2010-07-24
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Debiut (czytano: 556 razy)

Krzysiek - kolega z pracy, doświadczony biegacz, rzucił hasło: „24 lipca będzie bieg Powstania Warszawskiego. Może wystartujesz?”. Sprawdzam szczegóły: można wybrać dystans – albo 5 albo 10 km (2 pętle). Fajnie się składa, bo razem ze mną sztuki biegania uczy się też moja dziewczyna – Agnieszka. Decydujemy z Agą, że wystartujemy – ona na piątce, a ja zmierzę się z dychą. Oj będzie się działo. :-)
Jest lekki stres, bo nie czuję się jeszcze obiegany w plenerze. Buty też kupiłem dopiero co przed imprezą. W dodatku na trasie jest podbieg ulicą Sanguszki. Żeby zapoznać się z trasą, kilka dni przed startem wybieramy się z Agą na spacer – robimy 5 km - dokładnie trasą, po której będziemy biegli.
W charakterze kibiców i jednocześnie świadków wielkiego wydarzenia jakim jest mój debiut w imprezie biegowej angażuję mamę i babcię. Na Konwiktorską docieramy ok. 20:00. Start zaplanowany jest na 20:45. Czas przywdziać żółtą, okolicznościową koszulkę.
Przed startem spotykamy się z Krzyśkiem – rozmawiamy, rozgrzewamy się. Wreszcie wystrzał startera i ruszamy. Pierwsze moje wrażenie jest takie, że wszyscy biegną strasznie szybko. Czuję, że mam siły –„może powinienem przyspieszyć” – zastanawiam się. Przypominam sobie jednak rady doświadczonych kolegów, aby nie ‘podpalać’ się na początku i biec swoje. Jakby na potwierdzenie tych rad, widzę młodego chłopaka, w żółtej koszulce, który stoi z boku trasy, ciężko oddycha i trzyma się za serce. No tak - to ten sam chłopak, który chwilę wcześniej wyprzedził mnie wielkimi susami. Po kilkuset metrach podobny obrazek, potem kolejny…
Wokół trasy biegu odbywają się inscenizacje wydarzeń związanych z Powstaniem Warszawskim. Ma to swój niepowtarzalny urok. Sympatyczne są też reakcje obserwatorów – ludzie machają, klaszczą, dzieciaki przybijają piątki. Na Krakowskim Przedmieściu biesiadnicy wychodzą z knajp, żeby zobaczyć co to za żółta fala przelewa się przez Starówkę.
Przebiegamy ulicą Wybrzeże Gdańskie. Podbieg na Sanguszki wcale nie jest taki straszny. Czuję się dobrze. Widzę metę – ale jest to meta dla tych, którzy kończą swój bieg po 5 km. Ja zgodnie z planem biegnę dalej. Zaraz za połową trasy znajduje się punkt z wodą. Niestety trochę się zgapiłem i na wodę się nie załapałem. Trudno odbiję sobie po biegu – i to wcale nie wodą. ;-)
Na 6. km łapie mnie kolka. Muszę zwolnić, wyrównuję oddech. Na szczęście kolka przechodzi. Obserwuję biegnących ludzi – totalna różnorodność – starzy, młodzi, brzydcy, piękni, niscy, wysocy, łysi, włochaci, chudzi, brzuchaci… Udział w takich zawodach to całkowicie inne doznania niż samotny trening. Mijam tabliczkę z napisem 8 km. Wiem już, że dam radę, wiem że zdobędą swoją pierwszą dychę, wiem że złamię godzinę. Jeszcze raz podbieg na Sanguszki i zaczynam finisz – wyprzedzam kilkanaście osób ale bardziej zależy mi na wyprzedzeniu kilku sekund. Wpadam na metę. Serce pracuje na najwyższym HR. Przez dłuższą chwilę spłacam dług tlenowy. Dostaję medal, jestem szczęśliwy. Czas: 54:09.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |