Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

Przeczytano: 3183 razy (od 2006-07-21)

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Gdańskie kontrasty-Jak się znalazłem w Gdańsku?
Autor: WojciechGruszczyński
Data : 2003-08-20

Gdańskie kontrasty.
Jak się znalazłem w Gdańsku ?

Wstęp.
Kochani maratończycy. Wstęp nie dotyczy bezpośrednio relacji z
trasy, ale może warto temu tematowi poświęcić kilka zdań.
Artykuł zacznę od sprawy nieczęsto spotykanej jak na Polskie
warunki, a dotyczące popierania masowego biegania przez ludzi
dobrej woli.

Jak to często bywa o wszystkim zadecydował przypadek. Pewnego
dnia jako żyrant zawitałem do Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-
Kredytowej im. Franciszka Stefczyka o/ Bełchatów. Podczas
wypełniania dokumentów, Pani prowadząca ten Oddział zapytała.
Czy to czasem nie pan biega do Elektrownii? Odpowiedziałem.
Niech mi Pani nie przeszkadza bo wypełniam pesel i się mogę
pomylić. Na to żona osoby której żyrowałem pożyczkę, podtrzymała
rozmowę i spytała, czy aby SKOK mający się chyba nieźle, od
czasu do czasu nie dofinansował by pana Wojtka wyjazdu, na
jakieś zawody sportowe. Pani Aneta Wiśniewska, bo właśnie o
niej mowa zapytała. Na czym to miałoby polegać?

Błyskawicznie zadziałał w głowie jakiś impuls. Acha, może coś z tego się
urodzi?. Nie odrywając się od wypełniania druku palnąłem od
niechcenia, da Pani koszulkę i czapeczkę z logo SKOK-u, na
paliwo i będę sławił Was w różnych miastach. I ani się
obejrzałem, a pani Aneta z zaplecza przynosi koszulkę,
czapeczkę, trzy długopisy jakiś notesik i coś tam jeszcze,
kładzie to przede mną na stoliku i oświadcza. Zaczynamy
współpracę, jest przecież takie coś jak marketing . Do tego
jeszcze, za parę dni dostałem torbę turystyczną. Jak chyba
zdążyliście zauważyć ze współpracy wywiązuję się w miarę
należycie i widzieliście mnie nieraz z tablicą i w stroju z Logo
mojego sponsora. Jako, że centrala SKOK-u jest w Gdyni i SKOK
jest jednym z głównych sponsorów Maratonu Solidarności w
Gdańsku, obiecałem w ub. roku Pani Wiśniewskiej, że zrobimy
niespodziankę i wezmę udział w tym biegu. Niestety z uwagi na
przyznane mi w tym samym czasie wczasy przez mój Zakład Pracy, z
obietnicy się nie wywiązałem, jednak startując na własny koszt w
innych biegach o koszulce SKOK-u pamiętałem.

I przyszedł rok 2003. Ustalając kalendarzyk startów w tym roku,
Gdańsk znalazł się na pierwszym miejscu. Trzeba spłacić dług
wdzięczności. Przed wyjazdem do Gdańska nieśmiało udałem się do
siedziby SKOK-u z myślą o małe chociaż wsparcie finansowe na
ten wyjazd i przy okazji wpłacić ratę pożyczki za córki rower.
Bądź co bądź jadę do Trójmiasta, a tam szefostwo SKOK-u. Pani
Wiśniewska, chociaż jej jeszcze o nic nie poprosiłem, wyjmuję ze
swojej portmonetki pieniądze (chyba szefostwo jej to rozliczy) i
stwierdza, za rok może i ja wystartuję w Biegu Dominika. Życząc
szerokiej drogi przypomina, niech Pan zajrzy do Centrali, dałam
znać pani od marketingu, że pan przyjedzie.

Trochę przydługi ten wstęp, ale takich ludzi trzeba wskazywać.
Wspierają biegacza, amatora bez nazwiska. W Centrali zostałem
przyjęty z honorami jakbym przynajmniej miał zająć miejsce w
pierwszej trójce. Już przed biurowcem, gdy na parkingu
przebierałem się w „barwy klubowe” czułem na sobie ciepłe
spojrzenia przychodzących do pracy jak i ochraniających obiekt
panów. W budynku na korytarzach i poszczególnych piętrach,
pracujące tam miłe młode panie pozdrawiały mnie skinieniem
głowy ,aż byłem oszołomiony tą okazywaną mi życzliwością. Sam
szef zaprosił mnie na najwyższe piętro do sali obrad, gdzie na
tle postaci założyciela i jednocześnie patrona SKOK-u Franciszka
Stefczyka, pani chyba sekretarka, uwieczniła nas aparatem
cyfrowym na fotografii. Opuszczając siedzibę sponsora otrzymałem
od Pani z marketingu reklamówkę, a w niej: bluzę polara, kurtkę
przeciwdeszczową, kalkulatorek, kpl. długopisów, filiżankę i
koszulkę wszystko z Logo SKOK-u. Nie piszę tego, aby się
chwalić. Chcę tylko zaakcentować i wyrazić wdzięczność tym
ludziom, a Wam koledzy życzyć, aby na waszej drodze do
pozyskiwania wsparcia finansowego dla naszego hobby - biegania,
pojawiły się również podobne SKOKI.

Teraz o Maratonie. Sprawy organizacyjne.
Jak wiecie jestem jednym z tych którzy bronią organizatorów.
Jednak tym razem muszę złamać tę zasadę. Sprawa dotyczy zapisów
i lekarza. Niefortunną decyzją było wyznaczenie zapisów w dniu
poprzedzającym maraton dopiero na godzinę 17:00 . Sporo biegaczy
jechało z południa Polski. Niektórzy jechali całą noc,
przyjeżdżając zmęczeni nad ranem. Część spędzała wczasy w
nadmorskich miejscowościach (przyjeżdżali całymi rodzinami), a
co za tym idzie była zależna od posiłków w domach wczasowych.
Wszyscy zamiast w tym czasie odpoczywać musieli w napięciu
czekać do 17. Do zapisów można było podejść dopiero po
otrzymaniu karteczki od lekarza, których na raz pojawiło się po
godz. 17:00 aż trzech. Żadnych kart sportowca nie honorowano.
Wystarczyło załatwić jednego lekarza do południa, drugiego po,
wystawić jakiś stolik w holu na zapisy i nie było by kolejki i
związanej z tym nerwówki, tym bardziej, że w pokoju nr 123 było
aż nadto osób które mogły by nas obsłużyć. O ile opłata startowa
nie była zbyt wygórowana, to organizator wywinął niezły numer.
Ściągnął od nas po 32 zł za nocleg. Gdy ze Zbyszkiem Kluską,
Czyżniewskim i Żukiem narzekaliśmy przy recepcji w internacie,
gdzie nas skierowano na cenę noclegu, panie powiedziały nam.
Trzeba było przyjechać od razu do nas i byście zapłacili tylko
po 20 zł. A więc za pośrednictwo organizator zarobił na nas po
12 zł. Jednak standard zakwaterowania b. dobry, czysto, cicho,
do dyspozycji kuchenki gazowe, łazienki. Noc przespana bez
zakłóceń.
Rano zabieram Basię Gil, Żuka z Wałbrzycha,
Borkowskiego ze Świnoujścia i jedziemy wcześniej do biura
zapisów, aby o czasie zdać odżywki. Dojeżdżają jeszcze chętni
do zmierzenia się z Maratonem. Przebieramy się na terenie
Stoczni, gdzie do podstawionych autobusów przegubowców, zdajemy
rzeczy osobiste, a które potem pojadą do Gdyni na linię mety. Od
tej pory wszystko już przebiega sprawnie, no może tylko na
punktach odżywczych bardzo dużo buteleczek stało ciasno na
małych stoliczkach, przez to dzieci i osoby obsługujące podawały
je z opóźnieniem i nieraz trzeba było się na moment zatrzymać.
Jak zauważyli Morito i Darro ostatnio nieźle mi się wiedzie.
Poprawiam się z maratonu na maraton. Dla ciekawości moja
progresja wyników w tym roku. Zapasiony z nadwagą po zimie,
zacząłem od Maratonu w Dębnie i tak:

1. Dębno 4:09:20 - kwiecień
2. Wrocław 4:00:58 - kwiecień
3. Kraków 3:49:24 - maj
4. Toruń 3:39;57 - maj
5. Lębork 3:42:20 - czerwiec (tydzień wcześniej biegłem w
Szwajcarii100 km)
6. Szczytno 3:29:00 - lipiec
7. Puck 3:26:37 - lipiec
8. Rybnik 3:29:51 - sierpień
9. Gdańsk 3:15:14 - sierpień

Od startu do mety.
Ceremonię otwarcia maratonu obserwowaliśmy z za zamkniętej
br

amy. Po przemówieniach oficjeli Kazimierz Zimny otworzył
bramę Stoczni i maratończycy w milczeniu udali się pod pomnik
Trzech Krzyży, złożyć trzy wiązanki kwiatów. Kwiaty składali:
nestorzy polskiego biegania Basia Gil, Janina Rosińska i
Marian Parusiński. I tu warto się na chwilę zatrzymać i zadumać.
Dzień wcześniej miałem sporo czasu i poszedłem pod bramę
stoczni, gdzie na chwilę zatrzymałem się przy kiosku z
pamiątkami. Kupiłem naklejkę herb miasta Gdańska. W czasie
oglądania chorągiewki o barwach narodowych, zauważyłem jak co
chwilę podchodzi ktoś, ewentualnie podjeżdża rowerem i zadaje
pani kioskarce jedno pytanie. Czy coś już płacą?, czy pani coś
dostała?, a może na jakimś dziale płacili? reszta to już tylko
klątwy. Gdy nie było już nikogo przy okienku, zadałem miłej,
starszej pani pytanie. Czy spodziewała się pani, że nadejdą
kiedyś takie czasy, że stoczniowcy którzy pomagali zmienić
ustrój i wynieśli na piedestały swoich kolegów, będą stali z
drugiej strony ogrodzenia, prosząc o należne im pieniądze? Pani
odpowiedziała "kochany opowiem ci lepszą historię".

I opowiedziała jak kilka dni wcześniej gdy rano podlewała kwiaty
przed stocznią (należy to do jej obowiązków) znalazła w
rabatkach łom. Zdziwiona odrzuciła na bok. Jednak przechodząc
wzdłuż muru na którym umieszczone są pamiątkowe tablice, od
innych zakładów pracy, które solidaryzowały się ze
strajkującymi, zauważyła brak dwóch z nich, a jedną naderwaną.
Pani powiedziała, ludzie z biedy rozbierają już nawet
historyczny mur. Gdy orkiestra Marynarki Wojennej grała podczas
składania kwiatów, ja wpatrywałem się w sterczące po tablicach
gołe śruby i rozmyślałem jak gorzkie to zwycięstwo. I nie wiem
dlaczego akurat w tym momencie przypomniało mi się rozwiązane
kilka dni wcześniej hasło z krzyżówki " Naród zawierzył ekipie,
a teraz ledwo zipie". Chyba byłem jedynym biegaczem, który
wiedział o tym wydarzeniu. Jednak nie maratończyków sprawą,
jest rozliczanie poszczególnych ekip, więc wracajmy do biegu. Po
złożeniu kwiatów, z K. Zimnym na czele udaliśmy się truchtem na
start ostry. Przed strzałem startera pracownik stoczni Edmund
Pałasz rozwinął transparent, informujący, że to jego 50
maraton. Zaprosił do wspólnej fotografii.

Pogoda wymarzona do
biegania. Ruszył się trochę wiatr, ale jak to zawsze bywa, raz
wiał w twarz, innym razem w plecy, trochę padało. Zacząłem w
tempie średnim i jak to zwykle bywa, na początku tasowanie.
Bacznie obserwuję kto wyrywa do przodu, a kto zaczyna spokojnie.
Zauważyłem wiele nowych twarzy, które o dziwo nie myślą biec
moim tempem, a szybciej. Oczywiście dość szybko za to zapłacili,
ale to chyba frycowe. Wyprzedza mnie też Mirek
Lasota "romansujący" w biegu z Iriną Reoutović - Rosja,
ostrzegłem Mirka, że mogę poczekać na panią Irenę, żonę Mirka,
która biegnie z tyłu i zrobić donos. Ale to żarty. Od 5 km
trzymam się blisko prawego krawężnika . Trasa oznaczona co 1 km
zarówno dużymi tablicami, jak i napisami na szosie. Jednak silny
wiatr poprzewracał tablice, a zabezpieczający trasę marynarze i
obsługa nie kwapili się, aby je podnieść. Znacznie lepiej było
pod koniec biegu, chociaż na pewnym odcinku z 1 km zrobiły mi
się dwa. Był bodajże km 37,. o co za radość, gdy się trasa
okropnie dłuży i wzrokiem szuka tablicy 38 (leży przewrócona) ,
a tu naraz pokazuje się 39 km. Wracajmy do km 5. Wyprzedza mnie
tam zawodnik z Łomży, który rzuca Wojtek ucieka ci Grzybała, co
dziwne bo Grzybała też z Łomży. Pytam nie boisz się, napuszczać
mnie na swojego ziomka? Krzyknął, on ciebie lał w ub. roku, to
ty mu dokop w tym i tyle go widziałem.

Deszczyk się wzmaga, zaczynamy się wspinać na jakiś wiadukt. Przyszedł czas na wyprzedzanie tych, którzy za ostro zaczęli, a nie są do tego
przygotowani treningowo. Na 8 km dochodzę wysokiego gościa w
koszulce z orzełkiem. Wyprzedzam, odrywam się na kilkadziesiąt
metrów, jednak po kilku minutach słyszę z powrotem oddech
wyprzedzanego za plecami.

Na drugiej jezdni obserwujemy powracających z nawrotu wózkarzy.
Jadą w dość dużych odstępach. Po jakimś czasie pojawia się
czołówka. Prowadzi dwójka: Murawski - Bydgoszcz Klein -
Oleśnica. Potem samotny Kąpiński - Międzyzdroje. Dalej grupa z
Bartkiewiczem - Toruń i Janickim (nie ukończył). Szukam wzrokiem
Tomka Chawawko, któremu kibicuję. Jest gdzieś na 8 pozycji. Za
nim pojawia się dwójka z pierwszą kobietą Vinnickają - Białoruś.
Dryblasy osłaniają ją przed wiatrem. Niewielką stratę do nich ma
jeszcze wtedy druga z kobiet Elena Cuchło biegnąca w
czteroosobowej grupce. Mignął mi się tam gdzieś w pobliżu jakiś
Duńczyk (Hartikainen). Stojący na poboczu młody człowiek liczy
przebiegających i informuje nas, że zajmujemy z Libanem na razie
odpowiednio 80 i 81 miejsce. Jesteśmy coraz bliżej nawrotu.
Wśród wracających z nawrotu widzę jeszcze z tych co znam:
Pismenkę - Świdwin, Knittera - Chojnice, Grzybałe i Konopkę - z
Łomży, Borkowskiego - Świnoujście i trzecią kobietę Ewę Fliegert
z Rybnika. Obiegamy pętlę na Westerplatte. Teraz przegląd kto
nam depcze po piętach, ci zaś co za nami, ukradkiem zerkają z
kolei, kogo gonią. Za pętlą z Libanem (jeszcze wtedy nie wiem z
kim biegnę) wchłaniamy Kazia Datę z Gdańska. Wszyscy trzej
ubrani na biało-czerwono co zauważają kibice. Liban zwierza się,
że z jego kat. M-60 przed nim jest zawodnik z nr 408 (Valmanis
Voldemars - Łotwa) i Franciszek Sojka Władysławowo. Deklarujemy
z Kazikiem pomoc na miarę naszych możliwości. Montujemy grupę
pięciu, bo w międzyczasie ktoś nas doszedł i my złapaliśmy
kogoś. Za 15 km lunęło z nieba i pojawił się kąśliwy wiatr. Na
punkcie odżywczym Liban woła o podanie butelki oznaczonej
czerwoną wstążeczką. Ja do tej pory nic nie piję. Moje odżywki
są odpowiednio na 25, 30 ,35 km. Zygfryd podaje mi resztę
picia, ma smak soku pomarańczowego. Co jakiś czas na zmianę,
wychodzimy na prowadzenie. Trzeba solidarnie na każdego
rozłożyć walkę z wiatrem. Jedynie Kaziu robi to niezbyt chętnie,
ale ja wiem że dla niego, tempo trochę za szybkie. Zbliżamy się
do półmetka, ul. Długa. Nawet dużo kibiców. Trzeba z majtek
wyciągnąć mój kapelusz. Gdy mocuję się z umieszczeniem go na
głowie (wiatr) słyszę głos spikera. Do półmetka zbliża się
trzech biało-czerwonych (pozostała dwójka odpadła) i wymienia z
nazwiska każdego z nas i kogo reprezentujemy. Gdy przedstawia
Libana Zygfryda - z Tczewa, dodaje ,że to były mistrz Europy. To
wreszcie z kim ja biegnę? Na kogo się porywam?

Od al. Zwycięstwa i na całej al. Grunwaldzkiej Liban podkręca tempo.
Biegniemy gęsiego Zygfryd, ja, Kaziu. Na tym odcinku wyprzedzamy
około 20 zawodników, w tym jednego Słowaka i Przemka Torłopa -
Gdańsk Wtedy dociera do mnie, że mogę wykręcić niezły czas.
Zygfryd sprawdza każdego wyprzedzanego biegacza. W dalszym ciągu
szuka na piersiach zawodników nr 408.

To jego cel. Mijamy 30 km,
ściągam ze stołu odżywkę. Piję łapczywie, zachłystuję się, lekko
zwalniam. Jest pod górkę .Robi się między mną, a Libanem
niebezpieczna dziura. Wcześniej odpadł Kaziu. Zostaję sam.
Wdrapuję się na górkę. W dole widać grupę około 7 osobową.
Właśnie Liban do niej dociąga. Zbieram się w sobie i podrywam do
walki. Ktoś z grupy odpada. Jakaś znajoma sylwetka. Czyżby to
Grzybała? Tak to Andrzej, mam ciebie gagatku. Wstępują dodatkowe
siły. Przy okazji zbliżam się do grupy na tyle, że mogę już
odróżnić kto tam jest. Jest tam mój Liban i jego drugi cel który
gonił, doszedł rywala z kat. Sojkę z Władysławowa. Pozostali to
Czech Roman - Sławno, Borkowski - Człuchów i znajoma para z 5
km, Mirek Lasota z Iriną - Rosja (nie myl z Ireną-żoną, która w
tym czasie męczy się z dystansem maratonu kilka km z tyłu).
Wyprzedzam Andrzeja. Wydaje mi się, że biegnę szybciej, jednak
moja odległość do grupy, która jest około 100 m przede mną, nie
zmniejsza się. 35 km. Następna przepitka isostaru z miodem. Za
sobą słyszę szuranie butów. Cholera, chyba odżył Grzybała. Nie
mam odwagi się obejrzeć. Kilkaset metrów biegnę z przekonaniem,
że ciągnę za sobą Andrzeja. W pewnym momencie kątem oka
spostrzegam niebieski kolor koszulki. Andrzej miał białą.

Hura !!! Z nieba mi spadłeś. Proszę dociąg mnie tylko do Mistrza
Europy. Zbawcą tym okazał się Eligiusz Sawicki ze Złotowa, który
na początku mnie skarcił. Nie podniecaj się kolego. To końcówka.
Trzeba cały czas równo i jeszcze niejednego połkniemy.
Zadowolony "złapałem jego nogę" i dość szybko doszliśmy grupę.
Wyprzedzamy Mirka Lasotę, Sojkę i Libana, który jest lekko
zdziwiony moim odrodzeniem. Jednak wcześniej odjechała do przodu
z grupy Rosjanka Irina. Nie zagląda się kobietom do metryki, ale
to moja kat. M-50 i ambicja trochę podrażniona. Emancypacja,
emancypacją, ale często spotykam się podczas biegu jak kibice
szczególnie ci lekko podchmieleni krzyczą - "przyspiesz, babie
się dasz?". Kibiców trzeba słuchać. Nie na darmo stoją na
słońcu, ewentualnie mokną na deszczu. Gdzieś około 40 km ostatni
podbieg. Sawicki idzie jak czołg. Konsekwentnie równo. Po raz
pierwszy odczuwam głód. Odpędzam myśli o czekającej na mecie
parówce i piwie. Coraz trudniej utrzymać mi krok Eligiusza.
Dosłownie 20 m przed szczytem następnej górki urywa mnie. Mimo,
że po lewej stronie ze stojących w korku samochodów, kierowcy -
wczasowicze i dzieci głośno mnie dopingowali ostrzegając
jednocześnie, że ktoś mnie goni, nie dałem rady. Sawicki jako
dżentelmen zachęcał mnie jeszcze do ostatniego zrywu, a
ja "betka". Dałem mu znak, że ja już aut. Kierowcy cały czas
mnie przed kimś ostrzegają. Naraz słyszę z tyłu sapanie. Ciekawe
kto się do mnie dobiera. Ach to przecież Wiesiu Raut z
Bydgoszczy, mój kolega, z którym zjeździliśmy pół Europy. Mówię,
Wiesiu świnia jesteś nie miałeś kiedy tylko wtedy, gdy mam
szansę na pudło? To już drugi twój numer, pierwszy był w Pucku.
Wiesiek odpowiada, to ja się pytam co ty tu kolego szukasz?
Jestem zdziwiony, że tu już jesteś. W tym samym czasie 150 m
przede mną, Sawicki kat. M-40, wyprzedza zawodnika. Ach szkoda,
że ja w tym czasie nie wiedziałem że to Dziekoński. Obaj z
Rautem to moja kat. M-50. Decydowały się wtedy losy trzeciego
miejsca.

Ostatni kilometr. Po Irinie ani śladu jest za
zakrętem, chyba już zdąża do mety. A niech tam. Ja zadowolony z
czasu jaki uzyskam, ponownie wyciągam z za majtek kapelusz.
Przecież na mecie będą przedstawiciele SKOK-u. Trzeba się
sponsorowi jakoś zaprezentować. Przez to strojenie, przegrałem
chyba to 3 miejsce w kat. Trzeba było próbować jeszcze
pociągnąć, a końcówkę spróbować na "wyniszczenie". Ja , albo
oni. Niektórym w końcówce puszcza psychika i się poddają.
Ostatnie metry. Sawicki finiszuje 3 sek. przed Dziekońskim (oj
gdybym utrzymał nogę Eligiusza) 13 sek. za Dziekońskim Raut,
potem 32 sek. i ja jestem na mecie. Spiker komentuje: "do mety
zbliża się Wojciech Gruszczyński reprezentuje SKOK im.
Franciszka Stefczyka oddział Bełchatów. Zapraszamy państwa do
stoiska SKOK-u które stoi tu zaraz obok mety. Po mnie w
krótkich odstępach Czech Romek i Mirek Lasota (wszyscy 50
latkowie). W międzyczasie słyszę jak spiker ogłasza
dyskwalifikację zawodnika Rosji. Całą pierwszą połowę przejechał
w samochodzie. Czołówka zgodnie napisała oświadczenia, że gościa
nie widzieli na trasie. Sędziowie potwierdzili brak delikwenta
na dwóch punktach kontrolnych. Z początku się wypierał, ale
postraszony, że jego numer zostanie zgłoszony Rosyjskiej
Federacji to gość zmiękł i się przyznał. Za w/w dwóką przybiegł
mój kompan z trasy Liban, który rozprawił się z Sojką, ale i tak
był trzeci w kat. bo przed nim oprócz zawodnika z nr 408, był
jeszcze Litwin Ciuplys. Patrzę na zegar czas 3:15:14. Powtórka z
1999 r. Na 240 startujących 59 miejsce. Odbieram bardzo ładny
medal pamiątkowy, biorę kubek wody i szukam stoiska SKOK-u
mojego dobrodzieja. Nie jest to trudne, bo nad stoiskiem tańczy
na wietrze napompowana duża maskotka SKOK-u. Nieśmiało podchodzę
do stolika.

Cztery panie na wyścigi wyciągają dłonie z
gratulacjami. Jestem trochę zmieszany, zająłem przecież dopiero
59 miejsce. Czy sponsor nie oczekiwał czegoś więcej? Mimo to
mocno zażenowany dziękuję dziewczynom za przygarnięcie przybłędy
z Bełchatowa i przepraszam, że muszę już iść, bo trzeba się
wykąpać. Po przebraniu się w suche ciuchy, wracam ponownie na
wspólną fotkę. Spotykam jeszcze szefa i panią z marketingu,
którzy z uwagi na ufundowane przez SKOK nagrody prawdopodobnie
brali wcześniej udział w ceremonii dekoracji. Krótka pogawędka i
trzeba iść do autobusu. O 15:30 odjazd pod Stocznię, a tam na
parkingu czeka mój samochód. Za rok jubileuszowy X - Maraton
Solidarności - Gdańsk 2004. Czy moja przygoda ze SKOK-iem
przetrwa tę próbę czasu? Tak czy inaczej na pewno koszulka z
logo SKOK-u będzie na tym Maratonie obecna. Jestem to winien
pracownikom Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej
o/Redłowo Gdynia ul.Bohaterów Starówki Warszawskiej jak i
inicjatorce tego całego zamieszania, pani Anecie Wiśniewskiej
SKOK o/Bełchatów i zapamiętajcie bracia maratończycy, że ta
pani podała kiedyś pomocną dłoń mało znanemu
biegaczowi "emerytowi". uff - to wszystko.

Wojciech Gruszczyński - czerwony kapelusz.



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał















 Ostatnio zalogowani
GriszaW70
00:12
runner
22:46
MagKosz
22:34
maste
22:13
fRUNiemy
21:55
uro69
21:51
k79
21:49
Pawel63
21:48
galik
20:51
StaryCop
20:43
entony52
20:33
tomasso023
20:26
lofx
19:58
crespo9077
19:56
piotr72gd
19:54
wiktor.ruben
19:45
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |