2007-06-17
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| II Visegrad Maraton (czytano: 704 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: www.visegradmaraton.org

Pobudka nieco po godz. 6, ¶niadanie jedzone w łóżku (słodka herbata, banan, bułka z pasztetem, kilka kostek czekolady z orzechami), k±piel, pakowanie. Idzimy do autokarów (piwo Karmi), które o godz. 8 wywoż± nas do Podolińca. Smarowanie kremami z filtrem, pami±tkowe fotki, rozrzedzony kisiel z rabarbaru do popijania, 4 butelki z vitargo lec± na punkty odżywcze, przemówienia, honorowy start o godz. 9.20, podczas którego maszeruję, transport autokarem na start ostry, 20 minut siedzenia w oczekiwaniu, podziwianie widoków, ostatnie sikanie.
Start o godz. 10. Jest pięknie w dół lub płasko. Jakie¶ 5 km trzymam się za Ani±, potem na zbiegu j± wyprzedzam, nie na długo, znów wychodzi na prowadzenie. Patrzę na tempo i wychodzi mi ok. 5:30. Trochę za szybko, ale usprawiedliwiem to spadkiem, potem na płaskim wyrównuję tempo do ok. 5:40. Pętla na rynku w Starej Lubovnej jest ciekawa, kibice ładuj± entuzjazmem. Przy okazji można min±ć się ze znajomymi, pomachać, pozdrowić, zobaczyć kto gdzie. Zaczyna się Vabec - 5 km pod górę. Nie biegnę. Zgodnie z założeniem idę. Wyprzedzaj± mnie ¶l±zacy Agnieszka i Miras. Ja maszeruję, a oni biegn±, ale dystans między nami jest stały - ok. 300 m. Wyprzedza mnie drobnym kroczkiem Danusia. Spokojnie, idę. Na tym odcinku 4-krotnie pobudzam się do truchtu na krótkich odcinkach wypłaszczenia (to tylko mnie się tak wydaje, że się wypłaszcza). Na szczycie zaczynam bieg. Mijam 19 km maj±c na zegarku 2:00, zaczyna się stromo, więc poddaję się własnemu ciężarowi i lecę w dół ile pary w płucach. Na punkcie mijam duż± grupę, która mnie wyprzedziła u podnóża góry oraz Agnieszkę z Mirasem.
W dół, w dół, w dół... Żadnej pracy w nogach, tylko odbijać się od asfaltu i oddychać. Pojawia się zdziwienie na wypłaszczonych odcinkach - tam trzeba znów pracować nogami, nawet zmuszać do biegu. Jednak ta grawitacja to co¶ fajnego. Kilometry mijaj±, a ja czuję w ustach dziwne zakwaszenie. Na punktach piję tylko wodę, testuję po raz pierwszy w życiu odżywkę vitargo. Kilometry mijaj±, a ja mijam innych biegaczy - np. Danusię, Lecha. Przekraczam granicę wpatrzona w stolik, na którym stoj± butelki z piwem. Ach, jak bym się napiła!
Na jakim¶ podbiegu znów maszeruję, mija mnie Danusia, a ja j± za chwilę na zbiegu. W Piwnicznej powtarzamy ten manewr i za Piwniczn± znowu. Droga zaczyna mi się już dłużyć. Na 39-tym kilometrze mam czas równo 4:00. Gdybym utrzymała to tempo, to miałabym najlepszy wynik w tym sezonie (w Bydgoszczy miałam 4:19), ale będzie trudno, bo za chwilę zaczyna się finiszowy 2-km podbieg. Już czuję magnetyzm mety i skupiam się maksymalnie, bo teraz nie ma się co oszczędzać. Wiem, że Danusia tylko czeka, aż zacznę swój marsz. A ja biegnę. Mijam kolejnych maszeruj±cych pod górę biegaczy. Nie mam sił ich pozdrawiać, nie mam sił ich motywować. Widzę hotel Perła Południa. Za chwilę widzę już niebiesk± bramę na mecie. Chcę finiszować ostrzej, na maksa, ale pod tę górę wychodzi to strasznie mozolnie. Oddycham, sapię, dyszę... Jest!
Czas 4:21:07.
Medal, odpoczynek - dziwnie szybko dochodzę do siebie. Przebieram się w strój k±pielowy, daję się wymasować, a potem pod prysznic i popływać na basenie.
Podczas dekoracji i losowania mam dużo szczę¶cia - mój kupon z Biegania, który wysłałam wła¶ciwie w ostatniej chwili wygrywa tygodniowy pobyt w Vyżnych Rużbachcach. Cieszę się - to będ± fajne wakacje, bo wokoło cudowne góry, których nie mogłam przemierzyć ani w tym roku, ani w ubiegłym, bo zawsze trzeba się było oszczędzać przed maratonem. W kategorii wiekowej stoję na podium na pozycji 2. Dostaję odjechane okulary przeciwsłoneczne. Do jedzenia grochówka, a potem jeszcze kiełbaska. I w drogę. Do domu w sympatycznym gronie docieramy przed północ±. Padam.
fot. Krzysztof z Grupy Górno¶l±skiej - finisz, pod górę
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |