Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

    

W miniony poniedziałek (3 sierpnia) z inicjatywy prywatnych organizatorów imprez biegowych powołano w Warszawie do istnienia Związek Organizatorów Sportu Masowego. Inicjatywa zapowiadana była od nieco ponad miesiąca i jest próbą odpowiedzi na sytuację w jakiej znalazła się grupa pracodawców i organizatorów wydarzeń sportowych (nie tylko biegowych) w związku z pandemią COVID-19

Rozesłany do mediów komunikat prasowy wygląda zgrabnie, a i pierwsze komentarze w mediach społecznościowych napawają optymizmem. "Potrzebna organizacja", "dobry pomysł", "trzymamy kciuki!" itd. Czytając biegowy przekaz dnia można się ucieszyć. Idzie ku dobremu - chciałoby się powiedzieć...

Niestety w poniedziałek byłem bezstronnym obserwatorem na spotkaniu założycielskim, i rzeczywista sytuacja jest drastycznie inna niż optymistyczne wrażenie jakie możemy odnieść po przeczytaniu materiałów prasowych. W związku z tym, jako że byłem jedynym przedstawicielem mediów obecnym na spotkaniu, to postaram się w prostych, żołnierskich słowach wyjaśnić jak wygląda dzień dzisiejszy organizowania biegów w Polsce.

1. W pierwszej połowie marca na gospodarce, podobnie jak w dziesiątkach innych krajów, dokonano tzw. lockdown-u, czyli zamrożenia. Zakazano (lub ograniczono do minimum) wiele aktywności gospodarczych - związanych z edukacją, turystyką, sportem, kulturą. W związku z tym stanęła cała branża eventów sportowych - od tych największych jakimi miały być choćby Mistrzostwa Świata w Półmaratonie Gdynia 2020, po najmniejsze z możliwych biegów jak np. kilkuosobowe ParkRun-y.

2. Przedsiębiorcy otrzymali wsparcie rządowe mające pomóc im w przetrwaniu trudnego okresu. Zwykle były to bezzwrotne, jednorazowe pożyczki w wysokości 5000 złotych plus 3-miesięczne zawieszenie opłat na ZUS. O poziomie tej pomocy nie będziemy się pastwić w tym artykule, gdyż nie to jest jego tematem.

3. Ponieważ nieznana była "długotrwałość" sytuacji, część organizatorów imprez masowych postanowiła przenieść swoje wydarzenia sportowe na terminy jesienne. Optymiści - na miesiące wakacyjne, pesymiści - na jesień.

Tutaj zatrzymajmy na chwilę chronologię, i tytułem wtrętu zaznaczmy bardzo ważną cechę naszego krajowego środowiska organizatorów. Jest nią podział na organizatorów instytucjonalnych i prywatnych. Pierwszą grupą są najczęściej samorządy i inne jednostki terytorialne, które organizują wydarzenia sportowe (w tym biegi) w ramach swoich zadań oraz budżetów miejskich itd. Drugą, mniej liczną stanowią przedsiębiorcy prywatni. Obie grupy często ze sobą współpracują, znają się i pomimo różnić z modelach biznesowych - szanują a nawet przyjaźnią.

Pierwsza grupa organizatorów czekała z podjęciem decyzji o dalszych losach swoich tegorocznych wydarzeń tak długo, jak było to możliwe. Gdy sytuacja w kolejnych miesiącach w żaden sposób nie wskazywała na poprawę i możliwość przeprowadzenia zawodów - Ci organizatorzy podjęli decyzje o odwołaniu swoich biegów i przeniesieniu ich na sezon 2021. W ten sposób z mapy tegorocznych wydarzeń znikło kilkaset imprez, w tym maratony i półmaratony w Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku itd. Wielkie i wspaniałe wydarzenia, ale o których - po wytarciu łez - możemy powiedzieć wzorem Wrocławia: "za rok wrócą silniejsze".

4. Organizatorzy prywatni są jednak w zupełnie innej sytuacji - jako "prywaciarze" nie mogą sobie pozwolić finansowo na roczny postój i wakacje. Wyobraźcie sobie fabrykę, której Prezes postanawia zawiesić produkcję na 12-miesięcy, i przywrócić ją bez żadnych konsekwencji w kolejnym sezonie. Kredyty, płace, logistyka, zaplecze, magazyny, ludzie, podatki, rozwój, komunikacja. W gospodarce innej niż socjalistyczna nie można powiedzieć "przez rok chodzimy do pracy jak zawsze ale nie będziemy produkować". Tego się po prostu nie da zrobić.

Organizatorzy prywatni przenieśli więc wszystko co się dało na termin pesymistyczny, czyli na jesień. Nabrali powietrza w płuca, i zanurkowali pod płynącą na nich z wielką prędkością motorówką.

Jednak po kilku chwilach powietrze zaczęło się kończyć. W czerwcu Ci organizatorzy kontrolnie zaczęli wynurzać się i sprawdzać, czy motorówka przepłynęła.

5. Rząd odmroził możliwość organizacji imprez sportowych do 150 osób - teoretycznie była do dobra i napawająca optymizmem wiadomość. Można pracować: ostrożnie i umiarem, ale jednak można! Społecznicy i najwięksi fani zaczęli z wolna wychodzić na brzeg i robić biegi: na 50, na 70, na 120 osób. Nic złego się nie stało.

Ale tak jak nie można w dziesięć osób oddychać przez jedną rurkę, i jak nie można utrzymać fabryki mebli produkując dwa krzesła miesięcznie - tak nie da się utrzymać przedsiębiorstwa z organizacji biegów na kilkadziesiąt osób. Przy stałych kosztach (projekty zmian organizacji ruchu, pracownicy itd), przy wydatkach na marketing, logistykę, uzyskiwanie zezwoleń itd. - nie da się utrzymać działalności gospodarczej produkując bieg czy wyścig kolarski dla stu osób.

6. Organizatorzy zwrócili się więc do rządu z pytaniem o możliwość i terminy dalszych "odmrożeń" gospodarki. Uzyskali pozytywny feedback. "Na dniach" nastąpi dalsze otwarcie gospodarki, w tym eventów".

I rzeczywiście na dwa tygodnie przed wyborami rząd ogłosił, że można chodzić do kościołów, organizować wydarzenia sportowe na stadionach, gromadzić się na wiecach wyborczych itd. Skrócono tzw. dystans społeczny, otwarto kina, restauracje, kluby fitness, skwerki i place zabaw....

I tylko podtrzymano zakaz organizacji plenerowych sportowych imprez masowych...

7. Kolejna tura biegów została odwołana, a prywatni organizatorzy widząc, że czekając na kata nie unikną ścięcia - postanowili wziąć sprawy we własne ręce. Rozpoczęły się spotkania w Ministerstwach Sport, Zdrowia itd. Jako czynnik nacisku zapowiedziano powołanie Stowarzyszenia Organizatorów Imprez Sportowych i Eventowych. Skierowano do rządu oraz przedstawicieli ministerstw pytania:

- Czym różni się pod względem zagrożeń epidemiologicznych bieg od wesel, mszy, meczy piłkarskich, wieców politycznych, koncertów, wyborów Prezydenckich, festiwali telewizyjnych, otwartych i pełnych tysięcy ludzi galerii handlowych, plaż, deptaków.

- Jakie zalecenia powinny zostać spełnione, by plenerowe imprezy masowe były tak samo traktowane jak powyższe obszary aktywności.

- Przedstawiono szczegółowe plany organizacji wydarzeń z uwzględnieniem zasad bezpieczeństwa epidemiologicznego. Plany które pozwalały tak zorganizować duże biegi, że zagęszczenie osób w jednostce czasu jest drastycznie niższe niż obowiązujące normy.

8. Przedstawiciele ministerstw spotkali się z organizatorami. Głównym punktem spotkania stało się jednak zamiast dyskusji oskarżenie, że prywatni organizatorzy atakują rząd i zamiast cierpliwie czekać pozwalają sobie na medialne ataki na ministerstwa. Organizatorzy ze swojej strony przekazali przygotowaną dokumentację przedstawicielom rządu. Zgłosili potrzebę "odmrożenia" sportowych imprez masowych do tysiąca (1000) uczestników. Czynniki rządowe obiecały pochylić się nad postulatami.

Zgadnijcie, czy przez trzy minione tygodnie ktokolwiek otrzymał odpowiedź.

9. Pod koniec lipca zniesiono praktycznie resztę obowiązujących obostrzeń. Tysiące rodaków wyległo na Bałtyckie plaże. Tysiące zasiadło w halach i na stadionach. Tysiące uczestniczy w koncertach, zlotach, konferencjach i targach. Tysiące podróżują w tę - i z powrotem - po Europie - samochodami, pociągami, autobusami, samolotami. Dziesiątki tysięcy łażą po skwerach, bulwarach, pasażach, rynkach miast. I dobrze. Odbywają się manifestacje, przemarsze, wiece. Nawet Pan Premier z okazji wyborów ogłosił koniec wirusa. Super.

Jednak biegać może nadal tylko max. 250 osób.

Choć nie jest to prawda. W wielu miastach w Polsce milicja zakazuje organizacji biegów nawet na 50 osób. Powód? Rozporządzenie regulujące aktualne zasady walki z koronawirusem pozwala wliczyć do 250-osobowej puli uczestników także kibiców oraz... przypadkowych przechodniów.

Piętnaście tysięcy ściśniętych golasów może prażyć się na plaży we Władysławowie jeden na drugim. Jest to legalne. Ale obok nich nie można zorganizować biegu na 200 osób, gdyż... gdyż będzie to wydarzenie w którym uczestniczyć będzie 15.200 osób. Nie można zorganizować najstarszego w Polsce Półmaraton Lechitów ze zgodą na 50 uczestników, gdyż przebiegną oni koło kilkuset przechodniów spacerujących akurat wzdłuż 21 kilometrowej trasy.

Nie odbędzie się także Bieg św. Dominika w Gdańsku. Powód? Dwustu biegaczy o których możliwość startu postulował organizator, wymiesza się z 150 tysiącami obecnych w tym czasie na rynku turystów. Bo musicie wiedzieć, że Jarmark Dominikański, który w Gdańsku jest organizowany na początku sierpnia a przez który przewijają się setki tysięcy turystów - jest zgodny z prawem i zgodę ma. Nie można tylko przy nim, na obarierkowanej trasie biegać. Bo 200 biegaczy może pozabijać dwieście tysięcy turystów. Turystów, którzy kichają, prychają, smarkają, ocierają się o siebie, jedzą frytki, gniotą się w wąskich uliczkach i stoją w tasiemcowych kolejkach po lody oraz po zdjęcie pod Neptunem. Ale to jest ok.

Komu bije dzwon

To nie jest pytanie. To jest odpowiedź. W zeszłym tygodniu odwołano resztki planowanych na jesień dużych biegów organizowanych przez podmioty samorządowe. Padła Twierdza Poznań. Walczy jeszcze tylko Kraków.

Organizatorzy prywatni nie mają jednak możliwości pójścia na wczasy. Dla nich odwołanie jesiennych biegów to pójście w jasyr. To zaprzepaszczenie dorobku wielu lat pracy. Stąd decyzja o powstaniu Związku Organizatorów Sportu Masowego - organizacji, która nie tyle ma bronić ich praw, co jej wywalczyć.

Mógłbym teraz podać liczby o dochodzie i podatkach generowanych przez imprezy masowe w Polsce. O setkach osób zatrudnionych w tej branży. O tysiącach osób pracujących w branżach stowarzyszonych - przy produkcji medali, sprzętu, przy wsparciu technicznym, zabezpieczeniu itd. Jestem jednak przekonany, że podawanie tych danych nie ma najmniejszego sensu. Nikogo to nie obchodzi, a w naszym kraju wciąż pokutuje popularny za komuny pogląd, że prywaciarz to "PRYWACIARZ". Sam wydźwięk tego słowa nawet w mojej głowie wciąż jest przecież negatywny. Wciąż jesteśmy komunistami.

Na spotkaniu założycielskim był obecny przedstawiciel PZLA - Wiceprezes Zarządu, Tomasz Majewski. Obecność popularnego kulomiota, sportowca i działacza podniosła wszystkich na duchu. Ale tylko do momentu gdy przemówił. Brzmienie jego wystąpienia streścić można tezami:

- "Polski Związek Lekkiej Atletyki zajmuje się sprawami zawodników. Biegacze amatorzy nie są naszymi członkami"

- "Kim jesteście że uważacie, że ktokolwiek w rządzie będzie z Wami rozmawiał?"

- "Tak, mecze z kibicami się odbywają. Bo kibice to sobie wywalczyli. Przyszło dwustu kibiców Polonii pod Ministerstwo i tak długo skandowali, że Minister się tym zajął"

Pan Tomasz Majewski przekonywał, żeby potraktować jego szczerość jako pozytyw. Jako otwarcie oczu na rzeczywistość. Jednak jego wystąpienie nie było pozytywne. Problem w tym, że on także wierzył w to co mówi. Sport amatorski się nie liczy, bieganie to fanaberia tych którzy nigdy nie zostali prawdziwymi sportowcami. A prywaciarze robią hucpę zamiast siedzieć i grzecznie sadzić kwiaty w szklarniach.

Pan Tomasz Majewski powiedział także, że organizatorzy nie zdają sobie sprawy z tego co chcą zrobić. Gdy na plaży we Władysławowie leżą tysiące osób, to leżą oni na swoją odpowiedzialność. A gdy tysiące osób wystartują w biegu ulicznym, to organizator za ich zdrowie odpowiada.

Panie Majewski. Wypowiada Pan zdania na poziomie ministerialnym, więc czas widzę iść na posadę rządową. Za zdrowie biegaczy odpowiada wg Pana organizator? Informuję w taki razie Pana, że za zdrowie tysięcy plażowiczów odpowiada właściciel plaży, czyli miasto. Za zdrowie uczestników mszy - kościół. Za zdrowie tysięcy kibiców na stadionach - kluby piłkarskie, a za zdrowie tysięcy uczestników telewizyjnych koncertów Jacek Kurski.

Idąc za ciosem: za zdrowie uczestników i kibiców rozgrywanych mityngów LA odpowiada Pan?

O tym jak są traktowani przez organy rządowe oraz milicję opowiadali mi podczas spotkań organizatorzy z terenu całego kraju. Panuje samowolka interpretacyjna. Jak milicja Cię lubi, to możesz organizować bieg puszczając fale po 250 osób przez dwa dni non stop. Jak milicja Cię nie lubi - albo władze miasta - to mogą oni dowolnie zinterpretować przepisy w drugą stronę. I przez dwa lata będziesz dostawał codziennie mandat za wyjście z domu, pomimo że wszyscy inni mogą i robią co chcą.

Prywatnym organizatorom bije dzwon, i zakładanie Związku Organizatorów Sportu Masowego spowoduje tylko tyle, że ten dzwon będzie bił nieco głośniej. A później ktoś powiesi na nim flagę LGBT i się ten dzwon aresztuje.

Jak mówi klasyk: Niedorajdów w Polsce nam nie trzeba. Jak ktoś nie umie funkcjonować w biznesie, to niech wyjedzie za granicę - chyba że, dodam od siebie, jest z odpowiedniego ugrupowania - to może pójść w ministry.

Skoro w jednej chwili można nazwać Janusza Gajosa prostakiem, to każdego z Nas można nazwać biznesową niedorajdą. Tu i teraz. Bez względu na to co osiągnął przez minione lata.

Czy to już koniec? Czas gasić światło? Nie. Gdzieś tam sobie jeszcze podogorywamy przez jakiś czas. Cichutko. W piwnicy. Robiąc nielegalne biegi. Nikt raczej nie wierzy w to, że biegacze pójdą pod budynek Rady Ministrów i będą rzucać jajkami. Chciałbym się mylić, i mam nawet pewien pomysł. Ale skoro nikt nie wstawił się za nauczycielami, nikt nie wstawił się za sędziami, nikt nie wstawił się za LGBT - to dlaczego ktoś miałby się wstawić za "prywaciarzami".

Zresztą: Bóg Honor Ojczyzna. O bieganiu na sztandarze nie ma ani słowa.

Bim - Bam. Bim - Bam.

PS. Aby nie być jednostronnym, choć to bardzo lubię bo wtedy jest się takim bardziej wyrazistym i zajebiaszczym: prawda jest też taka, że kto chce biegać, ten biega. W biegach na 50, czy 180 osób. Mało kto tęskni za biegami na pięć tysięcy osób, bo i mało kto okazał się na tyle wytrwałym biegaczem, by do uprawiania swojego hobby - a sport amatorski to wyłącznie hobby, czasem ocierające się o styl życia - potrzebował tysięcznych tłumów. Tak jak można oglądać tylko filmy klasy B, tak biegać i startować można tylko w małych imprezach. Nikt po Nas / Was nie zapłacze, bo w międzyczasie kolejne setki tysięcy Polaków odkryło, że grill, piwo i NetFlix także dają szczęście.

Tomasz Majewski powiedział, że ze wszystkimi tymi obostrzeniami epidemicznymi to w biegach ulicznych nie ma nic ciekawego, nie mają swojej magii. Że nikt nie chciałby w nich startować, że dla wielu osób stają się mało atrakcyjne. Panie Tomku, odpowiadając: ale za to miting LA z jedną konkurencją - skokiem o tyczce na osiem osób - i przy pustych trybunach, to już fascynujące wydarzenie sportowe transmitowane przez TVP.

PS.2 w chwili gdy licznik zarażeń w Polsce ponownie tyka, i z każdym dniem coraz bardziej, w może nie czarnych ale szarych barwach widzę szanse spełnienia postulatów organizatorów. Nie wnikam jakie powinny być limity, od tego są mądrzy ludzie w rządzie, którzy i respiratory potrafią załatwić, i zorganizować lądowanie największego samolotu świata na lotnisku w Okęciu. Pozostawienie jednak sprawy "tak jak jest" to wyrok dla części środowiska.

Jesteśmy Panowie w dupie i czas się zacząć w niej urządzać.



Komentarze czytelników - 26podyskutuj o tym 
 

wicia1961

Autor: wicia1961, 2020-08-04, 16:59 napisał/-a:
N ikt nam nie zabroni biegać , dla mnie osobiście to cały ten wirus to światowa ściema i co mam nie wchodzić do sklepu bez maski , robię to z szacunku do innych , większość w tym wątku rozpolitykowała się , no i co? jak by byli inni u władzy to zgodzili by się na imprezy masowe?

 

Fidelio

Autor: Fidelio, 2020-08-04, 17:55 napisał/-a:
Niby tak, ale jakby głębiej się nad tym pochylić i biegi byłyby w formie jak sprzed pandemii, to wydaje mi się że pierwszy z takich wolnych biegów stałby się ogniskiem i reszcie przeszłaby ochota na starty.

 

dking

Autor: dking, 2020-08-04, 18:46 napisał/-a:
Tej opcji, a teraz tej władzy z bieganizmem od początku było nie po drodze !

 

a.luc

Autor: a.luc, 2020-08-04, 19:58 napisał/-a:
Autor tekstu napisał kilka cennych uwag, ale niestety dodał do tego także politykę i "milicjantów", czyli dał upust swoim emocjom oraz uzewnętrznił swoje poglądy. Materiał tym samym zamiast obiektywnym opracowaniem, stał się medialną papką.

Niemniej nie można nie zgodzić się z niektórymi tezami. Nikt również spośród biegaczy amatorów nie ma także najprawdopodobniej wątpliwości, iż sport sportowi nierówny.

W tym miejscu nasuwa mi się jednak inne pytanie. Gdzie Ci wszyscy organizatorzy (imprez masowych) byli, kiedy inne związki (środowiska) budowały swoją markę, rozpoznawalność, moc sprawczą? Czy przypadkiem w czasach prosperity nie zajmowali się wykluczaniem konkurencji z korony półmaratonów i temu podobnymi działaniami? A gdzie jest teraz ta słynna organizacja wzajemnej adoracji, która to niby przez lata wyznaczała standardy dla imprez biegowych? Czyżby król był nagi?

To, że teraz prezes Majewski pyta "kim jesteście?", może oburzać, ale nie powinno dziwić.

Trzymam kciuki za nową organizację i liczę, że jej członkowie nie popełnią błędów stowarzyszenia, w którym dotychczas funkcjonowali (przynajmniej na papierze).

 

PawełŻyła

Autor: PawełŻyła, 2020-08-05, 08:04 napisał/-a:
Słowa Michała, które podsumowują artykuł "Jesteśmy Panowie w dupie i czas się zacząć w niej urządzać", chyba oddają wszystko co się może zdarzyć w najbliższych 2-3 miesiącach przy tych wzrostach zakażeń. Nawet jeśli , dopuszczono by 1000 osób do uczestnictwa w imprezie, to uwali to lokalny urzędnik z Sanepidem i Policją dla świętego spokoju.
P.S.
Dzisiaj rusza Tour de Pologne i podobno bez kibiców. Ciekawe jak zorganizują finał w KRK na Błoniach. Bo pewnie przyjdzie tu z 20 000 kibiców, jak każdego roku. :-(

 

krzycho7715

Autor: krzycho7715, 2020-08-06, 12:51 napisał/-a:
Polityka bije z tego artykułu, chyba tęskniąc za dawnym systemem (milicja), do tego ideologia lgbt, nie można porównywać tysięcy ludzi na plaży z zawodami, gdzie przy wysiłku wzrasta wielokrotnie ryzyko zarażenia, za to małe imprezy biegowe, 200-300 osobowe, może nawet puszczane falami sądzę że byłyby bezpieczne, jeśli kibice wywalczyli swoje, to może zróbmy podobną akcję pod ministerstwem,jeśli będzie nas kilka tysięcy to będą się z nami liczyć, tylko proszę nie mieszajcie do tego deprawatorów z lgbt

 

Ryszard N.

Autor: Ryszard N., 2020-08-06, 13:21 napisał/-a:
Picie w miejscu pracy jest surowo zabronione.

 

michu77

Autor: michu77, 2020-08-06, 15:35 napisał/-a:
...a co z kibicami piłkarskimi tłoczącymi na trybunie... skaczącymi przez cały mecz i dopingującymi? Tam nikt nie pilnuje maseczek ...


Nie widzę żadnej polityki w artykule, ale przyzwyczaiłem się że niektórzy wszędzie widzą to, co chcą zobaczyć.

 

amadera

Autor: amadera, 2020-08-07, 22:27 napisał/-a:
Niestety ja również widzę dużo NIEPOTRZEBNEJ polityki (J. Gajos i jego hitleryzm, cyrki z wieszaniem flag i ci "milicjanci") w tym kolejnym i tak bardzo ciekawym artykule. Bez niej ta następna analiza (raport) jeszcze by zyskała panie Michale. A my nie dzielmy się. Na tym portalu zostawiajmy swoje poglądy na boku - tutaj łączy nas bieganie i, w tej chwili, tęsknota za startami.

Powtórzę zadane już przez kogoś w komentarzach pytanie: czy rządzący spod jakiegokolwiek innego szyldu dali by zielone światło dużym imprezom biegowym? W którym innym kraju zaryzykowano? Pod względem administracyjnych decyzji w obliczu koronawirusa, Polska mieści się w głównym nurcie postępowania w Europie: najpierw radykalne przymknięcie społecznej i zawodowej aktywności obywateli, potem pierwsze ostrożne poluzowanie (bo ile czasu biznes może funkcjonować na jednym wziętym wdechu powietrza, a dorośli tkwić w domach na home-office), gdy zaś poprawiły się statystki nastąpiło zniesienie lub poluzowanie niemal wszystkich zakazów, a teraz liczby zakażeń znów pną się w górę, ale w żaden kraj nie chce się już wracać do całkowitego lockdownu, uderzającego w gospodarkę.

Powtórzę jeszcze jedną cudzą myśl. Urzędnicy zaryzykują, wydadzą zgodę na pierwszy masowy bieg przy ostrych wymogach sanitarnych. Załóżmy że nie stanie się nowym ogniskiem wirusa. Po nim ruszą kolejne imprezy.
Czy przy nich ten reżim sanitarny będzie nadal zachowywany? Czy raczej stanie się pozorem, jak w nadmorskich restauracjach, jak przy weselach? I wtedy któraś kolejna popularna impreza stanie się rozsiewnikiem wirusa (oberwiemy w mediach, jak przy okazji jednostkowych śmiertelnych zasłabnięć na trasach maratonów).
Chyba, że żyjemy w świecie w którym media każą nam wierzyć w fikcyjną rzeczywistość. W całej Europie pisano, że lutowy mecz Ligi Mistrzów w Mediolanie (Atalanta Bergamo - Valencia) był taką bombą biologiczną rozpowszechniającą wirus gdy hiszpańscy kibice wrócili do siebie. WHO i media przesadzały? Sam już nie wiem co myśleć.

Dzisiaj biuletyn parkrun zacytował kilka zdań Tomasza Majewskiego z tamtego spotkania. To ciekawa opinia do dalszej dyskusji: "Sport wyczynowy nie może istnieć bez rywalizacji, nie miałby sensu. Czy może istnieć sport amatorski bez rywalizacji? Właśnie może. To jest dość kontrowersyjne, ale taka jest niestety prawda. Bardzo dużo ludzi stojących z boku tak na to patrzy. Jeśli nie będzie biegów dla amatorów, to ci amatorzy pójdą biegać gdzieś sami do lasu."
Brutalne (właśnie takie mało polityczne) te opinie, ale warte dyskusji.
Ja całe życie byłem i będę totalnym sportowym amatorem :) lecz tak jak uwielbiam bieganie po lesie :)) tak jest dla mnie przeogromną przyjemnością właśnie rywalizacja z innymi amatorami! :))) Na maratonach, na średnich i małych biegach, na parkrunach nawet - na trasie i za linią mety gorączkowo spoglądam na zegarek pokazujący tempo na kilometrach i końcowy wynik. Jaram się jeśli uda mi się pokonać innego znanego mi z widzenia kolegę-amatora, z którym dotąd przegrywałem :)

Bardzo spodobało mi się p. Michale Twoje podsumowanie :-) Muszę zacytować: "Kto chce biegać, ten biega. W biegach na 50, czy 180 osób. Mało kto tęskni za biegami na pięć tysięcy osób, bo i mało kto okazał się na tyle wytrwałym biegaczem, by do uprawiania swojego hobby - a sport amatorski to wyłącznie hobby, czasem ocierające się o styl życia - potrzebował tysięcznych tłumów. Tak jak można oglądać tylko filmy klasy B, tak biegać i startować można tylko w małych imprezach. Nikt po Nas / Was nie zapłacze, bo w międzyczasie kolejne setki tysięcy Polaków odkryło, że grill, piwo i NetFlix także dają szczęście."
Z jednym się jednak całkowicie nie zgadzam! Małe biegi, te na 100 lub 200 osób organizowane przez lokalne stowarzyszenia i samorządy gminne to nie jest żadne kino klasy B! :) To dla mnie kino niezależne, alternatywne, najciekawsze! :-) Mniej będę płakał po "wysokobudżetowych hitach kinowych" (major marathons), niż po zablokowanych parkrunach i małych charytatywnych biegach z możliwością wylicytowania za metą domowego ciasta.
Wczoraj napisałem do pewnego ośrodka kultury, sportu i rekreacji, organizującego dwa razy w roku 10km leśny bieg (ZaDyszkę), czy przeprowadzą imprezę w zapowiadanym terminie końca września. Odpowiedzieli mi szczerze: "Chcemy bardzo, ale nie możemy przewidzieć co się wydarzy".
I taka jest niestety prawda o sytuacji.

 

176fm

Autor: 176fm, 2020-08-10, 19:29 napisał/-a:
Z perspektywy lat dodam, że od zawsze tam byliśmy, chociaż wielu mogło tego nie czuć

 

 Ostatnio zalogowani
krzysztofl
12:33
bolo_biega
12:31
zbig
12:30
ona
12:21
Iryda
12:06
Bystry1983
12:04
andrew885
11:49
ADZIU1976
11:40
jaro109
11:37
kamil2006.9
11:30
sywan
11:28
baland1
11:28
Ryszard N.
11:26
tomasso023
10:55
Jarek42
10:55
Pawel63
10:37
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |