Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

        

Przeczytano: 1657/107787 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Maraton w Marrakeszu (2017) cz. 2 – start
Autor: Piotr Dasios
Data : 2017-04-20

Sobotę, 28.01 poświęciliśmy na odbiór pakietu startowego i rozejrzenie się po mieście. Miasteczko biegowe zbudowane było na placu 16 Listopada, w nowej części miasta (Gueliz), nieopodal Ogrodów Harti. Z Medyny można się tam przespacerować, bo to około 2 km odległości. Miasteczko czynne było w piątek i sobotę przed maratonem w godzinach 10 – 19. Wyglądało dość skromnie, składało się z rozstawionych na placu namiotów organizatorów oraz niewielkiej liczby namiotów handlowych ze sprzętem sportowym. Nikłość miasteczka biegowego komponowała się z otrzymanymi pakietami biegowymi.

Zestaw przeznaczony dla mnie odebrałem w namiocie należącym do francuskiego współorganizatora (AGENCE ESCAPADES), który prowadził zapisy na maraton w Internecie dla uczestników spoza Maroka. Pakiet kosztował 75 euro (70 euro + 4 euro opłaty administracyjnej + 1 euro za smsa). Pakiet został mi wydany po okazaniu faktury i paszportu. Każdy biegacz otrzymał numer startowy i skromną koszulkę techniczną w okolicznościowej torbie. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia przy banerze z trasą maratonu można było spokojnie wrócić do domu, odpocząć przed zbliżającym się wyścigiem.





Maraton

Niedziela, 29.01. Start maratonu został zaplanowany na godz. 8.00 rano. Linia startu i mety maratonu oraz półmaratonu wyznaczone zostały na alei Menara, nieopodal Ogrodów Jardin Majorelle, gdzie roztaczał się wspaniały widok na Meczet Koutoubia. Nieduża odległość od Medyny nie wymagała bardzo wczesnej pobudki. Obudziłem się jak zwykle przed budzikiem. Szybka poranna wizyta w toalecie, nałożenie na siebie stroju biegowego przygotowanego dzień wcześniej, plastry i wazelina, czyli typowy rytuał maratoński, plus lekkie śniadanie z bananem i słodkimi bułkami – to wszystko wypełniło mój niedzielny poranek. W saszetkę biegową schowałem żele energetyczne, telefon i drobne pieniądze. Z hotelu wyruszyłem w stroju biegowym, na który miałem nałożony specjalny plastikowy ochraniacz zabezpieczający przed wychłodzeniem, ponieważ rankiem w Marrakeszu miało być 8 st. C.

Nieduża odległość linii startowej maratonu od hotelu pozwoliła na lekką rozgrzewkę biegową. Na miejscu byliśmy z kolegą Witkiem już o godz. 7.20. Tam zrobiliśmy kilka zdjęć pamiątkowych, mieliśmy sporo czasu na dokończenie rozgrzewki i na ostatni pobyt w toalecie. Okazało się, że przenośnych toalet było sześć. Całe szczęście, że po lewej stronie alei, gdzie przewidziane były start i meta maratonu, znajdował się pusty plac, na którym ustawiono kilka namiotów organizatorów, dalej ten plac przechodził w gaj oliwny (Ogród Menara), czyli… naturalną toaletę. Na placu ustawiło się też kilku handlarzy z sokami i owocami. Tak naprawdę to dopiero na linii startu okazało się, że maraton nie jest zbyt duży, w przeciwieństwie do europejskich imprez biegowych, gdzie liczba uczestników sięga co najmniej kilku tysięcy. Przy nich maraton w Marrakeszu, w którym startowało 800 biegaczy, był niewielką imprezą. Ma to też swoje plusy – brak ścisku na starcie i na całej trasie. Z tego samego miejsca, tyle że pół godziny później, miał dodatkowo wystartować półmaraton, a liczba jego uczestników sięgała ok. 5000.





Przed startem pożegnałem się z Witkiem, który założył sobie inne tempo biegu. Czekaliśmy na sygnał dźwiękowy, pozbywając się plastikowych ochraniaczy na ciało. Maraton ruszył, powoli tłum biegaczy się rozkręcał, pokonując właściwą linię startu. Pierwszy raz na trasie maratonu doświadczyłem, że nie było tłoku. Szeroka aleja dawała komfortowe warunki do biegania, można było spokojnie kontrolować czas i tempo. Zostawiłem Witka i sam wyrwałem do przodu, założyłem sobie tempo 5,05 minut/kilometr w pierwszej połówce, a później planowałem utrzymanie lub obniżenie tempa biegu w zależności od możliwości mojego organizmu. Zależało mi głównie na ukończeniu tego maratonu, a nie na wyniku. Moje perturbacje ze grypą i infekcjami skutecznie zniweczyły przygotowania. Liczyłem tylko na swój charakter i wcześniejsze treningi. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje mój organizm. Póki co głód biegania dał znać o sobie. Biegło mi się bardzo dobrze, luźno i z dużą radością. Nie dałem się jednak porwać emocjom i od startu kontrolowałem tempo. W miarę upływających kilometrów na trasie maratonu robiło się coraz luźniej. Pierwsze stoiska z wodą pojawiły się chyba po pięciu kilometrach. Woda w małych (250 ml) plastikowych butelkach, pasujących do ręki podawana była przez wolontariuszy. Bardzo wygodne butelki, z którymi praktycznie nie rozstawałem się przez cały czas maratonu, pomagały uzupełniać na bieżąco płyny w organizmie. Stoiska z wodą pojawiały się regularnie, kilka razy mijałem też punkty z mokrymi gąbkami do obmycia twarzy oraz stoły z mandarynkami przypominające stragany handlowe.

Mandarynki, oczywiście w skórkach, a nawet z liśćmi, stanowiły wyzwanie dla maratończyków. Dużo łatwiej biegacze radzili sobie z daktylami rozdawanymi w paczkach przez wolontariuszy, trzeba było tylko uważać na pestki… Na stoiskach przy trasie maratonu zabrakło tak popularnych w Europie izotoników i żeli energetycznych. W sklepach w Marrakeszu też nie udało mi się ich znaleźć.



Biegnę nieprzerwanie. Trasa maratonu prowadzi po nowej części Marrakeszu, obwodząc praktycznie całe miasto dookoła. Są momenty, że widoki zapierają dech w piersiach, szczególnie, kiedy przed nami pojawia się ośnieżone pasmo gór Atlas, a wokół nas rozciągają się piękne pola golfowe. Trasa biegowa pokazuje głównie nowoczesny Marrakesz: piękne hotele, pola golfowe, centra handlowe, budynki mieszkalne oraz budynki administracji lokalnej. Większość trasy usytuowana jest na nowoczesnych miejskich ulicach, obsadzonych palmami i cytrusami. Trasa zahacza o miejskie ogrody, dawne gaje oliwne. Medynę, czyli stare miasto, obiegamy po zewnętrznej części dwunastowiecznych murów obronnych. Oczywiście, zaobserwować można także biedniejsze dzielnice Marrakeszu, gdzie stojące na poboczu dzieci nawołują biegaczy do rzucania im butelek z wodą. Tutaj widok domów i otoczenia nie jest już tak bajkowy, jak wcześniej. Generalnie, trasa maratońska jest płaska, posiada dużo prostych, długich odcinków ulic, pozwalających biegaczom uzyskiwać dobre czasy.

Pierwszą dychę pokonałem w niecałe 52 minuty, mając ciągle duży zapas sił i radość płynącą z biegania. Mogłem się spokojnie koncentrować na uzupełnianiu płynów i obserwowaniu pięknego otoczenia. Mijałem część Ogrodów Menara, Ogrodów Agdal, wysadzonych gajami oliwnymi, z dwunastowiecznym systemem nawadniania zasilanym wodami z gór Atlas. Bieganie w nowym dość egzotycznym otoczeniu wyzwala dodatkową energię. Mniej więcej na dwunastym kilometrze dołączyłem do wypatrzonej przeze mnie Polki w narodowej koszulce biegowej. Okazało się, że biegnie wraz z mężem, który akurat jest w lepszej formie niż ona i porusza się w szybszym tempie. Pogadaliśmy trochę o Maroku oraz o maratonie, a po kilku minutach pożegnałem się i zostawiłem ją z tyłu, bo chciałem przyśpieszyć. Zawsze cieszę się ze spotkań z rodakami na trasach maratonów poza Polską. Moda na uczestnictwo Polaków w tego typu imprezach z roku na rok rośnie. Nawet w Maroku w samym maratonie uczestniczyło 25 Polaków.





Drugie dziesięć kilometrów maratonu też nie sprawiało mi kłopotów. Na trasie ustabilizowała się grupa biegaczy, z którymi od dłuższego czasu rywalizowałem. Komfort biegania – myślę o płaskich, równych i szerokich ulicach – niestety, był co jakiś czas zakłócany przez przejeżdżające w poprzek samochody, skutery i rowery. W miarę zbliżania się do mety zjawisko to rosło wprost proporcjonalnie. Także cierpliwość miejscowych kierowców czekających na skrzyżowaniach malała wraz z upływającym czasem. Wyrażała się dość uciążliwym używaniem dźwięku klaksonu. Mimo dość licznej obecności służb porządkowych, w tym policji konnej, zdarzały się częste przypadki przejeżdżania samochodów i skuterów przed nosem biegaczy, co stwarzało ryzyko kolizji. Na wysokości pól golfowych, z bocznej niepilnowanej uliczki włączyła się do trasy biegowej spora liczba turystów na rowerach, nieświadoma, że uczestniczy w maratonie. Grupa ta towarzyszyła biegaczom ok. 2 km. Generalnie, bieg był dobrze zabezpieczony w centralnych punktach miasta, gorzej było na peryferiach. Maraton w Marrakeszu nie cieszy się wielkim zainteresowaniem wśród mieszkańców miasta. Więcej kibiców, głównie dzieci, było w biedniejszych częściach miasta. Na trasie biegowej, bodajże w czterech miejscach, ustawione były tradycyjne marokańskie zespoły grające dość hałaśliwą muzykę. Ich stroje, instrumenty i melodie podkreślały orientalny charakter maratonu i dodawały sporo energii biegającym. Na trasie, w miejscu już sporo oddalonym od centrum, przez kilkaset metrów towarzyszyły nam na poboczach dróg stada wielbłądów, stanowiące egzotyczny akcent tej imprezy biegowej.



Drugą część maratonu biegnie mi się już trochę ciężej, za sprawą coraz mocniej operującego słońca. Z każdą minutą temperatura powietrza rośnie, w godzinach popołudniowych ma osiągnąć 24 st. C. Na trasie maratonu towarzyszy mi coraz mniej biegaczy. Część wyraźnie osłabła, kilka osób przyspieszyło, są odcinki, że biegnę sam. Nie jest to dobre rozwiązanie na dłuższą metę, więc przyklejam się do Francuza i razem przez kilka kilometrów walczymy na trasie. Połówkę maratonu pokonuję poniżej 1.49 godz., czyli nie jest źle. Czuję już trudy biegu, ale nie mam żadnych dolegliwości. Skupiam się, pilnując nawadniania i odżywiania. Trzecia dziesiątka maratonu nie jest już tak przyjemna jak poprzednie. Coraz trudniej utrzymać tempo, jakie sobie założyłem. Nogi robią się coraz cięższe, a temperatura powietrza daje znać o sobie. Nie tylko ja odczuwam trudy tego biegu. Co jakiś czas widzę biegacza zatrzymującego się na trasie lub zwalniającego. To tylko mobilizuje mnie do wysiłku. Zostało przecież kilka kilometrów. Cały czas mam w głowie braki treningowe spowodowane grypą. Nie mogę ryzykować – powtarzam w myślach, najważniejsze jest ukończenie maratonu, a nie czas. Wyraźnie opadam z sił, tempo spada do 5.20 min/km, chociaż zrywami próbuję je trochę poprawić. Już na to nie mam sił. Pilnuję tylko nawadniania, bo ostatni żel wziąłem na 30 km. Ostanie kilka kilometrów biegnę z kolejnym Francuzem, próbujemy się wzajemnie dopingować. Na trasie widać coraz więcej kibiców, zerkam na zegarek, zostały niecałe 2 km, biegnę tylko siłą woli. Już wiem, że czas będzie przyzwoity i na pewno ukończę ten maraton, muszę tylko dobiec – takie myśli krążą mi po głowie. Trudno, że zwalniam. Najważniejszy jest cel. Na mecie czeka moja partnerka i znajomi. Ostatni skręt w lewo i jest długa prosta – aleja Menara, na której jest meta. Nie wiedziałem, że te 200 metrów może kosztować tyle wysiłku. Francuz przyspiesza na ostatnich 100 metrach, pociągając za sobą Marokańczyka. A ja już nie mam sił na taki trud. I tak za chwilę będę na mecie, mogę być za nimi. Widzę już łuki dmuchanych reklam, ale to nie meta. Jeszcze około 50 metrów. Odrzucam butelkę z wodą, nie będzie mi już potrzebna. Po prawej stronie, może 30 metrów przed metą, na alei, po której biegniemy, przed ogrodzeniem zabezpieczającym stoi moja partnerka Renata, wymachuje flagą i krzyczy. Są także moi znajomi. Podbiegam do niej, całuję ją i zabieram polską flagę, wbiegam na metę. Jestem szczęśliwy, że ukończyłem maraton. Za chwilę medal ląduje mi na szyi, wręczony przez młodą wolontariuszkę. Organizatorzy przesuwają nas do tyłu, po drodze dostajemy torbę z butelką wody, bananem i mandarynkami… i to jest wszystko, co dla nas przygotowano.



Powoli opuszczam strefę tylko dla biegaczy, przemieszczam się w kierunku partnerki i znajomych, przebieram się. Tutaj długie oczekiwanie na Witka, nawet dopada nas niepokój, czy coś się mu nie stało na trasie. Kibicujemy każdemu, kto dobiega do mety, najgłośniej Polakom. Każdy z nich jest zwycięzcą. Przez chwilę nie wierzymy własnym oczom. Dmuchane łuki, jeden po drugim się składają, opadając na aleję. Zdezorientowani biegacze próbują je omijać. Prawdziwy tor przeszkód. Po chwili organizatorzy próbują je podnieść. Jeden podnoszą, drugi opada. Ten spektakl trwa ok. 20 minut. Jest już OK. Na horyzoncie pojawia się Witek, który biegnie razem z Marokańczykiem. Drobna kontuzja łydki wymusiła wolniejsze tempo. Kibicujemy mu mocno, podajemy mu polską flagę, którą trzyma razem z Marokańczykiem, wreszcie przebiega linię mety. Jesteśmy już razem. Nie ma dużej kolejki do masażystów. Korzystamy z tego faktu, oddając się w ich ręce. Jestem już spokojny. Kolejny maraton za mną. Teraz czas na zwiedzanie i wypoczynek.



Podsumowanie:

Polecam ten maraton wszystkim tym, którzy kochają bieganie i zwiedzanie. Marrakesz łączy arabski i berberyjski świat ze światem europejskim. Miejsce z wieloma zabytkami, egzotyczne i bardzo klimatyczne, świetna kuchnia. Sam maraton nieduży, z bardzo dobrą, szybką trasą i dobrym klimatem do biegania. Jest sporo niedociągnięć organizacyjnych, ale do przeżycia. Polecam to miejsce.

Wyniki: Maraton w Marrakeszu, Maroko
nr bib startowy: 472
czas netto: 3.39.57, miejsce mężczyźni: 258



Autor tekstu: Piotr Dasios
Tekst pochodzi ze strony: 50andstill.pl



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał


















Get Adobe Flash player

 Ostatnio zalogowani
50przem
01:54
toz
01:48
=Andrzej=
01:26
Kravis
00:38
marcoair
00:25
KMS
00:21
lukaszewski
00:11
marek1977
00:08
Jacek_F
23:58
fudrys
23:50
karhumek
23:38
andrzej043
23:37
Roadrunner
23:35
serbio
23:34
japa
23:33
runner
23:31
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |