Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

        

Przeczytano: 1686/346930 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:10/2

Twoja ocena:brak


Dlaczego Łemkowyna 150 jest morderczo trudna?
Autor: Stanisław Polak
Data : 2017-10-24

Dlaczego Łemkowyna150 jest tak morderczo trudnym biegiem?
Ostrzeżenie: Tekst baaardzo długi. Trzeba być prawdziwym ultrasem, aby dotrzeć do jego końca. Kto nie czuje się na siłach, niech od razu "odpuści":).


Dedykacja
Zawsze, gdy duch, umysł, siła woli i determinacja zwyciężają nad słabością ciała, ułomnością naszej człowieczej natury, wzbudza to szacunek, podziw, uznanie i respekt. To przyklad i nadzieja. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Piotr zadziwił, Piotr udowodnił, Piotr zwyciężył. Chylę przed Tobą czoła, przyjacielu.


Bohater jest tylko jeden
- Stachu, szybko chodź na metę. Prażma przybiegł.
- Słucham? Piotrek przybiegł? Już? Niemożliwe! Zaraz będę. Biegnę z namiotu. Już go widzę. Na niedźwiadka! Całuję z rozpędu w policzek. Tak się cieszę, tak cholernie się cieszę! Chłop nie poddał się, walczył, szedł, biegł, przeżywał mniejsze i większe kryzysy. I niesamowicie przyspieszył w końcówce. Jak on to zrobił, że zmieścił się w limicie czasu? Przecież musiał biec cały czas ten ostatni odcinek z Przybyszewa, a to bardzo trudne, zwłaszcza po ponad trzydziestu godzinach na trasie. Patrzę z niedowierzaniem na zegar. 34 godziny 48 minut i 31 sekund. Niewiarygodnie! Dokonał tego! Skurczybyk! Ściskam go raz za razem. On też jest jak natchniony. Zabieram mu plecak, Zdzichu kijki. Prowadzę trochę pod pachę. Pomagam. Nagle wzywają go. Organizator prosi, aby ustawił się do wspólnego zdjęcia ze zwyciężcą biegu. Zasłużył jak nikt! Fota z Otevrelem Vitem, który nieprawdopodobnym czasem 16 godzin i 39 minut ustanowił rekord trasy. Wspaniały pomysł, wart powielenia na innych zawodach. Dobrze byłoby to wzbogacić o całą oprawę: zwyciężca wita na mecie ostatniego zawodnika, wręcza mu osobiście medal, organizator obdarowuje specjalną nagrodą. Niestety, nasz Bohater ma "tylko" zdjęcie z triumfatorem. Dobre i to. Nie marudzimy.



Piotrze - Bohaterze Ty jeden!

Strach (kilka miesięcy wcześniej)
Boję się. Grzesiu również. Bo jakże to inaczej nazwać, gdy mamy przed sobą Cracovia Maraton 2017, a my rozmawiamy o biegu, który ma się odbyć za pół roku? Chyba nie jest to normalne? Strach. Nic innego. Na samą myśl włos jeży się mi na głowie. Na razie nie mogę zwizualizować biegu, pokonania trasy, wbiegnięcia na metę. Umysł jest poza tym. Strach!

Determinacja. Starty
Rozmawiamy, w jaki sposób przygotować się do tego wyzwania. Powstaje plan. Długofalowy. Jego elementami są starty rozciągnięte w czasie. Najpierw Cracovia Maraton. Wychodzi znakomicie. Poprawiam wynik o ponad 7 minut, Grześ aż o 10. Czego chcieć więcej? A jednak żal! Mnie tak mało brakło do "złamania trójki". Skurcze. Cholerne skurcze! I wcale nie jest to brak minerałów, jak na siłę lansuje to większość biegaczy. A przecież to tylko na rękę koncernom farmaceutycznym. To zwyczajne braki dostosowania do wysiłku tkanek miękkich. Mój rehabilitant w pełni się z tym zgadza, próbując doprowadzić moje łydki do normalności. Zajmuje to trochę czasu.

Po maratonie przyszedł czas na Ultramaraton Jaga-Kora. 69 km w górach. Znakomita oprawa zawodów! Biegacze organizują imprezę dla biegaczy. To widać na każdym kroku. Wszystko dopracowane. Kontekst historyczny w tle (Jaga i Kora to nazwa legendarnych tras kurierskich na trasie Warszawa - Budapeszt podczas II wojny światowej). Bieg usytuowany w Beskidzie Niskim ze startem i metą w Rymanowie Zdroju (http://jaga-kora.com/). Udaje mi się pokonać trasę w 7 godzin i 28 minut. Wydaje się, że szybko. Niestety, pozwala to na zajęcie "tylko" 7 miejsca, choć była realna szansa na "pudło".



Ponownie skurcze ud i łydek przekreśliły moje ambicje sportowe. To doprowadza mnie do rozpaczy. Długo mentalnie nie mogę dojść do siebie. Rodzi się prawdziwa determinacja w moim umyśle. Zmieniam podejście do treningu siłowego. Namawiam Grzegorza. Nie oponuje. Wręcz cieszy się nowością. Włączamy skakankę. To rodzaj i rozgrzewki przed bieganiem, i ćwiczenia plyometrycznego. Następnie pojawia się bieganie boso po asfalcie. Zrazu niewinne, z biegiem czasu zajmujące poczesne miejsce w treningu. W końcowym okresie były to 2 kilometry biegu w tempie poniżej 5 minut na kilometr. Chyba całkiem nieźle? Jak myślicie:)? Do tego coraz więcej przysiadów, wypadów. W końcowym okresie robimy po 300 (a nawet więcej) tuż po treningu biegowym. Zgodnie z sugestią fizjoterapeuty nasze wspięcia na palce (w celu wzmocnienia łydek) zmieniły zakres ruchu. Teraz wykonujemy je, wykorzystując do tego schody. Pięty wyraźnie opuszczamy poniżej linii palców. Tu dwie sekundy bezruchu. Pozwala to na rozciągnięcie w pełnym zakresie, po czym następuje faza spięcia mięśni - wzniosu.

Kolejnym elementem jest bieganie tyłem. Skuteczne wzmacnia tylne partie nóg, dodatkowo jest to jakiś element priopriocepcji. Robimy to, odbijając się ze śródstopia. Po powrocie do domu obowiązkowo trening brzucha i grzbietu. Ja preferuje martwy ciąg z hantlami.

Dodatkowo raz lub nawet dwa razy w tygodniu wspinam się w skałach (bardzo to kocham:)), Grzegorz za to włącza jazdę na rowerze. Nie zaniedbujemy niczego.

W międzyczasie startuję w kolejnych zawodach na krótszych i dłuższych dystansach (XII Międzynarodowy Bieg Kraków-Skotniki - tuż po maratonie, Zamczyska Trail, Xterra Poland 2017 - wygrywam swoją kategorię:), PZU Bieg Trzech Kopców - ustanawiam swój rekord). Zwieńczeniem tego okresu jest pokonanie w ramach treningu całej grani Tatr Zachodnich (zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu, np.: http://www.biegigorskie.pl/relacje/w-strone-marzen/) oraz start w III Biegu Granią Tatr. Czuję rosnącą moc. Wiem, że wraz z Grzegorzem jesteśmy na właściwej ścieżce.

Przekonanie. Cel
Rodzi się we mnie pewność i przekonanie, że podołam wyzwaniu. Nie może być inaczej. Wizualizuję zadanie i wiem, że tego dokonam. Już nie dostaję gęsiej skórki na samą myśl o 150-kilometrowym biegu, ale narasta we mnie sportowa złość. Nie mogę wręcz doczekać się "walki". Nastrajam się jak do najważniejszej bitwy życia.

Kształtuje się również powoli cel. Głównym nie jest już "zaliczenie biegu" (choć nadal tego nie lekceważę; to poważne wyzwanie), ale pokonanie trasy Łemkowyny 150 w czasie poniżej 24 godzin (w 2016 r. dokonało tego tylko 15 zawodników, zadanie zatem pozostaje wciąż ambitne). Do tego, nie ma co ukrywać, w powietrzu wisi podtekst rywalizacji ze Zdzichem. Atmosferę podgrzewają koledzy. Robią zakłady: czy maratończyk (Zdzichu) ze świetnym czasem 2:48 pokona Stacha? Grzegorz ma wątpliwości (nie chce "przyklepać" zakładu:)) - ja wierzę w siebie, w przygotowania, metodykę, moją determinację. Wierzę w siebie. Dam radę!

Siłownia
Sześć tygodni przed startem w Łemkowynie włączamy trening na siłowni. Raz w tygodniu. Składa się na to z jednej strony trening czysto siłowy (martwy ciąg, wyciskanie sztangi na ławce, pompki na poręczach, wyciskanie hantli nad głowę, uginanie przedramion ze sztangielkami, trening siłowy brzucha z wykorzystaniem bloczka wyciągu pionowego, odwodzenie i przewodzenie nóg na maszynie, wspięcia na palce na maszynie, wyciskanie ciężaru nogami na suwnicy; operujemy niemalże maksymalnymi cieżarami, a Grzegorz bije rekord za rekordem), z drugiej - bieg pod górę na bieżni mechanicznej z odpowiednim nachyleniem i prędkością. 5 km. To ciężkie zadanie.

Wisienką na torcie jest wspomniane wyciskanie ciężaru nogami na suwnicy. Udaje mi się dojść do ciężaru 220 kg przy 8 powtórzeniach. Dużo, mało? Jak myślicie? Ja jestem zadowolony:). Za każdym razem powtarzam na głos: To dla ciebie, Zdzichu (wybacz, przyjacielu - może nawet nie wiesz, że byłeś dla mnie inspiracją i motorem napędowym. Mam nieodparte wrażenie, że również i ja mogłem być dla Ciebie:).

Wiara
Jestem gotowy. Wierzę, głęboko wierzę w realizację celów. Wierzę w siebie. Dam radę! Przebiegnę 150 km Łemkowyny w czasie poniżej 24 godzin i pokonam mojego przyjaciela. Dam radę!

Piątek 13. Miła niespodzianka
Piątek. Naprawdę trzynastego. Chmmm... Zamyślam się. Niby nie jestem przesądny...

Niespodziewanie dźwięk dzwonka domofonu przerywa błogą ciszę w mojej twierdzy. Kto to może być? Córka? Powinna być w szkole. Aha, może syn powrócił? Student. Chodzi własnymi ścieżkami. Wiadomo:). Podnoszę słuchawkę. Na wszelki wypadek zadaję głupkowato trywialne pytanie:
- Słucham?
- Grzesiek. Jaki znów G...? Aaa..., Grzesiu:). Co on robi o tej godzinie u mnie w chacie?

Kolega miły mnie odwiedził. Pamięta. Podpytuje. Dopytuje. Rozmawiamy chwilę o moich przygotowaniach. O sprzęcie. O strategii. Częstuję go, a jakże, witaminą c i prawdziwym sokiem z malin. Zasysa z chęcią. Trzyma kciuki. Będzie śledził mój bój na trasie. Życzy powodzenia. Miło. Bardzo miło. Nawet nie wiesz, chłopie jeden, jaką miłą niespodziankę sprawiłeś mi tymi odwiedzinami! Czuję się i doceniony, i jeszcze więcej zmotywowany. Na starą gwardię zawsze można liczyć. I jakże nie dawać na zawodach wszystkiego z siebie? Nie można przecież zawieść moich wiernych kibiców:).

Muszkieterów czterech
Jest piątek po południu. Jedziemy. Ja, Grzegorz, Piotr, Zdzichu. Prowadzi mistrz kierownicy, Adrian. Fiat croma mieści wszystkich bez problemu wraz z bagażami. Cel: Krynica. Planujemy dotrzeć tam przed 21. Po drodze rozmów nie ma końca. Chichy, śmiechy:). Bez problemu zjawiamy się na miejscu i bardzo sprawnie odbieramy pakiety startowe. Trzepią:). Sprawdzają bardzo dokładnie całe obowiązkowe wyposażenie. I bardzo dobrze. Bieg długi - różnie może być. Nie mamy z tym problemu. Przygotowani jesteśmy doskonale. Przebieramy się i kładziemy w korytarzu hali lodowej. Choć trochę jeszcze poleżeć na znak, rozluźnić mięśnie, zamknąć na chwilę powieki. Przed nami długi czas bez snu... Trochę wizualizuję. Widzę metę. Jest dobrze.




- Stachu, pobudka, musisz zdążyć odnieść depozyt.
- Dzięki. Już się zbieram. Zdzichu nie zapomina o mnie. A wpadłem już w lekką drzemkę:). Busy pełne torb, worków na przepak do Chyrowej oraz na metę.

Wracam pospiesznie. Chłopaki już prawie gotowi. Czekamy na Grzegorza. W końcu ruszamy na start. Ja trochę truchtam, wykorzystując ten czas na rozgrzewkę. Nie chcę zupełnie zimny zacząć bieg, zwłaszcza że od razu jest lekko asfaltem pod górę, by zaraz dość ostro skręcić na szlak. Jakoś nie klei się wspólna droga - każdy przemieszcza się innym tempem. Zdzichu przepada, Grzegorz od razu sygnalizuje, że musi swoim tempem, Prażma zaś zupełnie z tyłu. A tak marzyło mi się choć kilkaset początkowych metrów razem. Szkoda.

Start
Jest 24.00. "Start. Trzymajcie kciuki". Wysyłam esemes do grupy utworzonej w telefonie. Kilku wiernych fanów. Wiem, że po "drugiej stronie ekranu" czekają na sygnały, informacje ode mnie. Tych z samej trasy od strony organizatorów będzie niewiele: Wołowiec (43 km), Chyrowa (81 km), Puławy Górne (121 km). To tu, oprócz punktów żywieniowych, znajdują się maty "zczytujące" czas i miejsce zawodników.

fot. Piotr Dymus




"Ciśniesz, Stachu" - Misza pamięta o mnie. Czuwa, choć sam jutro walczy na trasie 48 km.
"Trzymamy kciuki. Dawaj do przody" - Krzysiek też nie śpi. Zaczynam zatem.

W świetle świateł
Ruszamy. Rozmów wokół mnóstwo. Moc lumenów bijących z czołówek. Kolorowe ubrania. Buffy na głowach. Prawie wyłącznie długie spodnie i koszule, choć sporadycznie widzę i krótkie. Moim zdaniem trochę za chłodno na to. Nierzadko kurtki. Ja świadomie umieściłem swoją w plecaku - jest za ciepło. Dreszcz lekki przebiega ciało. Zaczęło się. Odwrotu nie ma. Jestem gotowy na bój długi i zacięty.

Asfalt. Chyba ponad kilometr. Pod górę lekko. Jest dość ciasno. Około 400 zawodników. Zaczynam tak w okolicach 180 - 200 miejsca. Grzegorz niedaleko za mną, ale dość szybko znika mi z zasięgu wzroku. Każdy musi skupić się na sobie, dotrzeć do zakamarków duszy i tu szukać podpowiedzi. Koncentracja od samego początku. Nie chcę doprowadzić do jakiejś kolizji. Kijki trzymam grotami do przodu. Trzeba uważać na innych.

Wiem, że po zejściu z drogi jest wąskie gardło - ostry skręt w lewo i od razu dość stromo pod górę. Lekko przyspieszam, nie chcąc "zakorkować się". Skuteczna metoda ta. Pniemy się jeden za drugim, ale da się już czasami wyprzedzać. Nie spieszę się jednakże. Oszczędzam swoją czołówkę. Jest tak jasno... Dość szybko pocę się, choć, w przeciwieństwie do innych, nie mam czapki na głowie. Czasami jest trochę zimno, ale z drugiej strony już małe strużki spływają po plecach. Mam na sobie minimalistyczną koszulkę z długimi rękawami oraz power stretch. Ściągnę bluzę - będzie dyskomfort. Czuję to. Mając na sobie - pocę się. Pocieszam się, że wyżej będzie chłodniej. Istotnie - docieramy na szczyt Huzarów (864 m). Trochę zimniej. Patrzę na zegarek. Szybko, ale tempo zupełnie dla mnie niemęczące. Przed nami zbieg. Robię go na luzie. Zaczynam mijać systematycznie kolejne osoby. Dobrze. Zresztą od początku wyprzedzam. Nie ma to teraz jednak zupełnie znaczenia.

Myślę o pierwszym punkcie żywieniowym. Nie chcę dobiec tam w tłumie. Kłopot z napełnianiem bukłaka. Spokojnie jednakże robię swoje. Coraz mniej osób wokół mnie. O to chodziło. Już nastąpiło rozciągnięcie "peletonu".

Od czasu do czasu dobiegam do kogoś. Zamieniam kilka słów. Tylu ciekawych ludzi można poznać, tyle historii usłyszeć. Dopytać, czy wszystko w porządku. Trzeba się troszczyć o innych - w górach to nasz moralny obowiązek. Czasami biegnę razem z napotkaną osobą dłuższy fragment. Coraz częściej pojawiają się jednak odcinki pokonywane w samotności. Na to czekam. Ja i góry. Moja samotność. Mój wewnętrzny monolog z samym sobą. Z przyrodą. Zagłębiam się w sobie. Gdybym mógł, zamknąłbym oczy. Jest cudownie. Sił dużo. Bark tylko boli niesamowicie. Efekt kontuzji z siłowni. Niby biegniemy nogami, ale przecież góra ciała też całkiem mocno pracuje przy korzystaniu z kijków. A ja potrafię wycisnąć z nich dużo. Wstrzymuję się jednak aż sześć godzin z zażyciem voltarenu żelu. Po pierwsze nigdy nie używałem takich "specyfików" podczas biegów (w życiu codziennym również jestem głębokim ich przeciwnikiem), po drugie czekam, aż adrenalina zrobi swoje. Robi, ale i tak ból cały czas doskwiera niesamowicie. Pocierpię jeszcze. Można przyjąć tylko trzy tabletki na dobę. Chcę to opóźnić, na ile się tylko da. Zatem cierpię w samotności.

Chwila nieuwagi, a może trochę bardziej niestabilnego podłoża. Ląduję na prawym boku. Ręka w błocie, noga w błocie. Ech! Marek pyta, czy wszystko w porządku. Miło z jego strony. Tak, Marku - wszystko jest dobrze. Od jakiegoś czasu biegniemy koło siebie. Dobrze zbiega. Pasuje nam wspólne tempo. Ok. Popracujmy.

Wbiegamy na punkt w Ropkach. Szybko napełniam camelbak wodą (półtora litra), "wciągam" kawałki banana, wypijam 3 kubki coli i napoju izotonicznego i już mnie nie ma. Niebawem wysyłam esemes: "Ropki. 2.25. Tempo 7.20. Napieram". Marek tuż koło mnie...

W stronę Wołowca
Ostatnie dni zrobiły swoje - rzeczki, potoki są niskiego stanu, błoto tylko małymi fragmentami. Jest lepiej, niż się spodziewałem. Buty suche. Staram się, aby takie pozostały jak najdłużej. To bardzo ważne w perspektywie całej trasy.

Kozie Żebro (847 m). Jest trochę podejścia. Pracuję kijkami. Po to je mam. Widzę, że wyprzedzam, a przecież do niedawna najwięcej traciłem w tym elemencie. Marek zostaje ciut w tyle. Dogoni mnie. Jestem spokojny.



Rotunda (771 m). Kolejne podejście. Trochę mniejsze niż poprzednie. Mijam szczyt, wysyłam kolejną wiadomość: "30 km. Rotunda. 3.58 h. Tempo 7.56". Pewnie śpią, bo jakże inaczej. Jest czwarta rano:). Pojawia się Marek. Dobrze. W myślach mam już punkt w Wołowcu. To mniej więcej 44 kilometr. Dobrze zaopatrzony, z matą pokazującą czas i miejsce. Nie wiem, gdzie jest Zdzichu. To szansa na "złapanie" jego i mojego czasu.

Mijam Kingę Kwiatkowską. 35 kilometr. Kolega mówił, że przegram z nią. Ja w siebie wierzę, on chyba nie był pewien, bo zakładu "nie przyklepał":).

Zbieg. Dość długi. Mgła. Miejscami liście pod nogami, trochę gałęzi. Nie warto ryzykować wywrotką. Bięgnę swoim tempem. Wkrótce przekraczamy drogę i zaczynamy zbliżać sie do miejscowości Wołowiec, wcześniej trawersując zbocza Kamiennego Wierchu (710 m).

W końcu pojawia się punkt. W biegu ściągam plecak. Proszę bardzo uczynnych wolontariuszy o pomoc w nalaniu wody. Obsługują mnie momentalnie. Trochę zaskakuje mnie, że pomimo zimna chce się tyle pić. Znów korzystam z coli i napojów izotonicznych. Trochę owoców, ciastek. Dość szybko uciekam, poganiając Marka. To już 5 godzin i 48 minut. Tempo nadal bardzo dobre - 7.52. Informuję kibiców.

Błoto
Marek trochę mi ucieka. Ja zwalniam, próbując rozpaczliwie uniknać błotnej kąpieli. Jest 48 - 49 kilometr. Niestety, tego nie da się obejść. Nie ma szans na zachowanie suchej stopy. Powoli się z tym godzę. Błoto okleja buty, ochraniacze, przylepia się nawet do końcówek kijków. Nie pozwalam, aby za bardzo stracić do partnera. Wyrównuję. Tempo na tym odcinku spada. Zerkam na zegarek. 8.05. Nie ma się co boksować. Zrównuję się z Markiem. Mijam jedną, drugą dziewczynę. Przede mną jeszcze jedna. Rozmawiamy. To późniejsza zwycieżczyni kategorii kobiet: Ewelina Matuła. Powoli mijam ją, a Marek dociąga do mnie. Przed nami nie ma już pań. Tak będzie do końca. Naszym celem jest punkt na 64 kilometrze. Czekamy na promyki słońca.

Na niebie pierwsze oznaki przełamania nocy. Cudowny dzień przed nami. Słońce dodaje sił i nadziei. Wstaje. Cudowne widoki!



Muszę lekko w las. Wiadomo. Proszę Marka, aby trochę zwolnił, zjadł, napił się. Ja go dogonię. Akurat jest zbieg. Minęliśmy kilka osób. Niestety, nie czeka. Nie chce. Liczyłem na coś innego. Trudno. Ja sam poradzę sobie. Nie ma problemu. Żal tylko mały pozostaje...

Przełęcz Hałbowska (540 m). Ponownie tankuję wodę, trochę zjadam żywności wystawionej na stołach. Czuję, że za mało. Jakoś to jedzenie nie odpowiada mi do końca. Za punktem trochę pod górę i następnie zbieg do Kątów. Chyba najniższy punkt na trasie. Sporo obniżenia. Potem trzeba to ponownie wytruchtać. Tak jest. W oddali zabudowania. Pola, łąki, drogi lokalne. Znów samotność.

Wysyłam esemes: "Punkt na 65 km. 9 h. Tempo 8.11. Ktoś wie, na którym miejscu jestem ja i Zdzisław?". Dobrze byłoby już to wiedzieć. Jakiś czas cisza. Potem dostaję kilka odpowiedzi. Mają już (dopiero?) odczyt z pierwszego punktu pomiarowego. Po nim jestem na 64 miejscu, Zdzichu 52. Tracę do niego ok. 13 minut. Dobrze. Spokojnie. Cierpliwie. Wiedziałem, że tak będzie, że na początkowych kilometrach będzie przede mną. Ma świetną wydolność tlenową. Gdzie mnie tam do niego. Nie mogę rywalizować z nim w tym aspekcie. Ale góry to mój teren. Przygotowałem się do tego biegu. Postawiłem na siłę całego organizmu, w szczególności nóg i grzbietu. Martwy ciąg i wyciskanie ciężaru nogami na suwnicy. Wierzę, że sobie odbiorę włożony wysiłek.

Cały czas przemieszczam się sam. Sam. To mnie tylko napędza. Marka nie ma - może to i dobrze? Choć siła w zespole. Nie mam żadnych bólów, żadnych dolegliwości. Nawet bark zelżał. Czuję moc. Dam radę!

Zdzichu
Powoli zyskuję wysokość po wyjściu z punktu. Wyłaniam się z lasu. Przede mną polana. Długa, rozległa. Jakby służyła do wypasu owiec. W oddali widzę kolejnego zawodnika. Systematycznie zbliżam się do niego. Myślę: "Następny do kolekcji":). Jest wypłaszczenie terenu. Zasuwam. Zaczyna się zbieg. Przypatruję się. Czy mnie oczy nie mylą? Jestem coraz bliżej. Tak, to chyba...Zdzichu. Dobiegam do niego. To połowa 71 kilometra. Jestem trochę zaskoczony. Myślałem, że "dorwę" go na 100 - 120 kilometrze.
- Cześć.
- Cześć.
- Nie poczekałeś na mnie na starcie. A tak chiałem biec razem z tobą. W duchu myślę: "I ja teraz nie poczekam na Ciebie". Jestem zły. Nie ukrywam. Jest to z mojej strony niegrzeczne. Bardzo. Trochę aż mi się głupio zrobiło po tych słowach. Wybacz, przyjacielu. Jestem w tym momencie szczery. Wiesz, jak bardzo Cię cenię i ile mam do Ciebie szacunku. Zbiegamy. Kąty. Asfalt. Most. Troche boję się tego odcinka. Zdzichu może "odjechać". Ma wydolność. Na szczęście zaczyna się podejście. Będzie tego jakieś ponad trzy kilometry. Mocno pracuję kijkami. Świadomie podkręcam tempo. "Łykamy" jakiegoś zawodnika. Ku mojemu zdumieniu dość szybko "odjeżdżam" przyjacielowi. Patrzę na zegarek - jestem na 74 kilometrze.

Przepak w Chyrowej
Myślę już o Chyrowej. Zdzichu pozostał z tyłu. Nie czekam na niego... Sportowa rywalizacja bierze górę. Informuję o sytuacji kibiców. Jest mi tak dobrze... Napotkanemu fotografowi prezentuję naprężoną bułę:). Jest moc!

Kurcze! Nie ma oznaczeń. Rozglądam się. No, nie ma! Pomyliłem szlak! A niech to! Jestem wściekły! Cofam się jakieś 300 m. Tracę około pięciu minut na całą operację. Może Zdzichu nie przebiegł jeszcze tego odcinka? Mam nadzieję. Ale mina! Ponownie mijam zawodnika, którego jakiś czas temu "nabiegałem". No nie! Zdzichu przede mną. Duma cię zgubiła, Stachu. Za bardzo zadarłeś nosek do góry! Pan w niebiesiech pokarał cię za pychę. Przyjmuję z pokorą "karę". Coś tam wymamrotałem na usprawiedliwienie przyjacielowi i ponownie rwę do przodu. Trochę mnie dziwi z jaką łatwością. Ale to tylko pozory - Zdzichu nie odpuści. Za wysoka klasa, za duże doświadczenie, za mocny charakter. Nie odpuści mi! Wiem o tym. Do samego końca wynik nie jest pewny, choć wiary mi ani na moment nie brakuje.

Jest punkt. Tu mam przygotowany worek ze świeżymy skarpetami, butami, koszulką i yerbą. Niespodziewanie natykam się na Marka. Ubrany w kurtkę. Chyba planuje dłuższy pobyt. Już potem widzę, że przybiegł cztery minuty przede mną. Nic zatem nie zyskał na ostatnich kilkudziesięciu kilometrach poza czasem, gdy ja udałem się do leśnej toalety.




Proszę wolontariuszy o pomoc. Od razu ją okazują. Nalewają wody, przynoszą jedzenie. Jeden z nich pomaga w zmianie skarpet. Aż mi głupio. Ściąga mi je ze stóp... Inny z kolei opatruje moje obtarcie na stopie, które pojawiło się już ponad pięćdziesiąt kilometrów temu. To przez mała dziurkę w skarpecie. Skóra w tym miejscu tarła, tarła o buta i powstała niezła rana. Co tam - to tylko nic nieznaczący ból:). W tym miejscu nakleja mi mój plaster przypominający "drugą skórę". Do końca biegu nie będę miał z tym problemu. Raz za razem dziękuję im za pomoc. Kochani, odwalacie kawał dobrej roboty! Dziękuję z serca.



Obficie smaruję stopy sudocremem i zmieniam skarpety. Ubieram speedcrossy. Mają lepszy, nowszy bieżnik niż fellraisery. Przyda się to w drugiej części Łemkowyny.

Jest Zdzichu. Znów pojawia mi się myśl, aby ciągnąć dalej razem. Mówię mu o tym oględnie, ale chyba dłużej schodzi mu z ogarnięciem się. Zjadam co nieco, ale z zupy już nie korzystam. Stwierdzam, że za długo zejdzie. Trzeba wejść do budynku, muszą nalać. Pewnie gorąca. Schodzi. Czy to nie błąd? Mam tego świadomość. Wychodzę. Oglądam się raz i drugi. Kończy się asfalt, skręcam na lewo. Podejście. Długie. Rodzaj rozległej łąki. Tak na oko to ponad półtora kilometra. Wciąż nie ma nikogo za mną. Ani Marka, ani Zdzicha. To dobrze? Rozmyślam...

Powoli zmierzam w stronę Nowej Wsi. Jeszcze nie wiem, co mnie czeka...

Cergowa - ty morderczyni!
Według mojego zegarka jestem na 93 kilometrze. Przekraczam drogę krajową nr E371. Wolontariusze dbają o nasze bezpieczeństwo. Dzyn-dzyn, dzyn-dzyn. Dopingują. Macham przyjaźnie ręką. Zaczyna się, jak się okaże, mordercze podejście na Cergową (716 m). Ciężko. Pracuję kijami. Tętno rośnie. Wody w camelbaku coraz mniej. Czuję, że powoli ucieka ze mnie energia. Węglowodanów jak na lekarstwo w ciele. Pomimo to mijam jednego i wkrótce drugiego zawodnika. Ja cierpię - oni chyba bardziej. Co jest? Wyraźnie przeżywam krysys. To dla mnie kompletnie nowa sytuacja. Nigdy wcześniej nie doznałem takiego stanu. I znam jego przyczynę. Brak węgli. Kłopot w tym, że na samą myśl o przyjęciu kolejnego żelu czy batonu mam odruch wymiotny. Pat. Kwadratura koła. Cierpię. A te cholerne podejście nie chce się skończyć! Idę i idę, i idę! Bożę! Dodaj mi sił! Proszę! Nie opuszczaj mnie w tej chwili. Nie złorzeczę jednak, nie mówię nic. Byle do przodu. W końcu jakieś małe przełamanie terenu. Widzę rozpoczętą budowę. Będzie tu kapliczka, wieża przekaźnikowa? Znów trochę pod górę. W dół. Pod górę. Koszmar. Na siłę wciskam w siebie żel. Albo zwymiotuję, albo odżyję. Ohyda! Popijam. Kończy się woda, pomimo że w ostatnim punkcie zabrałem pod korek. Wyraźnie się ociepliło. A następny punkt znajduje się w Iwoniczu Zdroju. Jakieś bite sześć kilometrów. Nie wystarczy płynu. Nie poddam się! Jakoś dojdę, dowlokę się. Prędzej muszą mnie zastrzelić, bo i tak to ukończę! Doczołgam się!




Od jakiegoś czasu widzę w prześwitach drzew kogoś powoli zbliżającego się do mnie. W końcu jest w pobliżu. Zagaduję. Coś odpowiada. Chyba jest hiszpańskojęzyczny. Pytam po angielsku (na tyle mnie stać), czy zna rosyjski. Nie. W języku Szekspira to ja nie za bradzo. Stara szkoła:). On chyba tak samo. Mija mnie, ale czuję, że najgorsze już za mną. Przeganiam go na zbiegu. Znów zbliża się do mnie. Wylatujemy na asfalt. Wypijam ostatnie krople wody. Koniec. Po pewnym czasie mój towarzysz niedoli bardziej pokazuje niż pyta, czy mam coś do picia. Przykro mi, przyjacielu. Cierpię nie gorzej od Ciebie. Nie mam. Wleczemy się drogą. Nareszcie w dół. Biegnę. Czwórki bolą. Nic dziwnego. Skręt w lewo. Rozglądam się za sklepem. Dobrze byłoby coś kupić, w końcu po to mamy te obowiązkowe 50 zł w gotówce. Nie ma. Znów pod górę. Jest jakaś studnia, ale wokół nikogo. Nie chcę robić coś bez zgody właściciela. "Hiszpan" pozostał w tyle. W końcu przełamanie terenu. Na dół. Biegnę. Zabudowania. Niespodziewanie miła pani pyta się, czy chce wody. Boże! Jasne, że tak! Wskazuje skrzynkę w części zapełnioną butelkami. Widać, że niejeden korzystał. Wypijam duszkiem! Bóg Ci zapłać, dobra kobieto. Wydzieram się do "Hiszpana", że jest woda. Macha ręką. Zakumał. Koło niego chyba Marek...

Dobrzy ludzie z Iwonicza Zdroju
Dobiegam do punktu. Uratowany:). Od razu sadzają mnie na ławce i nie pozwalają wstać. Obsługują mnie jak królewicza. Starszy pan. Koło niego starsza pani. Blondynka. Od razu czuć, że to biegacze. Tylko się pytają, czego potrzebuję i podają niemalże na tacy. Cola. Izotonik. Pokrojony kabanos. Żółty, wędzony ser. Boże, jakie dobre! To się da jeść. Trochę orzechów. W międzyczasie rozmawiam z panem o kijkach (używa takich samych; chwali je jako najlepsze na świecie; no, święta prawda:), o plecaku z BGT. Biegł w Tatrach. Mamy wspólne doświadczenia. Aż żal opuszczać ich. Biorę do dłoni kabanosy, ser. Dobre! Czuję, że siły wracają. Jest Marek i "Hiszpan". Wychodzę. Biegnę. Rozglądam się. Nie ma ich. Szybko przemieszczam się przez centrum miasteczka i kieruję się górami w stronę Rymanowa Zdroju.

Wysyłam esemes: "Iwonicz Zdrój. 14.45. Tempo 8.33. 104 km. Łemkowyna wysysa siły".

Kromka białego chleba - niespełnione marzenie
Znam teren. Czasami biegałem tu z Grzegorzem. Gdzie on teraz jest? Jak radzi sobie na trasie? Nie mam informacji. Nie! Właśnie otrzymuję esemes od Krzysia. Czuwa. Śledzi. Pisze, że Grzesiowi bardzo spadło tempo. Traci już do mnie wiele godzin. Chyba zatrzymał się w Chyrowej. Niedobrze. Pewnie ma kryzys. Modlę się, aby go przełamał.

Już od dawna marzę o...kromce białego chleba. Energia. Przełamanie smaku. Myśl uporczywa drąży głowę. Kombinuję, że może ktoś by mi podał w Rymanowie Zdroju. Będziemy przebiegać koło kościoła. Najlepiej byłoby po prostu kupić bułkę, chleb. Ale tam nie ma w pobliżu żadnego sklepu. Dzwonię zatem. Krysia poza domem, Adrian, nasz kierowca wspaniały - w Bieszczadach. Martyna na weselu. Pech! A mogło być tak cudownie! Ta myśl nie opuszcza mnie i męczy przez wiele kilometrów. Aż do pewnego momentu:).

Znów informuję "świat" o miejscu i tempie: "15.57. Rymanów Zdrój. Tempo 8.38. 111 km".

Odcinek pomiędzy miejscowościami mija mi w samotności i dość szybko. Tak jest, gdy się wie, czego można się spodziewać. Tylko to błoto na niektórych odcinkach... Rezultat wycinki drzew i ich wywózki. Koleiny, błoto, koleiny, błoto... Grzegorz miał rację.

Smak ziemniaków niezapomniany
Powoli wychodzę ponad Rymanów Zdrój. W oddali dostrzegam sylwetki dwóch zawodników. Pewnie "Hiszpan" i Marek. Cały czas utrzymujemy między sobą tę samą odległość. Podejście pod Wołtuszową. Polana. Rzeźby. Kibice. Pięknie. Rozglądam się. Cudownie. Wchodzę w las. Nie, nie - przedzieram się przez niego. Woda, błoto, woda, plątanina krzaków... Fatalny odcinek! Wiem, że skończy się za jakiś czas, a potem zacznie się asfalt. Nim lekko w dół, by ponownie wspinać się pod górę, aż do punktu w Puławach Górnych. To 121 kilometr Łemkowyny. W stacji wyciągu znajduje się dobrze zaopatrzony punkt. Obiecywali ziemniaki i zupę dyniową. Mniam, mniam:). Raczej biegnę, czasami jednakże włączam marsz. Trzeba szafować odpowiednio siłami. Rozglądam się od czasu do czasu za siebie. Widzę chyba Marka. A "Hiszpan" gdzie? Nie kręcę tempa. Wolę, aby mnie Marek doszedł. Tak też się dzieje na kilometr przed stacją narciarską.
- Gdzie "Hiszpan"? Zajechałeś go?
- Zajechałem. Na podejściach. Marek nie ukrywa uśmiechu. Tak podkręcał tempo, że chłopina opadł z sił. W sumie ja również jestem rad. W końcu udało nam się go zgubić. Poza tym sportowo Polacy górą:). Mimo wszystko myślę o nim: twardziel!
Rozmawiam z Markiem o dalszej współpracy. Proponuję, abyśmy razem dotarli do mety, skoro i tak szachujemy się niemalże od początku biegu. Będzie raźniej. Raz on, raz ja będziemy "ciągnąć" bieg. Wspierać się wzajemnie. Ku mojemy zaskoczeniu nie jest chętny. Wspomina coś o sportowej rywalizacji. Namawiam go, w końcu macham ręką. Skoro nie chce... Pomimo tego biegniemy dalej razem.

Uczynni wolontariusze pytają, na co mamy ochotę. Widzę ziemniaki. Od razu zamawiam dwie porcje. Z solą. Dwa kubki zupy dyniowej. Pychota:)! Poganiam Marka. Do punktu dobiegają dwaj inni zawodnicy. Widzę, że mocno zmęczeni. Ten odcinek musiał ich dużo kosztować. Ja raczej na nim odpocząłem, czekając na druha.




Wolontariusze mówią nam, że jesteśmy na 27 i 28 pozycji. Dobre wieści.

Jest jeszcze jasno. Tak sobie zakładałem przed biegiem: mam pojawić się tutaj i wyjść z punktu w świetle dnia. Rok temu sztuka ta nie udała się Adamowi Bieleckiemu, który tutaj zakończył zmagania.

Wychodzimy. Droga asfaltowa, potem polna. Wkraczamy do lasu. Od razu robi się ciemno. Włączamy po raz drugi na tym biegu czołówki. Posłużą już nam do końca.

Kolejny esemes: "Puławy Górne. 17.35. Padł zegarek". Tak, niestety - bateria w zegarku wyczerpała się. Szkoda. Power bank, który zabrałem z sobą, zdołał zasilić tylko czołówkę, w niewielkim już stopniu doładowywując "busolę". Waży niewiele, to i "mocy" w nim mało.

Byle do Przybyszowa
Ciągnie się ten odcinek niesamowicie. Nie wiem w sumie, dlaczego. Przecież to tylko około 15 kilometrów. A jednak! W Puławach powiedzieli nam, że będzie dodatkowy punkt na trasie. Niespodziewanie wyłania się on zza drzew. Mają chleb! Chleb mają:). I prawdziwą zwyczajną kiełbasę! Uśmiecham się i zjadam im tego sporo. Dziękuję, kochani! Jednak marzenia się spełniają:). Trzeba wierzyć.

Biegniemy dalej. Nieoczekiwanie jak spod ziemi wyrasta koło nas zawodnik. Kompletnie nie widzieliśmy go w tyle, a oglądaliśmy się od czasu do czasu. Rzuca kilka słów: "Niech się już to skończy". Mówi też coś o piwie... Słowa świadczą, że ma już dość, ale jego ciało szybko oddala się od nas. Jesteśmy trochę zaskoczeni. Widocznie nasze tempo zmalało znacząco. Jest to jednyna osoba, która mija mnie od bardzo, bardzo dawna. Sam się zastanawiam od kiedy...

Przed nami strome, niekończące się zejście przez odkryty teren. Polana, pola. Gdzieś tam w dole musi być punkt żywieniowy. Czwórki już bolą niesamowicie, choć sił w nich dużo. Nie pozwala mi to na ciągły bieg, przechodzimy zatem nierzadko do marszu. W końcu upragniona droga, a przy niej oczekujący wolontariusze. Młode chłopaki. Mają czerwony barszcz i paluszki do nich. Niestety - barszcz przesadnie przyprawiony. Z trudem można wypić. Trochę coli i już w drogę.

"Przybyszów. 136 km. 20.06". Esemes poszedł w "świat".

Błotny koszmar
Teren zrazu źle oznaczony. W nocy nie widać następnej "szarfy", a droga raz i drugi rozgałęzia się. Na nos wyszukuję właściwy szlak. Wiedzie pod górę. Wchodzimy do lasu. Błoto, ale nie jest tak źle.

Powoli zyskujemy kolejne kilometry. Rozpoznaję z lewej strony ogrodzenie. Pamiętam z zeszłego roku z Łemko Maratonu. Polana. Rozległa. Idziemy od oznaczenia do oznaczenia. Jesteśmy na Wahalowskim Wierchu (666 m). W oddali ognisko. Kierujemy się na niego. Prawdziwa górska watra.
- Cześć. Macie coś do picia?
- Tak. Herbatę. Chcecie?
- Jasne. Dzięki. Wyciągamy swoje kubeczki. Leją z termosa. Dobra. Gorąca. Chwilę gawędzimy. Czas na nas. Ponaglam kompana. Ponownie zanurzamy się w las. I się zaczyna. Koszmar! Nie wiadomo, którą stroną iść. Błoto, wszędzie błoto. Ostrzegali nas przy ognisku przed ostatnimi kilkoma kilometrami. Noga raz postawiona nie wiadomo, jak się zachowa: poleci w przód, w tył, czy jednak w prawo lub lewo. Marek raz za razem grzmoci o podłoże. I na dodatek wysiada mu czołówka. Ma taką samą jak ja. Led Lenser H7.2. Włącza mu się słabiutki tryb awaryjny. Mnie na szczęście świeci 300 lumenami w trybie boost. Utrzymuję pion, choć z trudem. Chyba mam lepsze buty, bardziej agresywny bieżnik, a może bardziej uważam? Nie wiem. Zaciskamy zęby. Mamy już dość tego błota. Serdecznie dość! Powoli zyskujemy jednak teren. Czujemy, że zbliżamy się drogi, która doprowadzi nas do mety. Ścieżka zaczyna się obniżać. Jakieś szczątki świateł docierają do nas zza drzew. W końcu czujemy twarde podłoże pod nogami.

Meta
Mówię Markowi, że chyba widzę wylot drogi. Nie mylę się. Nareszcie! Schodzimy na asfalt. Uff! Teraz na lewo, by po chwili dostrzec tabliczkę informującą: "Meta 1 350 m". Uśmiecham się w duchu:). Marek schodzi do strumyka. Ja idę, ale tak, aby mnie dogonił. Po chwili zrównuje się ze mną. Trochę truchtamy. Oglądamy się za siebie. Nikogo. Nie oddamy już naszych miejsc, nawet gdybyśmy musieli na ostatnim odcinku pobić swój rekord w biegu na kilometr! Skręt w lewo za kościołem. Do mety jakieś 300 m. Ostatnie metry pokonujemy godnie i dumnie, biegnąc... Dzyn-dzyn, dzyn-dzyn, dzyn-dzyn. Witają nas na mecie dzwonkami-medalami. Jest! Padamy sobie w objęcia. Gratulujemy. Wolontariuszka chce zawiesić mi medal na szyi. Chętnie. Zasłużyłem, prawda:)? Najpierw jednak, jak zwykle, lekko i bez trudu robię krótką serię pompek. Tradycja już taka:). Teraz pozwalam się udekorować. Spoglądam na tablicę z wynikami: 22 godziny 45 minut i 39,9 sekundy. Marek ma o sekundę lepszy czas. Jakie to jednakże ma znaczenie? Gdybyśmy walczyli o pudło...




Od razu myśl biegnie w stronę Zdzicha. To mnie meta przywitała pierwszego! To on wspominał coś o czasie z dwiema dwójkami z przodu. Ja to zrobiłem! Zrobiłem!

Esemes idzie w świat: "Meta. 22.45. Dzięki za trzymanie kciuków, doping. Najtrudniejszy mój bieg. Łemkowyna wysysa siły".

Ponownie winszujemy sobie nawzajem. Marek pokonał tegoroczną trasę Łemkowyny aż o pięć godzin szybciej, niż w zeszłym roku. Jasne - warunki lepsze. Mimo wszystko.

Nagle zjawia się koło mnie Grzegorz. Właśnie dotarł z Iwonicza Zdroju podstawionym przez organizatorów transportem. Przyjacielu drogi! Już jakiś czas temu wysłał mi esemes mówiący, iż zszedł z trasy w Iwoniczu. Żołądek go pokonał. Walczył, robił przerwy, próbował go oszukać wypracowanymi sposobami. Tym razem to na nic. Tak mi przykro. Tak marzyło mi się, aby zobaczyć Cię na mecie jako finiszera.

Zjadamy burrito, krem pomidorowy. Piwo tez nieźle smakuje. Grzegorz pomaga mi przy ściągnięciu obuwia, odzieży. Opiekuje się mną jak może. Ciepły prysznic cudownie odświeża i nadaje ciepłotę ciału. A już trzęsawka mnie dopadła:). Suche ubrania. Cóż chcieć więcej?

Grzegorz woła: "Zdzichu na mecie". Nie jestem zdziwiony. Cisnął tuż za mną. Nabiegał znakomity czas! 23.19. Witam go serdecznie. Gratuluję. Sportowa rywalizacja zakończona. Jestem szczęśliwy!

Czekamy teraz na Piotra. Biedak gdzieś tam sam w środku ciemnej nocy... Odpoczywamy. O spanie trudno. Gwar, światła lamp, huk nawiewu, twarda podłoga.

Wysyłam esemesy. Odpisuję już indywidualnie. Otrzymuję sporo gratulacji.
"Wynik niesamowity. Gratuluję Panu siły i wielkiego zwycięstwa. Król jest jeden:)".
"Z.. wynik! 200 % normy".
"Gratulacje. Słyszałem, że się udało. Brak słów, żeby opisać takich gości, co kończą takie biegi".

Uśmiecham się:).

Bohater jest tylko jeden - c. d.
Bohaterem tego opowiadania jest niewątpliwie Piotr. Zadziwił nas wszystkich, być może samego siebie. Szczerze mówiąc, to nikt nie dawał mu szans. Ja również. Wybacz przyjacielu - zabrakło mi wiary w Ciebie. Zgrzeszyłem. W Tobie za to było jej w nadmiarze. Wierzyłeś w siebie, byłeś zdeterminowany. Walczyłeś. To było coś niesamowitego obserwować Twoje zmagania na trasie i czekać na mecie na Ciebie. Jesteś wielki! To, co zrobiłeś, zasługuje na słowa najwyższego uznania. Jesteś dla mnie MISTRZEM! Chylę przed Tobą głowę, przyjacielu.




Odkrycia
Człowiek uczy się całe życie. To stara prawda. Ważne, aby za każdym razem wyciągać właściwe wnioski, a dokonane wybory były trafne. Podczas przygotowań zdecydowałem się na zastosowanie nowości. Miały one ułatwić sam bieg, lepiej znieść jego trudy. Zdały egzamin na piatkę!

Sudocrem: Dotychczas nie używałem żadnych kremów, żeli, maści do stóp podczas biegów ultra. Postanowiłem przetestować tę maść na wcześniejszych kilku treningach. Wypadła obiecująco. Obficie nasmarowałem stopy przed startem oraz na punkcie w Chyrowej. Dzięki niemu po zawodach nie miałem żadnych "kalafiorów" na nogach. Czułem się niemalże komfortowo. To był zdecydowanie dobry pomysł!

Power bank: Niby takie nic, a dzięki niemu doładowałem czołowkę. I pomimo, iż w odwodzie była druga, to ta z akumulatorem dawała o niebo mocniejsze światło. Zabiegł okazał się bardzo owocny podczas drugiej nocy.

Zmiana obuwia: Nigdy wcześniej nie zmieniałem butów w trakcie zawodów. Ale skoro tym razem ubrałem na punkcie nowe skarpety, nasmarowałem stopy sudocremem, to dlaczego nie postąpić tak z obuwiem? Wyszło doskonale.

Voltaren żel: Ból barku (uszkodziałem go podczas treningów na siłowni) był nie do wytrzymania. Po ponad sześciu godzinach zażyłem pierwszą kapsułę żelową. Ulga znaczna. Kolejne dwie po 12 i 18 godzinach pozwoliły zapomnieć o problemie.

Podziękowania
Adrian T.
: Dzięki Tobie dotarliśmy szybko i bezpiecznie do Krynicy. Byłeś na miejscu w Komańczy, aby nas odebrać i zawieźć do Krakowa. Kibicowałeś. Dziękuję.

Krystyna B.: Jak zawsze kilka słów do Pana zaniosłaś w naszej sprawie. I Cię wysłuchał. Nie pierwszy zresztą raz. Dziękuję.

Grzegorz F.: W piątek trzynastego wspomogłeś odwiedzinami i miłym słowem. Potem zdalnie dopingowałeś na trasie, śledząc moje i chłopaków postępy. Dziękuję.

Krzysztof F., Dariusz Z., Michał B., Arek S.: Cały dzień śledziliście mój bój na trasie, nierzadko wysyłając pokrzepiające esemesy, informując dodatkowo o miejscu, "przeciwnikach". Dziękuję.

Marcin D.: Rozmowa z Tobą na kilka dni przed biegiem pozwoliła mi skorzystać z Twojego doświadczenia. Dzięki temu mogłem przezwycieżyć ból. Dziękuję.

Wolontariusze: Byliście bardzo pomocni na każdym punkcie. Wyrozumiali. Cierpliwi. Dziękuję wszystkim z serca, a w szczególności tym na punktach w Chyrowej oraz Iwoniczu Zdroju.


PS
Jeśli ktoś dotrwał do tego miejsca tekstu, to też jest niezłym hartem:).



Komentarze czytelników - 6podyskutuj o tym 
 

Blazi

Autor: Blazi, 2017-10-26, 22:00 napisał/-a:
Jak zwykle miło poczytać. Czekamy na dalsze przygody i relacje ;)

 

rafal77

Autor: rafal77, 2017-10-27, 20:35 napisał/-a:
Świetna relacja :)

 

michu77

Autor: michu77, 2017-10-28, 15:27 napisał/-a:
Dobrze się czytało... startowałem 3krotnie w tej imprezie na krótszych dystansach... Może kiedyś odważę się na start na najdłuższym dystansie...

 

ggrzegorz

Autor: ggrzegorz, 2017-10-29, 16:44 napisał/-a:
Stachu, świetna relacja,
aż chce się pobiec - i kiedyś tego dokonam.

Bardzo pouczający wpis dla mnie jako początkującego górala, Świetny wynik, Wielki szacun dla Ciebie.
i kilka przemyśleń i pytań:
- czym się odżywiałeś na trasie? Jaki żel i co ile km/min?

- używałeś rollera czy innej regeneracji w trakcie przygotowań?

- do tej pory myślałem ze Bieg Granią Tatr jest trudny, czy twoim zdaniem Łemkowyna jest trudniejsza?

Odnośnie siłowni - to z pewnością pomogło, choć akurat wyciskania na suwnicy nie polecam. Można tam osiągnąć mega wielkie ciążary, ale to b. selektywne ćwiczenie. Ogólnie jakiś czas temu zrezygnowałem z maszyn na rzecz wolnych ciężarów.

Jeszcze raz szacun dla Ciebie za hart ducha i niezłomność.
Czuje że zobaczymy cię jeszcze nie raz na pudle biegów.

 

michu77

Autor: michu77, 2017-10-30, 08:53 napisał/-a:
Chyba trudno porównywać 2 tak różne biegi - Łemkowynę i BUGTa...

 

Silny Stach

Autor: Silny Stach, 2017-10-30, 13:10 napisał/-a:
Grzesiu, dziękuję za miłe słowa:).

"Łemkowyna" jest takim biegiem, z którym warto i trzeba się zmierzyć. Ale tylko wtedy, gdy jest się przygotowanym na sto procent.

Jadłem co godzinę, piłem co 15 minut (woda z yerbą, czysta woda, woda z colą, na punktach cola i trochę napojów izotonicznych). Jadłem żele na przemian z jedzeniem na punktach. Próbowałem włączyć batony (z "Biedronki"). Po dwóch miałem dość (vide "Cergowa - ty morderczyni!). Wyjątkowo smakują ziemniaki i chleb z kiełbasą:). W biegach do 100 km można oprzeć się na żelach. Powyżej tego dystansu trzeba coś innego włączać. Chleb przewija się w marzeniach:).

Regeneracja: rozciąganie, roller, czystek, yerba, chia, dobrej jakości woda z odpowiednią ilością minerałów, duża ilość snu (kluczowa sprawa). Jak kogoś stać, dobrze jest włączyć saunę. Bazą jest jedzenie oparte na roślinach.

Trudno o porównanie "BUGT" z "Łemkowyną". Na pewno wspólnym mianownikiem jest przygotowanie siłowe. Więcej kosztował mnie bieg w Beskidzie Niskim.

Z suwnicy korzystam dlatego, ponieważ rozwija mimo wszystko mniejszą masę mięśniową (wiesz, że się na tym znam wyjątkowo dobrze), a głównie dlatego, że w prawym kolanie mam wyciętą łąkotkę. Na maszynie osiągam większą stabilność.
Nie ulega wątpliwości, że wolne ciężary są o niebo lepsze do treningu ciała, niż maszyny. Zjadłem na tym zęby:).

Siła ducha jest kluczem w takim biegu. Ale nie należy zapominać o odpowiednim przygotowaniu całego ciała.



 

 Ostatnio zalogowani
franus
05:56
szymon89
05:52
shadoke
05:43
Suleimanes6g
04:56
Bartoshse3g
04:26
Stueberes5a
04:07
Vertizes7g
03:48
Moelteraq4n
03:45
Dwellese7q
03:14
Sinoraq8o
03:03
Talicskase2wdf
02:17
Evankose9
02:11
Marquettees6x
01:59
Branscomeaq9d
01:51
KMS
01:23
Spanskiaq7i
01:21
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |