Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

          

Przeczytano: 553/56258 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Blackmores Sydney Marathon
Autor: Piotr Dasios
Data : 2017-10-13

Moje przygotowania treningowe dobiegały końca, zbliżał się termin wylotu do Australii, mogłem skupić się na przygotowaniu do podróży. Całe przedsięwzięcie logistyczne „Projektu Sydney” miałem dopięte na 100%. Wyruszyłem samochodem na lotnisko do Warszawy, rozpoczynając dwutygodniową podróż. Zarezerwowane miejsce parkingowe czekało na mnie na jednym z wielu parkingów zlokalizowanych wokół portu lotniczego im. Chopina. Szybki transfer z parkingu pod halę odlotów stołecznego lotniska i mogłem już spokojnie sprawdzić na elektronicznej tablicy, gdzie się odbywa odprawa lotu do Dusseldorfu.

Źródło: tekst pochodzi ze strony http://50andstill.pl

Obsługa na stanowisku Germanwings szybko uporała się wydaniem mi trzech kart pokładowych i nadaniem mojego bagażu, który miałem odebrać dopiero w Sydney. Moja podróż składała się z dwóch przesiadek: we wspomnianym Dusseldorfie i później w Hongkongu. Całość podróży z przesiadkami firmowana była przez linię lotniczą Cathay Pacific i miała trwać 26 godzin.Pierwszy etap podróży obsługiwany był przez tanią linię lotniczą Germanwings. Półtoragodzinny lot zakończył się punktualnym lądowaniem w Dusseldorfie. Duże, ale dość proste lotnisko nie sprawiło mi trudności, aby odnaleźć właściwą bramkę lotu do Hongkongu. Wcześniej przeszedłem kontrolę paszportową (bowiem opuszczałem strefę Schengen) i praktycznie na każdym lotnisku powtarzającą się, także w strefie tranzytowej, kontrolę bezpieczeństwa.



Kawa i ostatnie darmowe telefony do Polski wypełniły mi ostatnie minuty na europejskim kontynencie. Lot szerokokadłubowym Airbusem A350-800 upłynął mi dość szybko i przyjemnie, mimo jedenastoipółgodzinnego lotu, tym bardziej że jedno miejsce obok mojego fotela było wolne. Lecąc, próbowałem nadrabiać zaległości kinowe i obejrzałem kilka filmów po kolei. Lądując, za oknem samolotu ukazało się wiele mniejszych i większych wysp pełnych życia, otaczających Hongkong. Miasto przywitało mnie gorącą i wilgotną pogodą, którą poczułem przemieszczając się do terminalu tranzytowego. Ogrom lotniska robił wrażenie, terminale ciągną się kilometrami, jednak dobre oznakowanie ułatwiało znalezienie właściwej bramki. Na lot do Sydney czekały tłumy pasażerów, odprawa przebiegła szybko i po rękawie dostałem się do samolotu. Zająłem wyznaczone dla mnie miejsce przy oknie, czekał mnie dziewięcioipółgodzinny lot do Sydney. Również w tym samolocie (Airbus A330-300) miejsce obok mnie było wolne, co poprawiało mój komfort podróżowania. Lot przerywany drzemką i posiłkami znów upłynął pod znakiem filmów. Lądowanie w Sydney przebiegło bez problemów. Przełączając telefon z trybu samolotowego na normalny, złapałem zasięg nowego operatora i na ekranie ukazała się właściwa lokalna godzina: 20.10. Różnica czasu pomiędzy Polską a Sydney wynosiła 9 godzin. Do Australii Polacy potrzebują wizy. Aby ją otrzymać, jeszcze w kraju wypełniamy długi formularz i wysyłamy go elektronicznie do ambasady australijskiej. Najprostsza wiza turystyczna ważna jest rok i upoważnia do trzymiesięcznego pobytu w Australii. Taka wiza wydawana jest dość szybko w formie elektronicznej i co najważniejsze jest za darmo. Więcej o uzyskaniu wizy na stronie:KLIKNIJ TUTAJPo kontroli paszportowej i pytaniu o powód przyjazdu do Australii, następuje kontrola celna, przy której oddajemy wypełniony jeszcze w samolocie formularz celny, gdzie większość pytań dotyczy tego, co wwozisz do Australii? Po kontrolach i odbiorze bagażu znalazłem się w hali przylotów, gdzie czekał na mnie mieszkający w Australii od trzydziestu lat, pochodzący z Ostrowca Św. – Mick (Mieczysław) Wykrota, który zapewnił mi gościnę w australijskiej części mojej wyprawy. Kilka następnych dni poświęciłem zwiedzaniu Sydney, poznając zabytki, przyrodę i muzea tego pięknego miasta, nie zapominając też o lekkim rozruchu biegowym.



Pakiet startowy

W piątek, dwa dni przed startem, postanowiłem odebrać pakiet startowy. Udałem się do centrum Sydney, gdzie w Lower Town Hall (Dolny Ratusz) w dniach 13-16 września 2017 roku, w godzinach od 8.00 do 19.00 (do 17.00 w sobotę) odbywał się „The ASICS Event Expo”. Targi sprzętu sportowego połączono ze stoiskami, na których można było odebrać numery startowe na cztery biegi (maraton, półmaraton, 10 km i 3,5 km), które odbędą się 17 września w ramach Blackmores Sydney Running Festival. W podziemiach ratusza miejskiego, w tak zwanym Dolnym Ratuszu, zaraz po wejściu do dużej sali wystawienniczej ustawiono stoiska, na których wydawano numery startowe, w tym interesujące mnie – maratońskie. Zaskoczeniem było to, że każdy uczestnik otrzymywał tylko numer startowy (oraz wydrukowany numer odpowiadający startowemu na depozyt bagażowy) bez żadnego pakietu, koszulki techniczne miały być rozdane na mecie tylko tym biegaczom, którzy ukończyli swoje biegi. Pozostała część Dolnego Ratusza została wypełniona stoiskami ze sprzętem biegowym oraz planszami z trasami poszczególnych biegów. Oferta handlowa typowa na tego typu imprezach: obuwie sportowe, odzież biegowa i odżywki. Można było także zakupić pełną gamę koszulek technicznych z motywem sydnejskiego maratonu. Generalnie sydnejskie targi nie robiły wielkiego wrażenia w porównaniu z europejskimi targami tego typu. Przed wejściem do Dolnego Ratusza biegacze mogli zostawić depozyt z ubraniem, który będzie zwrócony już po biegach. To była jakaś nowość nie praktykowana na innych maratonach, w których uczestniczyłem.



Numery startowe wydawano po przedstawieniu potwierdzenia rejestracji i opłacenia startu (które przychodziło na maila) oraz okazaniu paszportu lub innego dokumentu ze zdjęciem. Ceny pakietów startowych, bo o nich nie wspominałem, kształtowały się dla zawodników spoza Australii i Nowej Zelandii w zależności od daty wykupu pakietu: do 31 lipca – 180 AUD$ (513 zł), a do 16 września – 195 AUD$ (556 zł). Więcej o udziale i rejestracji na stronie organizatora: www.sydneyrunningfestival.com.au . Po wypełnieniu krótkiego formularza zgłoszeniowego i opłaceniu udziału otrzymuje się na maila potwierdzenie startu wraz z przydzielonym numerem startowym. Po opuszczeniu Dolnego Ratusza mogłem już spokojnie skupić się na wypoczynku przed czekającym mnie maratonem.


Po kilku dniach intensywnego zwiedzania Sydney sobotę przed maratonem postanowiłem spędzić spokojniej, poświęcając więcej czasu na relaks i odpoczynek, pamiętając też o właściwym nawodnieniu organizmu. Przed południem, korzystając z pięknej pogody, udałem się na mały spacer po Darling Harbour, natomiast popołudnie przeznaczyłem na odpoczynek w domu i przygotowania do maratonu, w szczególności skompletowane stroju biegowego. To już stało się rytuałem, kiedy przypinam numer startowy do koszulki technicznej, układam pozostałe elementy stroju: buty, żele, plastry i ładuję zegarek biegowy. Koszulkę techniczną miałem przygotowaną specjalnie na ten bieg przez „Centrum Sport” z Ostrowca Świętokrzyskiego. Start maratonu sydnejskiego przewidziany był na godzinę 7.05, czyli dość wcześnie, musiałem też doliczyć półgodzinny dojazd samochodem i godzinę na dojście do miasteczka biegowego, a także rozgrzewkę przed biegiem i ustawienie się na linii startu. Czyli… musiałem wstać o godzinie 4.30. Prognoza pogody na niedzielę była optymistyczna, słoneczny dzień i do 18 st. C.



W niedzielny poranek obudziłem się jeszcze przed sygnałem budzika, szybka toaleta i mogłem spokojnie zjeść lekkie śniadanie. Białe pieczywo z masłem, dżemem i miodem, sok pomarańczowy, słodka herbata oraz banan to sprawdzony przeze mnie maratoński posiłek. Ubrałem się szybko w przygotowany strój biegowy, na to kurtka, plecak i byłem gotowy do wyjścia. Mick czekał na mnie w samochodzie. Dwudziestominutowa podróż w pobliże parku Bradfield Park, Milson’s Point, gdzie organizatorzy umieścili miasteczko biegowe i linię startu maratonu, upłynęła przy miłej pogawędce. Nie można było dojechać bliżej parku, ponieważ ta część miasta była już wyłączona z ruchu, a teren zabezpieczała policja. Kilkaset metrów dzieliło nas od wejścia na teren miasteczka biegowego zlokalizowanego w parku przy zatoce, pod sławnym Sydney Harbour Bridge. W oddali, w zatoce połyskiwały w promieniach wschodzącego słońca dachy-żagle z Opery Sydnejskiej. W miasteczku biegowym było już dość tłoczno. Setki biegaczy, podobnie jak ja, próbowały się zorientować, gdzie są stoiska z depozytem, toalety i punkty informacyjne. Maraton w Sydney przyciągnął zawodników z całego świata, szczególnie dużo było ich z Azji, nie zabrakło też Polaków. Mimo że nie jest prowadzona klasyfikacja narodowa, to na linii startu spotkałem co najmniej dziesięciu rodaków, z którymi udało mi się porozmawiać. Na tym maratonie nie korzystałem z depozytu, kurtkę i plecak zabrał mi mój kolega Mick, który miał na mnie czekać na linii mety. Pożegnałem się nim i mogłem spokojnie rozpocząć rozgrzewkę, tym bardziej, że było dość chłodno. Do startu zostało pół godziny, zrobiłem kilka zdjęć komórką, przystąpiłem do rozciągania się, później truchtu. Ćwicząc, kątem oka zobaczyłem sporą kolejkę przed przenośnymi toaletami. Ich mała liczba zawsze albo prawie zawsze jest piętą Achillesową maratonów. Postanowiłem stanąć w kolejce, bo do startu zostało ok. 20 minut. Za każdym razem startując w imprezach biegowych na całym świecie, występuje ten sam problem, końcowe minuty przed startem są nerwowe, czy zdąży się na start?



Do toalety dostałem się 7 minut przed startem, po wyjściu z niej – szybki bieg na linię startu do właściwego sektora. Wejścia do poszczególnych sektorów kontrolowali wolontariusze, wpuszczając biegaczy z właściwym oznaczeniem na numerach startowych. Niestety, w sektorach było już bardzo tłoczno, brakowało czasu i miejsca na przesuwanie się do przodu bliżej linii startu. Zanim ogłoszono start, nie udało mi się dotrzeć w pobliże peacemakerów biegnących na 3.15. Punktualnie o godzinie 7.00 na trasę wyruszyli zawodnicy na wózkach, a o 7.05 ruszył bieg maratoński. Po wyruszeniu elity, ruszył sektor A, w którym się znajdowałem. Powoli, krok po kroku, bieg się rozkręcał. Niestety, zrobiło się bardzo tłoczno i nie można było się rozpędzić, a w oddali nad głowami biegaczy znikały baloniki moich peacemakerów. Pierwszy kilometr pokonałem w 5 min/km, czyli dość wolno, następnie trasa maratonu skręciła na sławny Sydney Harbour Bridge i tu było już dużo luźniej. Drugi kilometr pokonałem już w 4.27. W głowie powracała myśl, że muszę gonić peacemakerów, w moich planach przedbiegowych zakładałem, że będę się ich trzymał. Wiem, że pogoń za nimi może mnie dużo kosztować, ale postanowiłem spróbować. Na trzecim kilometrze mała pętla na terenie City w sąsiedztwie potężnych wieżowców – tutaj przyspieszyłem, następne 2-3 kilometry pokonałem w tempie 4.11-4.13. Na piątym kilometrze trasa skręca w prawo w Mackquarie St. i biegnie wzdłuż Królewskiego Ogrodu Botanicznego. W tym miejscu jest pierwszy pomiar czasu (5km-22.07), a tuż za nim punkt odżywiania. Łapię w biegu kubek z wodą z rąk wolontariusza (nienawidzę pić z plastikowych kubków, ale nie mam wyjścia), mimo że od startu mam także w rękach małą butelkę z wodą, która mi służy do popijania żeli energetycznych. Trasa na tym odcinku jest prosta, lekko pnie się w górę, przebiega przez Hyde Park, później biegnie wzdłuż Flinders St. moje tempo na tym odcinku spada do 4.24-4.30.



Biorę żel energetyczny, popijam wodą z butelki, chociaż za chwilę jest kolejne stanowisko odżywiania. Ciągle gonię moich peacemakerów. Wbiegamy w Moore Park Road, gdzie jest pierwsza nawrotka, wreszcie widzę, ile dzieli mnie od moich baloników. Odległość nie jest duża, może 150 metrów, więc jeszcze przyspieszam. Biegniemy niedaleko Allianz Stadium, pięknego stadionu sportowego. Mijam oznaczenie dziesiątego kilometra trasy i tutaj jest drugi pomiar czasu (10km-43.32). Za punktem organizatorzy umiejscowili kolejny punkt odżywiania, na którym łapię kubek z izotonikiem (tym razem w papierowym kubku!). Biegnie mi się dobrze, chociaż przed startem miałem trochę obaw o mój odcinek lędźwiowy kręgosłupa, któremu zaszkodziła długa podróż do Australii. Nie jest jednak źle! Dobiegam wreszcie do moich peacemakerów (na 3.15). Pomyślałem, że teraz trochę odetchnę i zwolnię. Ustawiłem się z tyłu sporej grupy zawodników skupionych przy biegaczach dyktujących tempo, było tutaj trochę tłoczno, ale i tak poczułem ulgę. Kolejne kilka kilometrów biegliśmy razem, wykonując pętlę wokół Centennial Park, tempo biegu spadło do 4.25-4.35. W parku organizatorzy ustawili kolejny punkt odżywiania (na 12,5 km), z którego skorzystałem. Wykorzystując zamieszanie na tym punkcie, wyprzedziłem grupę, aby mieć więcej miejsca wokół siebie. Utrzymywałem lekką przewagę nad grupą (z 3.15), co kilometr delikatnie dokładając parę metrów. Wciąż biegło mi się dobrze, skupiłem się więc na papugach (Ary), których w Australii mnóstwo lata nad głowami. Tutaj, niesamowicie skrzeczących, było wyjątkowo dużo. Na piętnastym kilometrze kolejny pomiar czasu (15 km-1.05.22), po chwili kolejny punkt odżywiania, piję co najmniej kubek na każdym punkcie – raz wodę, raz izotonik. Na następnym kilometrze kolejna nawrotka, widzę, że mam już ok. 100 metrów przewagi nad grupą i kolejna pętla po parku, tylko w przeciwnym kierunku. Utrzymuję tempo 4.18-4.28, sięgam po kolejny żel energetyczny, za chwilę będzie nowy punkt odżywiania. Zbliża się dwudziesty kilometr maratonu, cały czas mam dużo siły, pogoda sprzyja biegaczom, mimo że robi się coraz cieplej. Wiem, że jestem dobrze przygotowany, wybiegałem setki kilometrów, ale zmiana czasu, bardzo długa podróż i problem z kręgosłupem mogą się ujawnić – takie myśli krążyły mi po głowie. Jak będzie? To się okaże. Druga pętla po Centennial Park się kończy i maraton wraca na trasę w stronę City (20 km-1.27.36), znów przebiegniemy pod sławnym mostem w stronę Darling Harbour. Połówkę maratonu pokonuję w czasie 1.32.00, to wynik, który daje mi nadzieję.



Trasa maratonu zrobiła się trochę szybsza, jest lekko z górki. Wokół mnie stabilizacja, oglądam te same twarze biegaczy, bardzo dużo jest Azjatów, głównie Chińczyków, dla których Australia jest drugim domem. Sydney kocha bieganie, zwiedzając miasto codziennie obserwowałem setki ludzi biegających w parkach i na ulicach, to się przekłada na doping. Sporo ludzi nam kibicuje na trasie, organizatorzy zaprosili także mobilizujące biegaczy do wysiłku zespoły muzyczne i DJ-ów. Porównując tą imprezę z niektórymi podobnymi w Europie, myślę, że jednak stary kontynent wypada lepiej. Następne pięć kilometrów pokonuję ze średnim tempem 4.19, jest tu jednak lekko z górki, przez to łatwiej. Na 22.5 km następny punkt odżywiania, tym razem piję izotonik, ciągle jeszcze mam w ręku butelkę z wodą, traktuję ją jako żelazny zapas. Zbliżam się ponownie do City, tym razem po lewej stronie wyrastają ogromne wieżowce, przekraczam na 25 km kolejny pomiar czasu (1.49.14) i za chwilę wpadam na punkt odżywiania. Zmęczenie już daje mi się we znaki, czuję też, że nowe buty dokładają do niego swoje trzy grosze – ostatni model nimbusów nie jest już tak komfortowy jak poprzednie. Tempo mojego biegu spadło do ok.4.30, robi się też coraz cieplej, po prawej stronie mijamy Circular Quey, port promowy i ważny węzeł komunikacyjny Sydney. Po skręcie w lewo przebiegamy pod Sydney Harbour Bridge w kierunku Darling Harbour, na Hickson Rd. Tam znajduje się kolejna stacja odżywiania (27,5 km), z której korzystam, wcześniej wziąłem trzeci już żel energetyczny. Na trasie nie ma tłoku, pojedynczy biegacze raz wyprzedzają, to znów dają się wyprzedzić.



W pewnym momencie dobiegam do zawodnika, który miał numer startowy z tyłu, a na nim imię Grzegorz. Wreszcie rodak, pomyślałem. Pogadaliśmy chwilę o biegu i wrażeniach z Australii, biegłem szybszym tempem, życzyliśmy sobie szczęścia i zostawiłem go na trasie. Kiedy później sprawdzałem klasyfikację, okazało się, że Grzegorz był na mecie 6 minut po mnie. Teraz zbliżał się 30 km trasy i kolejny punkt pomiaru czasu (2.12.19), po chwili pojawił się też punkt odżywiania. Zmęczenie coraz bardziej dawało znać o sobie, starałem się utrzymać tempo w granicy 4.30, ale nie było łatwo i nie pomagał już nawet piękny widok portu. Skręcamy w prawo na most, który przecina zatokę, z lewej strony jest Muzeum Morskie, na końcu mostu kolejna na tym maratonie nawrotka. Trasa biegu dalej biegnie przez dzielnicę Pyrmont i nabrzeża Darling Harbour. Tutaj często następują zmiany nawierzchni trasy maratońskiej z asfaltowej, przez płyty i kostki granitowe, płyty betonowe, po drewniane podesty nabrzeża. Nawierzchnia i ciągła zmiana kierunków nie sprzyja trzymaniu tempa, także zmęczenie robi swoje, dobiegam do kolejnego punktu odżywiana (32,5 km), piję łapczywie wodę, myślę: jeszcze tylko dycha do mety! Kolejne nabrzeże portowe i następne, ale najważniejsze, że jestem coraz bliżej mety. Mijam pomiar czasu na 35 km (2.36.26), tempo spadło do 4.49, przypuszczam, że zaraz dogonią mnie moje baloniki z 3.15, którym uciekłem. Nigdy nie oglądam się za siebie, więc nie mam pojęcia, jak są ode mnie daleko. Biorę ostatni żel energetyczny, ten jest z kofeiną, może da mi kopa na końcu maratonu. Wypijam resztkę wody z mojej małej butelki, którą mogę wreszcie wyrzucić.



Na 37,5 km kolejny punkt odżywiania, przy którym piję wodę, zostało już niecałe 5 km, staram się przyspieszyć. Tempo biegu niestety nie wzrosło! Nadzieja jest w kofeinie z żelu, może zmusi mój organizm do większego wysiłku, bo głowa już nie pomaga. Zbliża się kolejny punkt pomiaru czasu. To już 40 km i kolejne nabrzeże, które dobrze znam, bo wcześniej już dwa razy tu spacerowałem. Wypijam izotonik w punkcie odżywiania i widzę już most, który jest najważniejszym elementem tego maratonu i obok opery najbardziej rozpoznawalnym symbolem miasta. Po raz kolejny przebiegam pod nim i widzę już budynek opery po drugiej stronie zatoki, do mety zostały dwa kilometry. Trasa biegnie samym nabrzeżem, mijamy hotel Park Hyatt, widzę po prawej stronie Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Museum of Contemporary Art) i dworzec promowy Circular Quay. Udaje mi się złapać drugi oddech, przyspieszam, do mety został może kilometr, już wiem, że moje baloniki mnie nie dogonią. Wyciągam z saszetki polską flagę z napisem Ostrowiec Św., która towarzyszy mi zawsze, gdy biegam czy zwiedzam świat. Mam ją już w rękach i macham do licznie zgromadzonych kibiców na nabrzeżu. Jeszcze kilkaset metrów i będę na mecie maratonu, jeszcze próbuję przyspieszyć, już widzę metę ustawioną na tle budynku Opery Sydnejskiej. Jeszcze kilka metrów, zerkam na zegar przy mecie, czas 3.11.25, to czas brutto, więc netto będzie lepszy. Mój zegarek biegowy wskazuje 3.10.53. Trudno mi uwierzyć w to, co widzę! Jestem bardzo szczęśliwy, mam łzy w oczach. Przechodzę dalej, po sprawdzeniu skanerem numeru, medal ląduje mi na szyi.




Za chwilę wolontariusz pyta o rozmiar koszulki, dostaję piękną niebieską koszulkę techniczną Asicsa i pakiet z wodą, batonami oraz środkiem Blackmores na otarcia. Za barierką czeka mój kolega Mick, który do mnie macha i krzyczy. Podbiegam do niego, ściskamy się przez barierkę. Mick ubrał się w biało-czerwony dres, w którym pomagał polskiej misji olimpijskiej w Sydney w roku 2000. Umówiliśmy się przed operą, gdzie nie ma już strefy chronionej biegaczy. Po zrobieniu kilku zdjęć dotarłem tam po kilku minutach. Byłem w niezłej formie fizycznej, jeszcze nie docierało do mnie, jaki czas wykręciłem, zresztą do dziś trudno mi w to uwierzyć!



Źródło: tekst pochodzi ze strony http://50andstill.pl



Komentarze czytelników - 1podyskutuj o tym 
 

paulo

Autor: paulo, 2017-10-13, 08:42 napisał/-a:
Twój czas jest wprost proporcjonalny do przygody, którą sobie zafundowałeś na tak odległym kontynencie :) Gratuluję!

 



















 Ostatnio zalogowani
kubawsw
14:58
arco75
14:52
kostekmar
14:46
stepow
14:39
Dywizjon
14:38
Ryszard N
14:37
JolaS
14:29
Jurek z Jasła
14:28
Darkpeter
14:26
gup-szy
14:21
tomek20064
14:20
sbogdan1
14:19
uro69
14:16
Andrea
14:15
grefko
14:13
gama
14:13
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |