Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

        

Przeczytano: 1474/453241 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Freedom Charity Run 2017 - dzień 4 - 6
Autor: Mariusz Szeib
Data : 2017-06-27

23. czerwca 2017r. - Dzień 4 Bowling Green – Leitchfield

O 4.45 zadzwonił hotelowy budzik. W godzinę później spotkaliśmy się z Johnem w telewizyjnym studio ABC (www.wbko.com/video?vid=430332923). Tuż przed wejściem na wizję na monitorach oglądaliśmy prognozę pogody. Nie była optymistyczna.


John jest gubernatorem dystryktu w Kentucky, to on zaaranżował wywiad. Następnie burmistrz Bowling Green dał nam znak startu. Do 12.00 biegliśmy w temp. ok. 25oC i przy zachmurzonym niebie. Wkrótce zaczęło podać, Początkowo mżyło, potem padało, lało, w końcu wiadrami chlustało na nas raz z góry, kiedy indziej spod opon mijających nas aut. Dogoniła nas "wściekła Cindy. Na szczęście zahaczyła nas ledwo bokiem, więc nie wiało.

W trakcie największej ulewy wyświetlił się nam komunikat, że spadło ciśnienie powietrza w lewym tylnym kole. W ścianie wody dojechaliśmy do stacji benzynowej, gdzie Clyde, brodacz jakby skórę obdarł z jednego z ZZ – topów dopompował nam w tym deszczu oponę do 35 PSI.
Do Leitchfield dotarliśmy wcześnie, bo na szczęście dzisiaj dystans był ulgowy – "tylko" 76 km. W kość dostaniemy jutro, będzie 110. Znów blisko 30 na każdego z nas.

24. czerwca 2017r. - Dzień 5 Leitchfield - Lousville

Cindy powaliła Jackowi I Phona. Całonocna kąpiel w alkoholu izopropylowym (na tę kąpiel Jacek wziął przepis z internetu), niestety nie postawiła go na nogi. Pomimo owinięcia starannie swojej komórki cieniutką membraną latexową, wielogodzinna ulewa podczas wczorajszego biegu pokonała ją bez trudu penetrując wnętrze komórki. Próby reanimacji nic nie pomogły.
Śniadanie o 7. Co i rusz ktoś widząc nas w koszulkach biegowych, zapytuje skąd się wzięliśmy i o co nam chodzi. Gdy wyjaśnimy każdy deklaruje swój udział w budowie szkoły dla dzieci z Syrii. Tym razem to Jean z North Caroline wraz z gronem przyjaciół.





Start godzinę później. Długa 110 kilometrowa droga przed nami. W następnych 6 dniach nigdy już więcej nie przekroczymy stówy. Na ulicach Leitchfield spotkaliśmy młodą biegaczka. To pierwsza osoba biegająca, którą spotkaliśmy do tej pory. Wręczyliśmy jej ulotkę i pamiątkową koszulkę. Nie było to łatwe bo biegła w tempie 5 min/ km lub szybciej.



Cindy zaspokoiła się komórką i pożegnała nas, tym razem na dobre. Biegnie się doskonale. Temperatura ok 26oC, lekki wiaterek, czasem nawet trafi się jakaś chmurka. Bonne wyszła w sobotę, żeby skosić trawę wokół swojej skrzynki na listy. Cała Ameryka to miliony akrów przepięknie wystrzyżonych trawników. Domy nie stoją jak w Polsce tuż przy drodze lecz w oddali, najczęściej na wzgórzu. Między szosą a zabudowaniami, nie rzadko bardzo pięknymi, są ogromne połacie zawsze równo przystrzyżonej trawy. Bonne zauważyła nas i oczywiście, z typowo amerykańską życzliwością, zaraz zaproponowała po butelce wody. Nie mogła uwierzyć, w nasz szalony plan ale życzyła powodzenia. Ledwo minęliśmy Bonne, zaraz z bocznej drogi wyjechała młoda dziewczyna na koniu. Jechała stępa więc pogadaliśmy chwilę. Nie zdecydowała się nam towarzyszyć do Chicago ale życzyła good luck.

Przy Hall Town w Louisville czekali na nas Fred i John. Zabrali nas do domu Freda położonego przepięknie nad jeziorem. Cóż to była za rozkosz zanurzyć nasze wymęczone ciała w chłodnej, krystalicznie czystej wodzie. Fred i jego żona Nancy przygotowali wspaniałe przyjęcie, na które zaprosili kilkunastu członków lokalnego klubu Lions. Podczas spotkania wręczono nam czeki na 600 dolarów dla dzieci z Syrii. Taka gościnność i szczodrość dosłownie poraża. Wielkie poparcie dla całego projektu Freedom Charity Run i ogromna chęć pomocy. Dziękujemy Fredowi, Johnowi i Lionom z Kentucky.





25. czerwca 2017r. - Dzień 6 Lousville - Seymour


H2O z jeziora, podziałała na nasze sponiewierane mięśnie we wszystkich 8 nogach jak balsam. Co prawda rozrolowałem je sobie wieczorem, jak co dzień na walcu, który dostałem w prezencie od Piotra jeszcze w Poznaniu. Codziennie rano błogosławiłem więc Piotra ale tym razem efekt był zwielokrotniony i nawet śladów wczorajszych 110 km u nikogo z nas nie było.



Rano po pysznym śniadanku, odwiedziliśmy imponującą siedzibę North Oldham Lions Club i przez zabytkowy most na rzeką Ohio, z flagami Polski, USA i UE wbiegliśmy do Indiany. Szacunek Amerykanów dla flagi jest tak ogromny, że przypadkowi przechodnie widząc nas przystawali, a niektórzy nawet nam salutowali.



Powody do świętowania były dwa. Wbiegliśmy do 5 – go, przedostatniego już stanu i przekroczyliśmy 500. kilometr, a więc połowę trasy. Nie czujemy się specjalnie sponiewierani fizycznie. Odwrotnie! Biegniemy jakby nam ktoś skrzydła przypiął. Jesteśmy na dopingu dzięki wspaniałej mieszance amerykańskiej gościnności i wsparcia finansowego dla dzieci w Syrii.




W Seymour przy Chamber of Commerce czekała na nas Missy.



Pokazała nam część aktywności miejscowych klubów: zagospodarowanie terenów zieleni i wypożyczalnię książek, a następnie zawiozła nas do hotelu ufundowanego przez Lionów z Seymour – dziękujemy!



Wieczorem wybraliśmy się do restauracji Bonanza. Obsługiwał nas Paul, który miał rodzinę w Niemczech. Wypytywał o szczegóły biegu. O napiwku nie chciał słyszeć, mało tego, zaproponował nam 25% rabat od firmy, tutaj się tajemniczo uśmiechnął, a następnie oświadczył, że pozostałe 75% naszego rachunku pokrywa tajemniczy sponsor. Chris i Gay z Seymour siedzieli przy sąsiednim stoliku. Także z nimi wymieniliśmy kilka zdań o biegu, teraz postanowili nam zafundować obiad. Czy takie sytuacje mogą się zdarzyć gdziekolwiek poza Ameryką?



Relacje dostępne na stronie: freedomcharityrun.org/

Podsumowanie dni 0 - 3



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał



















 Ostatnio zalogowani
Skoczek
17:08
Adam P.
17:07
armoniek
17:07
rob8043
17:06
narcyz_65
17:04
kierownik28
17:04
LegoWer
16:59
Damianex
16:57
1223
16:55
wiadp1
16:55
wiads
16:53
adaole
16:47
creas
16:46
miklop
16:33
snipster
16:33
adria
16:31
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |