Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [1]  PRZYJAC. [17]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Shodan
Pamiętnik internetowy
Moja droga do Maratonu

Eryk
Urodzony: 1972-11-27
Miejsce zamieszkania: Warszawa
2 / 84


2010-07-24

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Debiut (czytano: 556 razy)

 

Krzysiek - kolega z pracy, doświadczony biegacz, rzucił hasło: „24 lipca będzie bieg Powstania Warszawskiego. Może wystartujesz?”. Sprawdzam szczegóły: można wybrać dystans – albo 5 albo 10 km (2 pętle). Fajnie się składa, bo razem ze mną sztuki biegania uczy się też moja dziewczyna – Agnieszka. Decydujemy z Agą, że wystartujemy – ona na piątce, a ja zmierzę się z dychą. Oj będzie się działo. :-)

Jest lekki stres, bo nie czuję się jeszcze obiegany w plenerze. Buty też kupiłem dopiero co przed imprezą. W dodatku na trasie jest podbieg ulicą Sanguszki. Żeby zapoznać się z trasą, kilka dni przed startem wybieramy się z Agą na spacer – robimy 5 km - dokładnie trasą, po której będziemy biegli.

W charakterze kibiców i jednocześnie świadków wielkiego wydarzenia jakim jest mój debiut w imprezie biegowej angażuję mamę i babcię. Na Konwiktorską docieramy ok. 20:00. Start zaplanowany jest na 20:45. Czas przywdziać żółtą, okolicznościową koszulkę.

Przed startem spotykamy się z Krzyśkiem – rozmawiamy, rozgrzewamy się. Wreszcie wystrzał startera i ruszamy. Pierwsze moje wrażenie jest takie, że wszyscy biegną strasznie szybko. Czuję, że mam siły –„może powinienem przyspieszyć” – zastanawiam się. Przypominam sobie jednak rady doświadczonych kolegów, aby nie ‘podpalać’ się na początku i biec swoje. Jakby na potwierdzenie tych rad, widzę młodego chłopaka, w żółtej koszulce, który stoi z boku trasy, ciężko oddycha i trzyma się za serce. No tak - to ten sam chłopak, który chwilę wcześniej wyprzedził mnie wielkimi susami. Po kilkuset metrach podobny obrazek, potem kolejny…

Wokół trasy biegu odbywają się inscenizacje wydarzeń związanych z Powstaniem Warszawskim. Ma to swój niepowtarzalny urok. Sympatyczne są też reakcje obserwatorów – ludzie machają, klaszczą, dzieciaki przybijają piątki. Na Krakowskim Przedmieściu biesiadnicy wychodzą z knajp, żeby zobaczyć co to za żółta fala przelewa się przez Starówkę.

Przebiegamy ulicą Wybrzeże Gdańskie. Podbieg na Sanguszki wcale nie jest taki straszny. Czuję się dobrze. Widzę metę – ale jest to meta dla tych, którzy kończą swój bieg po 5 km. Ja zgodnie z planem biegnę dalej. Zaraz za połową trasy znajduje się punkt z wodą. Niestety trochę się zgapiłem i na wodę się nie załapałem. Trudno odbiję sobie po biegu – i to wcale nie wodą. ;-)

Na 6. km łapie mnie kolka. Muszę zwolnić, wyrównuję oddech. Na szczęście kolka przechodzi. Obserwuję biegnących ludzi – totalna różnorodność – starzy, młodzi, brzydcy, piękni, niscy, wysocy, łysi, włochaci, chudzi, brzuchaci… Udział w takich zawodach to całkowicie inne doznania niż samotny trening. Mijam tabliczkę z napisem 8 km. Wiem już, że dam radę, wiem że zdobędą swoją pierwszą dychę, wiem że złamię godzinę. Jeszcze raz podbieg na Sanguszki i zaczynam finisz – wyprzedzam kilkanaście osób ale bardziej zależy mi na wyprzedzeniu kilku sekund. Wpadam na metę. Serce pracuje na najwyższym HR. Przez dłuższą chwilę spłacam dług tlenowy. Dostaję medal, jestem szczęśliwy. Czas: 54:09.


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
marwil
23:15
stachsiejestrach
22:43
pruslee
22:31
lechu93
22:02
Monte99
21:56
Andrzej_777
21:49
Mr Engineer
21:31
Stonechip
21:02
Isle del Force
21:01
Wojciech
21:00
Borowion
20:57
gpnowak
20:18
piotrek53
20:03
scianka
19:53
JACEK W.
19:52
entony52
19:18
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |