Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [30]  PRZYJAC. [148]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
MEL.
Pamiętnik internetowy
Życie na krawędzi... pięciolinii

Basia Muzyka
Urodzony: 1970-12-03
Miejsce zamieszkania: Warszawa
47 / 192


2007-06-23

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
III Maraton Bełchatowski (czytano: 912 razy)

 

Rano, przed godz. 7-mą budzi nas awantura na sali. To pani Janina Rosińska wykrzykuje swoje pretensje do organizatorów o to, że nie zrobili oddzielnej kategorii K-70. To straszna pazerność, bo byłaby jedyna tak klasyfikowana, a tymczasem razem z Basią Gil są w K-60.
Podczas zapisów okazuje się, ze nasza drużyna nie będzie kompletna, bo brakuje 2 osób. Na szczęście udaje się zachęcić Artura i Kubę, aby pobiegli w barwach PaKaOeKiPy. Wszyscy deklarują wyniki rekreacyjne, więc tworzymy drużynę rekreacyjną.
Start o godz. 10-tej na bełchatowskim rynku w pełnym słońcu, jest ciepło. Pierwszych 5 km biegnę z Arturem i Jackiem z Opola, którzy próbują metody przeplatania biegu marszem przygotowujac się do setki w Kaliszu. Do punktu odżywczego docieramy po 29 minutach. Mnie to tempo bardzo odpowiada i postanawiam je utrzymać. Udaje się do 20 km. Wtedy trochę pokropił deszczyk i znów wyszło mocne słońce - zrobiło się duszno. Mimo, że połknęłam pół tubki żelu czuję, że nadchodzi kryzys. Od 21 km zaczynam ledwo pociągać nogami. Wiem, że to przejdzie, że trzeba jakoś przetwrać. Tymczasem widzę znajomych, gdyż na tym fragmencie trasy jest zawrotka. Kobiety są daleko przede mną, żadnej nie widzę za sobą. Mimo, że już 24 km, kryzys nie odpuszcza. Mija mnie Bartek. Zmuszam się, żeby dobiec do 25 km, gdzie czeka na mnie mój napój izotoniczny. Chociaż organizatorzy dobrze przygotowali punkty, na których jest woda, napój, czekolada, kostki cukru, biszkopty, to jednak staram się traktować moją buteleczkę jako nagrodę. Mijamy piękne jezioro i myślę o tym, aby zaraz po skończeniu biegu zabrać tutaj dzieci. Słońce grzeje. Dobiegam do 25 km i na stole widzę dodatkowo truskawki! Nie mogę się powstrzymać i biorę jedną. Jest moja butelka, więc mogę trochę pomaszerować. Kryzys nie przechodzi, za to dobiegają do mnie Artur z Jackiem. Zabieram się z nimi i ciągniemy razem około 2 km, ale na jakimś podbiegu odpuszczam, nie chcę chłopaków spowalniać, a siebie nadmiernie eksploatować, bo w końcu założenia były rekreacyjne. Na 30 km znów niespodzianka - stoją kubeczki z kawą i piwem. Biorę piwo i izotonik. Wielu maratończyków tutaj maszeruje, lecz ja biegnę, najgorszy kryzys minął, ale nadal czuję, że upał mnie osłabia i tempo już nie to co wcześniej. Dostrzegam w oddali Bartka, staram się go dogonić. Gdy w końcu mi się to udaje, to mam nadzieję, że się nawzajem będziemy mobilizować i delikatnie rywalizować, a tymczasem jedynie potęgujemy nasz brak motywacji. W tym upale wleczemy się do 37 km na zmianę maszerując i truchtając. Ja jednak mam już tego dość. Przypominam sobie, że im szybciej będę na mecie, tym szybciej naprawdę odpocznę, zobaczę się z dziećmi, więc zmuszam się do biegu. Bartek zostaje w tyle. Gdy dobiegam do 39 km widzę nadpływające czarne chmury, zaczyna się wirujący wiatr, słyszę odgłosy burzy, zaczyna kropić. Zanim dobiegam do 40 km już pada deszcz, a za chwilę przeradza się w ulewę. Biegnę, aby jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Nikogo już na trasie nie ma, jedyny doping stanowią trzaskające pioruny. Najgorsze jest to, że właśnie jeden taki pojawił się dokładnie przede mną, czyli biegnę dokładnie w kierunku centrum burzy. Jestem już w Bełchatowie i nie wiem jak prowadzi trasa. Wypatruję tabliczek lub jakiś innych oznaczeń - pani policjantka na chwilę wychodzi z auta, wstrzymje ruch i prosi, aby przebiec od razu na ścieżkę rowerową. Oglądam się, a tuż za mną jeszcze jeden maratończyk. Pytam, czy wie jak biec, ale nie wie. Lecimy dalej prosto. Mijamy jakąś tabliczkę 41 km, więc jest dobrze. Potem skręt w prawo, jesteśmy na osiedlu, biegnę momentami po kostki w wodzie. Z czasu wynika, że już powinien być 42 km, ale nic nie widzę i wciąż jestem pomiędzy blokami. Krople udarzeją we mnie jak igiełki. Czuję, że mam pod pachami otarcia i teraz w deszczu ból, jakby kto przykładał gorący pręt w tych miejscach. Nagle jest - widzę bramę, ale... pustą. Nikogo przy niej nie ma. Biegnę i na ostatnich metrach słyszę głos spikera, że zbliża się zawodniczka z nr 49, czyli Basia Muzyka z Warszawy. Deszzcz ustaje. Przebiegam metę, akurat lekko przebija się słoneczko i nagle pojawia się dwóch harcerzy z medalami. Dostaję też butelkę wody i... to wszystko. Teraz jeszcze muszę kawałek poczłapać do szkoły. Idę, woda mi chlupie w butach, czuję, że robi mi się zimno. Na miejscu owijam się ręcznikiem i biorę kubek gorącej słodkiej herbaty i zabieram dzieci do samochodu. Tam trzęsąc się przeraźliwie udaje mi się przebrać koszulkę i założyć dodatkowo ciepłą bluzę i kurtkę. Popijam herbatę i powoli dochodzę do siebie. Słońce znów dogrzewa, odpalam auto i jedziemy nad jezioro. Tam biwakujemy jakiś czas, ja w końcu rozbieram przemoczone buty i spodenki. Po godz. 16-tej wracamy na uroczystość dekoracji. Okazuje się, że mam II m-ce w K-30 zaraz za Agnieszką Mizerą z Wrocławia. W K-60 Basia jest przed Janiną, a nasza drużyna zajęła 5-te miejsce (na 5 zgłoszonych). Odebrałam nagrodę w postaci 150 zł gotówką (zwróciły się koszty podróży i wpisowego) i w towarzystwie mojej imienniczki z Sierpca ruszyliśmy do Warszawy, do domu.

PS. Czas: 4:31:07

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
bobolo500
17:29
bur.an
17:24
Pawel63
17:06
Namor 13
16:49
eldorox
16:11
arek_tg
16:00
biegacz54
16:00
Admin
15:33
gpnowak
15:14
Hari
15:01
mieszek12a
14:58
JolaPe
14:38
Ola*
14:07
młodyorzech
13:58
jaro109
13:30
janusz9876543213
13:25
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |