2007-06-05
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Grand Prix Warszawy - bieg V (czytano: 312 razy)

W niedzielę i poniedziałek nie robiłam nic. Luz, luz totalny, odpoczynek, masaż. Dzi¶ bieg na Kabatach na dyszkę. Ostatni przedrzeĽnicki akcencik, sprawdzenie akutalnej formy. Znów plany na złamanie 50' i ostateczne porównanie z biegiem sobotnim na podobnym dystansie. Co prawda na Młocinach było totalnie płasko i temperatura dużo zno¶niejsza (ach, ten przyjemny kapu¶niaczek!), ale tutaj znam każdy korzeń i każdy kamień na ¶cieżce, bo biegnę U SIEBIE. Przed startem nie czuję żadnego podniecenia - zupełnie jakbym przyszła na spotkanie towarzyskie, a nie zawody. Nie czuję, że zaraz zacznie się wy¶cig. Ruszam z końca, wolno. Po kilometrze się rozkręcam. Mijam Madzię, Mazurka, Teresę. Ci±gnę, aż miło, ale jeszcze swobodnie. Aż do Mai. Wyprzedzam j± przed 3-cim, ale po chwili ona mnie przegania, a ja odpuszczam, bo mi tempo trochę za szybkie się wydaje. Mazurek korzysta i już pakuje się przede mnie. OK, teraz biegnę za nimi. Ale blisko. Na 5-tym kilometrze czas 23:4X i brak objawów zmęczenia. Fiu, fiu! Dobra, byle do 7-mego. Na siódmym czas 34:00 i czuję zbliżaj±cy się kryzysik. Maja i Mazurek odjeżdżaj±, za podbiegiem mija mnie Madzia. Próbuję podczapić się w jej tempo, ale kryzysik, to kryzysik. Trzeba organizm zrozumieć i dać mu chwilowe fory. Kawałek za 8-mym kilometrem na zakręcie znów dostaję skrzydeł, gonię tych co przede mn±, choć daleko. Końcówka słaba, nie walczę na finiszu, dobiegam przyzwoicie. Czas 48:46 - poprawiłam wynik z soboty o 23 sekundy. Jest dobrze, szybko wraca mi oddech. Jestem zadowolona. Jeszcze tylko 102 sekundy do życiówki...
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |