2007-06-30
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| SM¦ - 3/2007 (czytano: 424 razy)

W ¶rodę poszłam na mecz siatkówki z koleżankami i kolegami z pracy. Grali¶my w składach 5 na 5. Nie miałam nakolanników, a ponieważ waleczna jestem, to wróciłam do domu z poobijanymi kolanami. Ale kilkana¶cie kilometrów truchtu po meczu jeszcze zaliczyłam, bo szczerze powiedziawszy poza solidn± rozgrzwk±, któr± sobie zrobiłam przed gr±, to wcale się nie spociłam i nie zmęczyłam.
W czwartek wracaj±c z pracy na równym, gładkim, prostym chodniku poczułam ból przeszywaj±cy nogę i mózg. Lewe kolano. Znów. Umówiona byłam z El± na bieg, lecz zamiast tego towarzyszyłam jej i Michałowi na rowerze.
W pi±tek nie zrobiłam nic. No... prawie nic. PóĽnym wieczorem poszłam potańczyć. Podczas wykonywania figur kolano się nieĽle rotowało i czasami czułam ból i niestabilno¶ć. Ale za to było fajnie znów po długich miesi±cach wrócić do tanga.
W sobotę SM¦. Obawiam się o kolano, ale przy schodzeniu po schodach jest dobrze, więc zapisuję się na 50' i startuję z 3 chłopakami. Po dwóch kilometrach dwaj odbijaj± do przodu, a ja z Grzegorzem biegnę w miarę równym tempem oddaj±c się urokom konwersacji (mówi głównie Grze¶, ja tylko odsapuję co jaki¶ czas pojedyncze słowa). Przed met± rozmowa już się nie klei, finiszujemy i osi±gamy czas 49:51. Ładnie. Tylko 0,3% ¶ciemy.
Potem wracaj±c do domu stwierdzam, że wła¶ciwie dopiero się rozkręcam, więc truchtam sobie spokojnie jeszcze w Lesie Kabackim pętelkę z dobiegiem, razem 12 km, ale czuję już potworny głód i pragnienie. To głównie trening woli. Kolano cały czas ma się dobrze.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |