Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

Przeczytano: 4283 razy (od 2006-07-20)

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Mój Dziewiąty Gdański – Maraton Solidarności 2003
Autor: Krzysztof Grzybowski
Data : 2003-08-18

Po maratonie w Dębnie dość nie regularnie wychodziłem na trening, biegając głównie krótkie dystansy. Podobna sprawa była z synem Piotrem z tym tylko ze miał on do tego bardzo mało startów w zawodach. Po Dębnie straciłem motywacje do biegania długich dystansów tym bardziej, ze w moich planach startowych był udział w zawodach na krótkich dystansach z głównym celem – zawody na OW „Głębokie”. Miałem oczywiście na uwadze Maraton Gdański, lecz chciałem go po prosty pokonać bez przygotowania „po drodze” miedzy innymi zawodami. Motywacją do pokonania jego był taki – miałem do tej pory przebiegnięte wszystkie maratony w Gdańsku i chciałem tą tradycję podtrzymać. Syn na start zdecydował się prawie w ostatniej chwili. Jadąc tam wiedzieliśmy ze pokonanie tego dystansu poniżej 4 godz. będzie sporym sukcesem, ale pokonanie go głownie rutyną, a nie wybieganiem, w granicach 4:15 było w naszym zasięgu. Do zrobienia tego czasu motywowało nas to, ze robiąc go mieliśmy gwarancje zdążenie na bezpośredni pociąg do domu.

Na wyprawę do Gdańska zdecydowała się czwórka członków Towarzystwa: Marian Moszko, Grzegorz Miłota, Piotr Grzybowski i ja. Prognozy pogody zapowiadały się optymistyczne i zapowiadały, ze nie będzie tym razem tradycyjnych upałów. Po przyjeździe ( godz. 11 ) na miejsce okazało się ze sekretariat zawodów będzie czynny dopiero o godz. 17-18 ( tak nas poinformowano w Zarządzie Regionu ). Pierwszy raz spotkałem się z wypadkiem w Gdańsku, żeby tak późno sekretariat przyjmował uczestników maratonu. Nie było innego wyboru – trzeba było czekać. Koledzy udali się na zwiedzanie Gdańska, ja zaś z synem pojechałem do miejscowości w okolicach Gdańska do brata ( tez swego czasu biegł maraton ), który po nas przyjechał. Prognoza pogody sprawdzała się, lecz nie była ona aż tak optymistyczna – wiał dość porywisty wiatr i co jakiś czas padał dość ulewny deszcz.

Do sekretariatu zawodów wróciłem wraz z bratem i synem o godz. 19. Było dość pusto, a wszystkie sprawy związane z zgłoszeniem się do maratonu przebiegło bardzo szybko i sprawnie. W tym roku organizator w ramach wpisowego nie przewidział pamiątkowej patery i koszulki. Tłumaczono to tym ze w tym roku fundusz przeznaczony na maraton jest o wiele mniejszy niż w ubiegłym roku. Później już na starcie powiedziano mi, że za to – „będą duże i ładne medale”. Nie chciało się mi w to za bardzo wierzyć, ale zapowiedz okazała się faktem.

Z noclegu proponowanych przez organizatorów nie skorzystałem, wolałem jedna u brata. Mając taką możliwość nie chciałem ryzykować spędzenia nocy w większych skupiskach biegaczy. Nie przespane noce np. w Wrocławiu, Kaliszu przez hałasujących i chrapiących jak lokomotywy współlokatorów noclegu dało mi swego czasu sporo do wiwatu. Jestem na to dość uczulony, więc jak tylko można unikam takich sytuacji jak ognia.

Ranek zapowiadał ładną pogodę do biegania. Niebo było pochmurne. Momentami przebijało się przez chmury słońce. Ale radość była dość krótka. Im bliżej było do startu, tym niebo było mocniej zachmurzone. Przyjechaliśmy od brata z powrotem do Gdańska na godzinę przed startem. Po lekkim truchciku i gimnastyce byliśmy gotowi do biegu.

Start honorowy do biegu odbył się tradycyjnie przez otwarcie bramy stoczni i złożeniu kwiatów pod pomnikiem Poległych Stoczniowców. Po pożegnaniu się z bratem udaliśmy się truchcikiem na oddalony około 500 m start ostry. Po starcie zawodników na wózkach punktualnie o godz. 10:15 ruszyliśmy na trasę maratonu w raz ponad 200 uczestnikami. Zegar świetlny pokazywał temp. 21 stopni C Na 2 km koło Dworca Głównego PKP ostatecznie pożegnałem się z dopingującym nas tam bratem. Pierwsze kilometry biegło się nam dość dobrze, a tempo naszego biegu oscylował w granicach 5 – 5,5 min/km. Niebo coraz mocniej zaciągało się ciemnymi chmurami i na 8 km nastąpiło to czego się najbardziej obawiałem. Zaczął padać deszcz. Początkowo się tym nie przejąłem, wychodząc z założenia ze nawet dobrze ze spadł, gdyż wyręczył organizatorów w polewaniu nas wodą. Na potwierdzenie tej teorii zaraz przestał padać, ale wiał dość porywisty wiatr. Dalej biegło się nam w miarę dobrze, lecz zaczęliśmy już odczuwać pokonany dystans. Na 13 km zaczął znowu padać deszcz i do tego mocno, a połączony z wiatrem nie należał do przyjemności.

Taka pogoda panowała do końca naszego biegu, lecz już z mniejszym natężeniu i z przerwami. Po takich upałach jakie w ostatnich dniach panowały przed maratonem, taka pogoda trochę nas zaskoczyła. Najwięcej chyba jednak organizatorów, którzy swoimi działaniami wywoływali we mnie ( i nie tylko ) ogólną wesołość. Pomimo padającego deszczu osoby obsługujące punkty odświeżania serwowali nam nasiąknięte wodą gąbki, a na trasie straż pożarna zapraszała nas na utworzony ze sikawek prysznic.

Tak dobiegliśmy do półmetka. Z uzyskanego czas 1.52.06 byliśmy zadowoleni. Aby tak dalej a będzie źle. Tradycyjnie – pomimo deszczu – na Starym Rynku było bardzo dużo turystów, a ich gorący doping mobilizuje nas do kontynuowania ciągłego biegu do 25 km. Na 26 km zegar świetlny pokazywał już tylko 15 stopni C Czuliśmy bieg już porządnie w nogach, a do mety pozostało jeszcze 17 km. O tego momentu zaczynamy stosować starą wypróbowaną taktykę – bieg – marsz – bieg zdecydowaną przewagą biegu. Niebawem dogonili nas na trasie: Jurek Ciba, Marian Cyżniewski i kolega z ubiegłorocznego maratonu Robert Sulima. Do dalszego biegu zdopingowali nas oni swoimi odżywkami i mobilizującymi słowami. Pomogły. Po minięciu 35 km. rozłączyłem się ze synem. Miał dość mocne bule nóg i musiał więcej iść. Ze mną natomiast nie było aż tak źle, więc starałem się kontynuować dalej wypróbowaną taktykę. I o dziwo im bliżej było mety, biegło się mi co raz szybciej, tak jakby meta miała siły przyciągające i ciągnęła mnie z całych sił do siebie. Gdy już dobiegałem do mety zegar pokazywał 16 stopni C. Z wielką ulgą pokonywałem ostatnie metry i linię mety.

Z uzyskanego czasu: 4:09:55 byłem zadowolony. Plan minimum został wykonany. Fakt jakim kosztem, ale się udało. Teraz pozostało poczekać na syna. Nie musiałem czekać na niego długo. Uzyskany przez jego: 4:13:06 tez mieścił się w naszych planach, który gwarantował nam szybki powrót do domu. Jednak najważniejszym i podstawowym planem było ukończenie maratonu ( mojego już dziewiątego w Gdańsku ) i tego dokonaliśmy.

Po szybkim wykąpaniu się w przygotowanym w tym celu namiocie – w tym roku wyjątkowo trafiliśmy na mały tłok – pobraliśmy przygotowany przez organizatorów posiłek ( bułka z parówką i piwo ) udaliśmy się szybko na dworzec kolejowy. Bez problemów i wygodnie przyjechaliśmy do domu o godz. 21:30 gdzie na dworcu oczekiwała na nas moja żona Krystyna.

WYNIKI:
Mężczyźni:
1. Sławomir Kąpiński (Sporting Międzyzdroje) – 2:21:48
2. Dariusz Klein (Oleśniczanka) – 2:22:29
3. Zbigniew Murawski (Zawisza Bydgoszcz) – 2:23:20

Kobiety:
1. Alena Vinickaya (Białoruś) – 2:44:11
2. Elena Cuchlo (Białoruś) – 2:51:34
3. Ewa

Fliegert (Rybnik) – 2:59:37

Rywalizacja na wózkach:
1. Tomasz Hamerlak (Bielsko Biała) – 1:39:35
2. Zbigniew Baran (Bielsko Biała) – 1:47:41
3. Andrzej Drelich (Gorzów) – 1:49:46

Członkowie Towarzystwa:
Grzegorz Miłota – 3:48:31
Piotr Grzybowski – 4:13:06
Krzysztof Grzybowski – 4:09:55
Marian Moszko – z powodu odnowionej się kontuzji biegu nie ukończył

Na starcie maratonu stanęło 236 uczestników, a ukończyło go 220.

Podsumowując maraton należy podkreślić:
– punkty odżywiana były zaopatrzone tylko w wodę mineralną i odżywkę isostar. Brakowało tam innych produktów energetycznych jak: cukier, czekolada, czy banan. Z relacji kolegów którzy przybiegli po mnie wynikało, ze już na 30 km zabrakło odżywki i pozostała tylko zimna woda.
– Medale były faktycznie duże i ładne, a porównując je do ubiegłorocznych, to tak jakbym porównywał niebo do ziemi.
– bardzo późne otwarcie przez organizatorów sekretariatu zawodów.

Pokonując maraton, fizycznie potwierdziłem moje słowa co do joty – które powtarzałem i będę je dalej powtarzał – „Maratonu nie da się oszukać, a w czasie pokonywania go wyjdzie całe Twoje przygotowanie się do niego”
Następnym maratonem, którego będę chciał pokonać w tym roku będzie Hansaplast Maraton Poznań. Tym razem nie popełnię takiego błędu i nie wystartuję w nim z „marszu” Mam nadzieje ze nic nie stanie mi na przeszkodzie i wykonam swoje założenia treningowe. Postaram się jednak pomimo ewentualnie wynikłych różnych trudności, odpowiednio się do niego przygotować, aby pokonać go odpowiedniej formie i czasie. Obiecuję!


Krzysztof Grzybowski
Gorzowskie Towarzystwo Miłośników Biegania
AMATOR
www.amator.and.pl/
bigfut@poczta.onet.pl
korespondent Maratonów Polskich
www.maratonypolskie.pl



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał

















 Ostatnio zalogowani
piotr72gd
22:16
mariusz67
22:08
Paweł.Ż
21:45
fit_ania
21:33
Darek Ł.
20:54
Admin
20:51
placekjacek
20:40
maste
20:40
jalec
20:28
zulek
20:26
entony52
19:44
schlanda
19:39
Pawel63
19:19
Jarek42
18:46
MagKosz
18:08
lupusfalco
17:27
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |