2010-10-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Biegnij Warszawo czyli podwójny węzeł (czytano: 218 razy)

Mam mieszane uczucia co do tej imprezy. Odnoszę wrażenie, że podstawowy cel organizatora to zebranie 10 tys. uczestników (Nawet sam organizator zarezerwował dla siebie numer startowy 10 000). A jeżeli zgłosiłoby się 8 albo 7 tys. ludzi – to co? To już gorsza impreza?… - przeciwnie – nawet lepsza. To po co ta ‘napinka’ na 10 000? Pewnie tylko dlatego, że to taka OKRĄGŁA liczba i ładnie się w mediach prezentuje. Chociaż w Misiu Barei to 31 rocznica powstania przedsiębiorstwa była OKRĄGŁĄ rocznicą i też było dobrze. Zastanawiam się też, czy trasa ‘udźwignie’ tylu biegaczy. Mieszane uczucia mam, ale postanawiam wystartować. Chciałbym udowodnić sobie, że 46:43 z Krynicy mogę powtórzyć na innej trasie (nie koniecznie cały czas z górki. ;-)
Pakiet startowy odbieram w Galerii Złote Tarasy. W Pakiecie dostaję m.in. fajną zielona koszula Nike Dri-Fit i z niecierpliwością oczekuję na niedzielę 3 października. Do biegu zgłosiło się też kilkoro znajomych z pracy, ekipa z treningów Biegam Bo Lubię, na które uczęszczam regularnie i oczywiście moja Aga więc będzie z kim wyniki porównywać. ;-)
Docieramy na miejsce startu – na ul. Czerniakowskiej. Naszym oczom objawia się wielotysięczny zielony tłum. Idziemy chodnikiem od czoła peletonu, końca nie widać, więc przeskakujemy przez barierki i wbijamy się mniej więcej w środek stawki. Stajemy się częścią zielonej masy. :-) Końcowe odliczanie i START! – to znaczy jeszcze nie biegniemy ale już stoimy na czas. Powoli stanie przechodzi w marsz a marsz w trucht i po dwóch minutach przetruchtujemy przez linię startu. Chciałoby się pobiec – ale nie można… więc truchtam… Co sprytniejsi zasuwają po chodniku, ja wskakuję na krawężnik – oczywiście nie jestem na nim sam ale przynajmniej można trochę przyspieszyć – i tak przez chwilę biegniemy sobie ‘gęsiego’ po tym krawężniku. Po niecałym 1,5 km dobiegamy do pierwszego skrzyżowania z Gagarina. Tutaj widzę już wielu uczestników, którzy postanawiają przejść do marszu, zatrzymać się, czy nawet zadzwonić - „Cześć mamo, biorę udział w wyścigu, jakby było coś w TV, to ja jestem w zielonej koszulce…”.
Zbiegam na chodnik, jest trochę luzu, wyprzedzam chyba z tysiąc osób, Za chwilę podbieg Belwederską, 2,5 km, powinno się trochę przerzedzić. Z dołu Belwederskiej obserwuję co jest przede mną – jak okiem sięgnął zielony tłum, po horyzont. Teraz już wiem, że tutaj nie chodzi o wyścig, o czas, nawet nie chodzi o bieg. To taki happening sportowo-artystyczny. Z jednej strony odpuszczam sobie walkę życiówkę, ale jednak z drugiej strony każdą okazję i każdą przestrzeń wykorzystuję, żeby trochę przyspieszyć.
Na półmetku mam 24:40. Nic już z tego nie będzie. Czuję jednak, że zaoszczędzona energia z pierwszej połowy dopomina się spożytkowania. Okazja nadarza się kilkaset metrów dalej, przy ‘wodopoju’. Nagle wszyscy robią zjazd do pit-stopu po wodę i widzę przed sobą większy fragment pustej ulicy, wrzucam wyższy bieg. Teraz staram się już przewidywać ruchy innych zawodników na trasie i nie daję się zablokować. Czuję, że się rozpędziłem i czuję, że mam power! Z każdym kilometrem przyspieszam (z wyjątkiem Nowego Światu – bo akurat odbywał się tam jakiś kiermasz i zrobiło się wąskie gardło).
Zbliża się 8 kilometr. Cały czas przyspieszam. Czuję się dobrze i czuję, że… mam luz w bucie… Patrzę w dół i widzę jak rozwiązana sznurówka radośnie majta się na wszystkie strony. Klnę pod nosem; analizuję co mam robić: może dobiegnę, jeszcze tylko 2 km; jednak nie – jeżeli ktoś mnie przydepcze to jeszcze ‘orła wywinę’. Zjeżdżam do boksu, wiążę sznurówkę, włączam się ponownie do ruchu, jestem trochę wytrącony z rytmu, ale walczę dalej.
Na końcówce daję z siebie wszystko. Meta, medal, spojrzenie na stoper – 47:22. Tzn. drugą połowę zrobiłem w 22:42. Nawet się nie spodziewałem. W oczekiwaniu na Agę przeklinam jeszcze sznurówkę, kalkuluję sobie, że gdyby się nie rozwiązała to może złamałbym 47 min. Ale i tak z wyniku jestem zadowolony. Statystycznie wyprzedziłem ok. 90% innych ‘zawodników’. ;-) Mam też przekonanie graniczące z pewnością, że to 46:43 z Krynicy jest spokojnie do pokonania.
Czego się nauczyłem na tym biegu? – wiązać sznurówki! Żadne wyrafinowane węzły marynarskie – po prostu – kokardki zawiązuję w jeszcze jeden węzeł. Działa!
A co do pozostałych przemyśleń okołobiegowych – niech to będzie oddzielny wpis…
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |