Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

     

Mój drugi sezon biegowy. Cel nadrzędny, który przed sobą stawiam, to uniknięcie kontuzji. Tylko pod tym warunkiem możliwa jest walka o trofea. I taki jest też kolejny zamiar.

Podsumowałem właśnie liczby i przedstawiają się one zaskakująco: 48 tygodni treningowo-startowych, łączny kilometraż to 3 242km, co daje średnią 67 kilometrów na tydzień. Mało coś? 56 kilometrów wznosu. No, płasko nie było. To również pełen przekrój narzędzi treningowych: 1,2, 3 zakres, siła biegowa, stabilizacja, BNP, biegi progowe, biegi długie. Płaskie, krosowe i górskie. 11 startów w zawodach. Nigdy nie wiało nudą. Zawsze z radością wychodziłem na kolejny trening i nie mogłem się doczekać następnego biegowego wyzwania. To tyle tytułem wstępu. Jesteście ciekawi, co działo się dalej? Zapraszam do lektury.

Marzec. Debiut.

Długo czekam na pierwszy start w roku, ale doświadczenie zeszłego sezonu i styczniowa kontuzja nauczyła mnie, że lepiej z tym się nie spieszyć. Półmaraton Marzanny - mój debiut w zawodach na tym dystansie. Celem jest nie miejsce, a czas. W okres BPS przy niesprzyjającej aurze, korzystając z rzadkich okien pogodowych (ech, ten Kraków!) udaje się wpleść 6 sesji dobrego, mocnego BNP, które dają rokowania na czas w granicach 1:23 - 1:24.

Start. Zaczynam spokojnie, lekko łamiąc 4:00. Jest dobrze. Mimo wcale niepłaskiego profilu udaje mi się łatwo utrzymać tempo 3:57 w pierwszej połowie trasy. Jest moc! Przyspieszam. Lecę coraz szybciej. Najbardziej cieszą ostatnie kilometry po ok 3:40 i końcowy odcinek, na którym mijam jeszcze kilka osób, pędząc po 3:17. Dzień konia! Na metę wbiegam z czasem 1:21:54. Jestem bardzo zadowolony.

Kwiecień. Niepokorny Mnich.

Zmęczenie po półmaratonie jeszcze nie opada, a tu już trzeba przestawić się na górskie bieganie! 2x zaliczam 40 kilometrów (sobota po sobocie). Nie czuję się pewnie, bo nie mam przebiegniętej 50+ w górach. Obawiam się, że będzie tego brakować...

„Czasówki” przygotowane. W planie złamanie 12 h, co powinno dać miejsce w pierwszej 20-tce. Bieg zaczynam dobrze. Przed świtem docieram na punkt Przehyba, potem zbieg do Rytra, który bardzo lubię. Następnie dwa solidne podejścia - Niemcowa i Eliaszówka. Do 44 kilometra lecę zgodnie z ambitną rozpiską. Trochę grzebię się na punkcie na Obidzy. Zmiana koszulki. Zupa. Trwa to z 10-15 minut. Coś nie mogę się zebrać do wyjścia. W końcu ruszam. Ok. 48 kilometra pojawia się ból w kolanie oraz dopada mnie potężna fala ogólnego zmęczenia i zniechęcenia. Tego się obawiałem, mam ochotę zejść z trasy. K...a!, te setki to chyba jeszcze nie dla mnie. A już na pewno nie na pierwsze ultra w sezonie!

Łykam voltaren i walczę z czarnymi myślami o zejściu z trasy. Męczę się aż do osiągnięcia Horbalovej. Na zbiegu do punktu w Wyżnych Rużbachach odzyskuję rezon, ale i tak tracę już względem planu rozpisanego na 12 godzin. Jeszcze spory dystans. Nadrobię! Na punkcie zupa pomidorowa wchodzi doskonale, czuję, że wracam do gry. Od tego momentu do mety biegniemy razem z Pawłem, który minął mnie, gdy złapałem „zjazd”. Veterny Wrch, gdzie paskudne wiatrołomy skutecznie nas spowalniają. Nie ma dobrej ścieżki pomiędzy zwalonymi drzewami. W końcu upragniony zbieg i krótka wspinaczka do punktu Lesnickie Sedlo.

Jestem 20 minut w plecy, ale czuję się znowu mocny. Zmartwychwstałem w 100%, a końcówka to asfalt, więc wykorzystuję zbudowaną zimą wytrzymałość. Napieram, ile sił. W efekcie te 20 minut względem ambitnej rozpiski nadrabiam na ostatnich 12 kilometrach. Most nad Grajcarkiem przekraczam po 11 h 50 min. 16 miejsce w open. Jestem mega zadowolony z finiszu (ha,ha, tak - na ultra 12 kilometrów to finisz). To był, jak mawia Stachu, triumf ducha nad ciałem! Fantastyczne uczucie, którego dotąd wcześniej nie doświadczyłem!


Fot. Archiwum prywatne


Maj. Powrót do wspinania.

Nieco przewrotny tytuł. Impreza odbywa się w ramach festiwalu Integrowanie przez Wspinanie, który ma miejsce co roku w Dolinie Będkowskiej. Integrowanie przez Bieganie to zawody towarzyszące głównej imprezie. Niestety, ze względu na opady, trasa zostaje zmieniona na łatwiejszą technicznie. Szkoda. Wiedziałem, że biegnie kilku mocnych „asfaltowców”, więc tracę przewagę, którą miałbym na trudnej trasie. Nieważne! Półmaraton pokazał, że szybkościowo też jestem dobrze przygotowany. Ruszamy mocno. Po 3:30 pierwsze półtora kilometra dnem doliny po asfalcie. Trzymam się w czubie stawki w okolicach 8 pozycji.

Dopiero się zacznie. Podbieg do Będkowic. Na górę dobiegam już 5. Następnie zbieg do Doliny Kobylańskiej, na którym mijam kolejnego rywala. Trzymam się blisko pleców trzeciego zawodnika i kawałek za nawrotką pod Żabim Koniem przeprowadzam skuteczny atak. Powrót jest po tej samej trasie, więc wiem, że jak utrzymam tę pozycję do początku zbiegu do Doliny Będkowskiej, to już jej nie oddam do końca. Udaje się. Na zbiegu powiększam bezpiecznie przewagę i lekko zmierzam w kierunku mety. Trzeci w open!


Fot. Karolina Gruchała


Bieg Marduły. Tatrzański vertical.

W Tatrach fura śniegu! Organizatorzy długo trzymają nas w niepewności odnośnie przebiegu trasy. Nie wiadomo, czy wyższe partie Tatr będą bezpiecznie osiągalne, a byłaby to wielka strata dla tego biegu. W końcu w ostatnim tygodniu pada informacja. Wypada Karb i Świnicka Przełęcz. Uff, trasa ma i tak prawie 28 kilometrów, a tego potrzebuję przed kolejnym biegiem.

Od początku pozycjonuję się w grupie, która leci tempem podobnym do mojego. Nie mogę się od nich oderwać, co lekko irytuje. Ciągle w górę. Kierunek Liliowe, potem Beskid. Wbiegamy we mgłę oraz na pola śnieżne. Temperatura odczuwalna spada poniżej 0 stopni, a my wszyscy przecież ubrani jesteśmy na krótko. Nareszcie Kasprowy Wierch, doping od niezawodnego Stacha. Zostawiam kije i zaczynamy dziki zbieg do Kuźnic. Ach, jakże o wiele lepiej zbiega mi się tu niż rok temu! Czwórki jeszcze świeże. Stąd już "niemalże" płasko. Jestem w stanie jeszcze podbiegać. W końcu nie lecę w tłumie. Meta – 39 miejsce. Jestem bardzo zadowolony z wyniku. To chyba najmocniej obsadzony bieg w Polsce. Przede mną same „konie”.


Fot. Materiały organizatora


Czerwiec. Upalne Rytro.

Rytro Visegrad Ultra to pierwszy wspólny wyjazd Stowarzyszenia SBG Podbieg. Sylwia, Bartek, Grzesiek, Arek i ja - wszyscy biegniemy w tym samym wyścigu. Nastroje bojowe, choć prognoza na ten dzień to +33 stopnie w cieniu. Bieg ma liniowy przebieg. Zaczynamy w Starej Lubovni na Słowacji spod majestatycznego zamku. Meta natomiast znajduje się w Rytrze. Początek bardzo biegowy, toteż zaczynam mocno. Lecę w 10-tce. W górę, w dół, bez większych wzniesień terenu na tym fragmencie. Niezwykle biegowa trasa. Zagaduję do jednego chłopaka, z którym chwilę wspólnie napieram. Okazuje się, że już ścigał się tu rok temu.

"Rzeczywiście taka straszna ta Makowica?" - pytam. Uśmiecha się dwuznacznie i mówi, że trzeba na nią zostawić rezerwy. Eee… tam! Do punktu na Przehybie dolatuję jako 7 zawodnik, mając szóstego na wyciągnięcie ręki. Dochodzę go jakieś 2 kilometry dalej w miejscu, gdzie rozpoczyna się długi 10-kilometrowy zbieg. Nie walczy ze mną nawet. Raźno zbiegam w kierunku Rytra. Tuż przed nim mijam piątego zawodnika! Napieram dalej, dobiegając do drogi głównej. K...a! Brak oznaczeń! Pytam strażaczki, pilnującej przejścia przez jezdnię, którędy. Macha mi ręką, więc biegnę w tym kierunku.

Coś jest nie tak. Trasa do tej pory oznaczona była perfekcyjnie, a tu nic! Zbiegam z głównej drogi nad Poprad. Są taśmy! Ale chwila, chwila - przypominam sobie, że w Rytrze koło restauracji miał być punkt odżywczy. Jestem za nim, czy przed nim? Zastanawiam się. Dochodzę do wniosku, że go minąłem. K...a, a tak dobrze szło! Roznosi mnie złość. We flaskach już ani kropli. Muszę znaleźć ten punkt. Biegnę pod prąd. Mijam się z dwoma gośćmi, których już wyprzedziłem. Punkt jest ok. 400 metrów dalej. Ta sytuacja wybija mnie z rytmu.

Ile straciłem? 5-10 minut. I dwie pozycje. Uzupełniam picie, woda na głowę i z furią napieram naprzód. Spadłem na 7 miejsce. Pierwszego z rywali dochodzę tuż przed mostem nad Popradem. Kolejnego jednak nie widzę. Zaczyna się osławione podejście na Makowicę. Oj, nie kłamali, kiedy straszyli tym fragmentem trasy. Ciągle w górę. 600 m na pięciu kilometrach. Masakra! Nie zatrzymuję się jednak i napieram naprzód ze wszystkich sił. Tempo jednak żałośnie spada. Za mną na szczęście nikogo w zasięgu wzroku. Przede mną, niestety, też nie... Temperatura osiąga właśnie dzisiejsze maksimum, kiedy zaczynam kolejny tego dnia zbieg do Rytra. Woda się skończyła, na szczęście 15 minut później jestem na ostatnim punkcie odżywczym.

Jeszcze mały krótki zbieg i...Asfalt! A tu? Nie jestem w stanie biec. Beton w nogach! Co jest? Idę przed siebie, niemalże potykając się o własne nogi. Stąd, bagatela, 3 kilometry drogi do mety. Ale lekko pod górkę! Obracam się nerwowo. Na drogę wpada mój rywal. Oj, widzę, że też dał z siebie wszystko tego dnia! Łapie równowagę, trzymając się barierek wzdłuż drogi i idzie w moją stronę. Heh, zanosi się na żółwi finisz w naszym wykonaniu. Kontrolując to, co się dzieje za mną, naprzemiennym marszem i biegiem docieram do mety. Uff, nareszcie! Jestem wykończony. Warunki tego dnia były ekstremalne. Gdyby nie to zgubienie trasy, to udałoby mi się zejść poniżej 6 godzin.

Dużo radości sprawia Sylwia, która finiszuje jako druga kobieta. Ostatnie kilometry biegła, podsumowując je krótko: „Misza, kazałeś biec ten ostatni fragment, to k…a biegłam!”. Super!


Fot. Materiały organizatora


Czerwiec. Harda Martyna.

To zupełnie nowe doświadczenie. Martyna prosi mnie o support na Hardej. Tak, na tym hardkorowym triatlonie! Trochę się zastanawiam, bo po pierwsze będę wtedy tydzień po Rytrze, gdzie planowałem napierać mocno od startu do mety. Poza tym nigdy wcześniej tego nie robiłem, a to jednak cholernie duża odpowiedzialność. Ale że lubię wyzwania, to wchodzę w to i stwierdzam, że było to jedno z lepszych biegowych doświadczeń w sezonie! Wyjazd z rodziną pod Tatry. Od 16.00 obserwuję postępy Martyny na trasie. Etap pływacki zajmuje jej dwie godziny. Teraz rower. Śledzimy, jak kropka przesuwa się po mapie. Są emocje! Ależ ona napiera! Nie zwalnia, tylko "łyka " kolejnych rywali. Zaczynam się stresować, bo etap biegowy jest przecież kluczowy.

To 55 kilometrów trudnej przeprawy przez Tatry. Czy będzie jeszcze miała siły? Czy da radę? Czy ja będę potrafił ją zmotywować? Wspomóc? Jak, do jasnej cholery, przecież będzie już po ponad 12 godzinach napierania bez przerwy!? Z emocji nie mogę zasnąć. O północy odbieram telefon z informacją, że Martyna napiera jak dzik i będzie około 3.00 nad ranem już po rowerze. Kieruję się zatem na parking u wylotu Doliny Chochołowskiej. Z Tomkiem (drugi support biegowy) przygotowujemy plecaki. Na moich plecach, poza własnym ekwipunkiem, ląduje zapas wody, 10 bułek i ciuchy na zmianę. Pijemy kawę i śledzimy GPS. Jest tuż, tuż. Przyjeżdżają inni zawodnicy.

Zmęczeni! Okropnie zmęczeni! Niektórzy kilkanaście minut dochodzą do siebie... Jedzie Martyna! Uśmiech od ucha do ucha. Luz. WTF?! Zmiana ubrania, butów, banan... 5 minut i jest gotowa do biegu. Niesamowite! Ruszamy, spokojnie truchtając przez dolinę, od czasu do czasu wplatając marsz. Droga nie dłuży się. Zagadując, staram się odciągać jej myśli od zmęczenia, którego Martyna w ogóle nie okazuje. Ale przede wszystkim pilnuję, by regularnie co 15 minut piła kilka łyków wody i co godzinę jadła porcję jedzenia. Dość sprawnie i szybko jesteśmy na Grzesiu. Napieramy na Wołowiec. Na zbiegu Martyna zalicza upadek. Uff, na szczęście wszystko okej.

Następnie droga prowadzi na Jarząbczy Wierch, a potem kolejno Trzydniowiański i Starorobociański. Ornak (szczyt) - tu Martyna sygnalizuje problemy żołądkowe, szybko jednak dochodzi do siebie. Zbieg do schroniska po kamiennych stopniach. Boli ją kolano – to konsekwencja upadku na Wołowcu. Pakuję w nią voltaren i zbiegamy. Przy schronisku na Hali Ornak czeka Tomek - on przejmie wartę w drugiej połowie trasy. Chwila przerwy na przepak i jedzenie i ruszają! Do wieczora śledzimy walkę Martyny na trasie. Emocje są ogromne! I wspaniały finał - dociera do mety pod Mokiem jako pierwsza kobieta! Cieszę się ogromnie, że choć odrobinę mogłem przyczynić się do tego sukcesu! Martyno, jeszcze raz wielkie gratulacje!


Fot. Archiwum prywatne


Lipiec. Złote Wadowice.

Przed biegiem czuję się mocny jak nigdy. W tygodniu po raz kolejny biję rekord na naszej krosowej 11-kilometrowej pętli. Nie ukrywam przed sobą ani innymi, że przyjechałam tu po zwycięstwo. W trakcie rozgrzewki czuję niepokojący ból w pachwinie... Kiedy jednak rozpoczyna się wyścig, adrenalina sprawia, że już o tym nie myślę. Wbiegam na trasę jako pierwszy i, nie oglądając się za siebie, napieram naprzód. Dziwne uczucie - nikogo przede mną, więc muszę nadawać tempo. Nie przesadzam jednak i trzymam rezerwy na końcówkę. W efekcie na 6 kilometrze dogania mnie i wyprzedza jeden z rywali. Ze spokojem trzymam się na jego plecach przez około 2 kilometry. Odpoczywam, bo wiem, że biegnie wolniej niż ja mogę. W końcu podkręcam tempo i przypuszczam atak, ponownie wysuwając się na szpicę.

Lecę już na pełnych obrotach. Na 10 kilometrze zaczyna mocno padać! Wbiegamy na asfalt. Tempo już poniżej 3:40, oglądam się i widzę rywali około 100 m za plecami. Są daleko! Byle tylko nie popełnić błędu na ostatnim technicznym zbiegu. Nogi jednak niosą pewnie i wpadam na metę z 14-sekundowa przewagą. Zwycięstwo! Nareszcie!


Fot. www.gazetakrakowska.pl


Lipiec. Rewanż na Ultra Trail.

Pamiętacie ból, który zaniepokoił mnie przed ubiegłotygodniowym startem? Niestety, nasilił się tak bardzo, że mam problemy z chodzeniem. Wyjazd na DFBG wisi na włosku. Ratuje mnie Bartek. Diagnoza - nadwyrężony mięsień biodrowo-lędźwiowy. Terapia manualna oraz zabiegi diatermii stawiają mnie na nogi. I całe szczęście! Bo dzięki temu mogłem zaliczyć mój najlepszy start w roku. Niby dalekie 10 miejsce. Ale w potwornie mocnej stawce! Dodatkowo potężny kryzys, ale równie wielkie odrodzenie. W efekcie niemalże sprint i walka o pozycje do ostatnich metrów przed metą. Nabiegałem kilku naprawdę lepszych od siebie, 10 pozycję wywalczając na finiszu 500 m przed metą! Co to była za walka! Ale po kolei.

Zaczynam mocno, bo „czasówki” mam bardzo ambitne. Trasę znam z zeszłego roku (kiedy to zgubiłem się, tracąc ok. 20 minut), więc wiem, gdzie można zyskać, a gdzie stracić. Do 40 kilometra biegnie mi się znakomicie, a potem bach! Brak energii. Zniechęcenie. Wcześniej trochę bolał mnie żołądek i odpuściłem przyjęcie jednego żela. Niestety, teraz pora za to zapłacić. Człapanie przez kolejne kilometry, czas ucieka, zostaję też wyprzedzony przez jednego zawodnika. Mimo tego po 6 godzinach z hakiem docieram do punktu w Orłowcu. Stąd tylko niecałe 10 kilometrów do mety, a ja zaczynam czuć się coraz lepiej. Ostatnie podejście bardzo się dłuży. Zaczynam marszem, ale potem ośmielam się i zaczynam go przeplatać biegiem.

Energii dodaje mi fakt, że widzę za plecami kilku zbliżających się silnych rywali. Są tuż-tuż. Ale przecież nie odpuszczę! Już pod koniec podejścia biegnę. Ostatnie 6 kilometrów to zbieg, który lecę ze średnią poniżej 4:00! A przecież to 63 - 69 kilometr trasy! Rzucam na szalę wszystko, co mam. Tasuję się z jednym z zawodników, finiszującym na moim dystansie, ostatecznie wychodzę na swoje 200 m przed meta. Opłaciło się! Wiem, że dałem z siebie wszystko.

Sierpień. Wolontariat. Ultrapraca.

Pół roku działania naszego stowarzyszenia (Stowarzyszenie Biegaczy Górskich Podbieg) zaowocowało już kilkoma wspólnymi wyjazdami na zawody, a teraz decydujemy się podjąć odpowiedzialnego zajęcia, jakim niewątpliwie jest obsługa punktu żywieniowego podczas imprezy Gorce Ultra Trail na dystansie 102 km. Nasz punkt zlokalizowany był w Obidowej. Jedziemy we czwórkę: Staszek, Grzesiek, Kamil i ja. Punktem, ze strony organizatora, pokieruje Gabi. Dodatkowo w najgorętszym momencie z pomocą wpada Sylwia z mężem i z dzieciakami. Z zadania wywiązujemy się znakomicie, o czym świadczą pojawiające się w internecie bardzo przychylne opinie uczestników biegu.

Cieszymy się, że mogliśmy swoją pracą pomóc innym biegaczom. Ponadto to niezwykle interesujące doświadczenie oglądać cały przekrój stawki. Uśmiechy, skupienie i ogromną satysfakcję niezależnie od zajmowanego miejsca. Największym zwycięzcą jest przecież ten, który czerpie z tego najwięcej radości. Cała prawda. Udany dzień kończymy wycieczką biegową na Turbacz. Noga podaje, biegnie się super. Uwielbiam Gorce!


Fot. Archiwum prywatne


Sierpień. Ultrajanosik. Ultra porażka czy ultra lekcja? Czyli słów kilka o tym, jak nie zostałem legendą.

To ten bieg, na którym miałem się czuć jak ryba w wodzie. W końcu Tatry schodziłem wzdłuż i wszerz. Latem i zimą. W poziomie i w pionie. Wypełnia go, niestety, pasmo błędów niechybnie prowadzących do mojego pierwszego biegowego DNF-a. Błąd pierwszy - nie stawiaj się w gronie faworytów wyścigu. Błąd drugi - nie realizuj tego scenariusza w praktyce! Nie było moim najlepszym pomysłem mocne napieranie od samego początku. Kiedy na technicznym odcinku Grzebień - Rohatka mijam kilku zawodników i od ratownika dowiaduje się, że jestem trzeci, zapala mi się lampka ostrzegawcza. Ale przecież czuję się dobrze, więc tylko lekko zwalniam i jako 5-ty zawodnik docieram do punktu w Hrebienioku.

Tu popełniłem błąd przekreślający moje szanse na dobry wynik. Wiem, że kolejny odcinek to długie, żmudne podejście pod Skalnate Pleso i Świstówkę... Do tego w pełnym słońcu! Na tę okazję miałem dodatkowy pusty flask w plecaku, którego jednak, w ferworze walki, zapominam napełnić! Jest gorąco, muszę się nawadniać. W okolicach stacji kolejki kończy mi się woda. O suchym pysku toczę się przed siebie. Zwalniam, a nawet zatrzymuję się... Następuje odcięcie energii, jakiego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Niemalże doczłapuję do strumienia tuż pod Świstówką, z którego łapczywie piję. Jakoś zbiegam do punktu nad Zielonym Stawem.

Wypijam dużo, ale jest już za późno, to już nic nie pomaga. Ledwo biegnę, a to dopiero 42 kilometr. Kiedy na Szerokiej Przełęczy mijają mnie kolejni zawodnicy i spadam na 10 pozycję, kompletnie podcina mi to skrzydła. Podejmuję decyzję o wycofaniu się. Dobiegam do Zdziaru, tym samym zaliczając cały etap tatrzański i wywieszam biała flagę. Analiza błędów zrobiona, przyjdzie czas na rewanż.


Fot. Archiwum prywatne


Wrzesień. Powrót na Jurę.

Na Jurze spędziłem wiele dni. Jako wspinacz. Biegać mam tutaj okazję niezmiernie rzadko, ale zawsze chętnie!

To spontaniczny, nieplanowany start. Potrzeba podbudowania morale po ostatnim nieudanym jest ogromna, ale presja też. W tajemnicy zapisuję się na bieg Ultra Jura na dystansie 26 kilometrów, gdzie muszę po prostu zrobić swoje. Zaliczyć dobry bieg i oczyścić głowę. Jest piękny, słoneczny dzień, temperatura ok. 12 stopni - wymarzone warunki na dobry bieg!

Ruszamy równo o godzinie 11.00. Szybko formujemy grupę „potentatów” z Marcinem i Radkiem, na zmianę nadając tempo i budując przewagę nad resztą stawki. Trasa to super krosowe bieganie z kilkoma ostrymi, ale krótkimi podejściami, wirująca pomiędzy urokliwymi skałami tak charakterystycznymi dla naszej Jury. W okolicach 13 kilometra rzucam okiem na zegarek. Średnia 4:29 min/km! Ależ prujemy!

Czuję, że mam jeszcze zapas, ale jest za wcześnie, żeby przyspieszyć. Pierwszy sygnał do ataku daje Radek (jak się okaże chwilę później - zwycięzca zawodów). Około 15 kilometra rzuca krótko: „Panowie, pora przyspieszyć” i nadaje mocne tempo, podbiegając pod strome wzniesienie. Udaje mi się utrzymać na jego „plecach” na podejściu, zbiegu i kolejnej prostej. Kolega Marcin zostaje z tyłu. Ja jednak też tracę pomału kolejne metry, trzymając jednak lidera w zasięgu wzroku. Do mety dobiegam na drugiej pozycji z 43-sekundową stratą do Radka i prawie 5 minutami przewagi nad trzecim Marcinem. Udaje się. Mimo kameralności biegu bardzo cieszy 2 miejsce w open, ale przede wszystkim tempo! 4:33 na 26,4km (+/-700 m) uznaję za bardzo dobre. Zadanie wykonane.


Fot. Materiały organizatora


Październik. Piątka na dobry początek. Projekt „Under 17”.

Coroczny sprawdzian na 5 km. Półtora pętli wokół krakowskich Błoń. Zakładam sobie ambitny, ale realny plan złamania 17 minut. Start poprzedzony zostaje kilkoma treningami w tempach, które dają rokowania na sukces. Dzień startu wita nas nieprzyjemną aurą, jest mokro i wietrznie. Trudno. Biegnę, perfekcyjnie realizując zadanie do 3 km. Dochodzę 4-osobową grupę prowadzącą. Czemu tak zwolnili? No jasne, biegniemy pod wiatr. Zwalniam również i ja do 3:30. Nawrotka i ostatnia prosta - kilometr do mety. Rzucam do walki wszystkie siły, nadrabiając zepsutą na przedostatnim kilometrze średnią. Finiszuję jako 4 zawodnik w open. 16:55. Średnia 3:23. Nieźle jak na ultrasa, prawda?

Finał. Łemkowyna - wiatrowyna.

Mówią na nią „błotowyna”. Ciekawe. Startuję tu po raz trzeci i jeszcze nie miałem okazji doświadczyć tego legendarnego błota! Jestem podbudowany ostatnimi udanymi startami i nie mogę się doczekać tego biegu, który jest dla mnie finałem sezonu. Jestem jednak również mocno zmęczony całym okresem biegowym. Chcę dobrze wypaść, a potem zasłużenie odpocząć. Tydzień poprzedzający to choroba córki. W efekcie do ostatniego dnia nie jestem pewien, czy pojadę. Dostaję jednak zielone światło. Wyjeżdżamy ze Staszkiem w sobotę rano. Nie czuję się ani wyspany, ani rześki, ale wiem, że jestem dobrze przegotowany. Ponadto biegnę ten wyścig trzeci raz, więc doskonale znam trasę. To bardzo pomaga.

Chwilę po 10.00 ruszamy z Iwonicza. Do Rymanowa docieram na 4 pozycji i zrównuję się z 3 zawodnikiem. Do asfaltu przed Puławami biegniemy razem. Tam podkręcam tempo i odjeżdżam. Co jak co, ale asfalt to moja mocna strona. Na 6-cio kilometrowym odcinku buduję ponad 3 minuty przewagi. Wiem, że liderów nie dogonię. Są za szybcy. Ale nie o to chodzi. Muszę uciekać i pilnować tego, co mam. Trzecie miejsce na takiej imprezie? Biorę w ciemno! Jedziemy! Puławy. Tu szybki pit-stop (dzięki Stachu!) i biegnę dalej. Leci się lekko, aż tu skręt i... Obracam się twarzą do wiatru. Łooo! Ale pizga! Trzeba przejść do marszu. Docieram do granicy lasu i dopiero tu da się znowu biec.

Bardzo krosowy, biegowy odcinek. Raz w górę, raz w dół. Napieram, mijając kolejnych zawodników z „siedemdziesiątki”. Ostry zbieg do Przybyszowa, a tam niespodzianka – ponownie czeka na mnie Staszek. Napełnia flaski, mówi, że wyglądam dobrze, że mam wyścig pod kontrolą. Chwila moment i już znowu jestem w biegu. Od tego miejsca zaczyna się mój ulubiony fragment trasy. Las staje się jakby bardziej dziki, a ja od dłuższego czasu napieram w samotności.

Jest pięknie. Utrzymuję przyzwoite tempo i nawet nie oglądam się za siebie. Od 42 kilometra zaczynam czuć, że nogi są już zmęczone, walczę z lekkimi skurczami, ale nosem czuję już metę! Wbiegam na końcowy asfalt - za mną nikogo, więc nieśpiesznie zmierzam w kierunku mety. Staram się jak najbardziej rozciągnąć w czasie ten ostatni kilometr oraz tę radość w sercu, która mi towarzyszy. Wizualizowałem sobie ten moment od początku wyścigu i właśnie staje się on rzeczywistością. Przekraczam metę w Komańczy jako trzeci zawodnik. Boże, ale szczęście. Jakiż piękny finał!


Fot. Manuel Uribe Photography


Koniec?

Czym dla mnie jest bieganie ultra? To przede wszystkim emocje. Te pozytywne i nie. Przeplatają się tu jak w życiu. Radość ze zwycięstwa, gorycz porażki. Przezwyciężanie własnych słabości oraz sportowa rywalizacja. Ta moja ultraprzygoda właściwie dopiero się rozpoczęła. Wierzę, że wiele jeszcze przede mną.

Kończąc, swoje osiągnięcia chciałbym zadedykować córeczce, której obecność daje mi motywację. Dziękuję wszystkim tym, którzy mnie wspierają, kibicują. Szczególnie Żonie – za nieustające wsparcie, Mamie – za to, że się zawsze o mnie martwi, Staszkowi za towarzystwo w każdych warunkach oraz mentoring, całemu SBG PODBIEG za super biegową atmosferę.

Ponadto ukłony dla Damiana - www.fizjoterapia-pasternak.pl - i Bartka - fizjoterapia-hajduk.pl – wspaniali rehabilitanci, którzy naprawiają to, co ja zepsuję.

Plany na kolejny sezon zrobione, teraz pora brać się solidnie do roboty!

Michał Brysz
Kraków, grudzień 2019 r.



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał

 Ostatnio zalogowani
fit_ania
00:17
mariuszb
23:34
szyper
23:25
szczupak50
23:22
kenji
23:17
kos 88
23:15
marekch11
22:43
runner
21:56
Bystry1983
21:53
Admirał
21:52
rodzyn
21:34
kasar
21:30
adam67
21:23
szymk
21:20
wejac
21:19
beny76
21:05
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |