyło. Podsumowując – w „Biegnij Warszawo” od startu do mety udział wzięło nie 10 ale 7 tys. biegaczy. Co ciekawe, na stronie internetowej biegu nie ma listy rankingowej z czasami, jest tylko wyszukiwarka, poprzez którą można sprawdzić wyniki dla indywidualnych numerów startowych (więc jak ktoś nie podrąży, to nie dowie się ile osób ukończyło wyścig).
Jednocześnie z biegiem odbywała się równoległa, towarzysząca impreza – „Maszeruję – kibicuję” – organizator podał, że wzięło w niej udział blisko 5 tys. osób. Przy czym w tym przypadku ‘blisko’ może oznaczać, że było ich np. 3,5 tys. albo mniej. Jak było rzeczywiście – nieważne.
W czasach studenckich intensywnie trenowałem karate. Treningi miałem praktycznie codziennie. Od czasu do czasu brałem udział w zawodach. Każdy występ zawsze poprzedzony był wielomiesięcznymi przygotowaniami. Zawody były swego rodzaju świętem, zwieńczeniem okresu przygotowań, weryfikacją, czy „praca domowa’ została dobrze odrobiona. Uwielbiałem atmosferę zawodów: adrenalina, napięcie. Dzięki bieganiu i udziałowi w imprezach biegowych mam szansę na przeżywanie podobnych emocji. Przy takim nastawieniu trudno mi zrozumieć podejście niektórych osób, które porywają się na dystans 10 km bez żadnego przygotowania. Często już nawet po kilkuset metrach kończą swój udział w biegu, a w najlepszym przypadku przechodzą do marszu. Jestem jak najbardziej zwolennikiem dużych, masowych imprez – ale niech to będzie bieg, niech to będzie przynajmniej namiastka wydarzenia sportowego, nie chcę aby takie imprezy były dostępne dla każdego, komu tylko wydaje się, że może pobiec (proszę wcześniej popróbować, potrenować - są parki, lasy, chodniki - a jak owoc dojrzeje wtedy lepiej smakuje).
Po „Biegnij Warszawo” na różnych forach internetowych nie związanych z bieganiem często pojawiały się wpisy w stylu „kto pozwolił na sparaliżowanie miasta”; „chcą biegać - to niech biegają po parkach, dlaczego blokują ulice”; „przez ten cały bieg spóźniłem się…” itp. Jak dla mnie ruch samochodowy w mieście mógłby być całkowicie zakazany, ale jeżeli już samochody jeżdżą to i ci zmotoryzowani i ci okazjonalnie niezmotoryzowani powinni się rozumieć i wzajemnie tolerować. Uważam, że nie ma w tym nic złego, że od czasu do czasu można pobiec sobie głównymi ulicami miasta - ale w poczuciu, że na tych ulicach dzieje się wysiłek sportowy, który poniekąd usprawiedliwia blokowanie ulic, a nie spacer (czasami z telefonem przy uchu). Spacerujmy w parkach!
Za rok Warszawa pobiegnie już beze mnie.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |