Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

   

Antoni
Paweł Antoni Pakuła
Wisznice
MKS ŻAK Biała Podlaska

Ostatnio zalogowany
2020-12-13,10:52
Przeczytano: 7305/33384 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:10/1

Twoja ocena:brak


Wielkopolska Szybka Setka
Autor: Paweł Pakuła
Data : 2008-08-04

Piesze maratony na orientację. Sport rozwijający się w Polsce coraz intensywniej, blisko związany z rajdami przygodowymi. Na czym polega? Sprawa jest pozornie prosta, trzeba pokonać 100 km w ciągu doby odnajdując przy tym kilkanaście punktów kontrolnych (PK). Startujemy wieczorem tak, że pierwszą część trasy pokonujemy nocą. Szukamy PK po lasach i polach z latarką, mapą i kompasem. Wydaje się, że nic w tym skomplikowanego, wystarczy mieć mocne nogi i pojęcie o nawigacji. Okazuje się, że nie jest to wcale łatwe. Prawie zawsze zawody kończy mniej niż połowa uczestników. W skrajnych przypadkach tylko jedna osoba. Techniki pokonania tych 100 kilometrów są różne: czołówka zwykle biegnie przez większość trasy, pozostali maszerują. Najpopularniejszym rajdem tego typu w Polsce jest pomorski Harpagan. Są też inne: górski Kierat, trudny zimowy Skorpion, także zimowa Nocna Masakra, ponadto Rajd Dolnego Sanu, Grassor i inne. W tym roku do wyżej wymienionych dołączyły zawody rozgrywane w sercu polskiej państwowości: Wielkopolska Szybka Setka.

Organizatorem tego pieszego maratonu jest Harcerski Klub Sportowy „Hades” z Poznania. Nie są to pierwsze zawody poznańskich harcerzy, organizowali oni także biegi na orientację i rajd przygodowy „Wertepy”. Można było zatem ufać, że impreza będzie udana a organizacja sprawna.






Bazą zawodów miały być Skoki – miejscowość oddalona o około 40 km na północny wschód od Poznania. Już pobieżny rzut okiem na mapę pozwalał domyślić się, którędy będzie poprowadzona trasa. Zaraz na południe od Skoków rozciąga się Park Krajobrazowy „Puszcza Zielonka”. Jest to największy i ponoć najbardziej zbliżony do naturalnego kompleks leśny środkowej Wielkopolski. Ukształtowanie terenu puszczy i okolic jest całkiem malownicze. Za urozmaicony rzeźbę odpowiada ostatnie zlodowacenie, które pozostawiło po sobie pagórkowaty teren oraz szereg niewielkich jezior. Na terenie parku wytyczono kilka rezerwatów przyrodniczych oraz szereg szlaków rowerowych i pieszych. Pozwalają podziwiać walory przyrodnicze i etnograficzne regionu (szlak kościołów drewnianych pozwalający obejrzeć kilkanaście zabytkowych budowli sakralnych pochodzących z XVI – XIX wieku). „Puszcza Zielonka” ze względu na bliskość Poznania i dobre z nim połączenie jest popularnym miejscem wypoczynku Wielkopolan.

Teren przyszłych zmagań zapowiadał się ciekawie, organizator sprawdzony, natomiast jak wszystko odbyło się w praktyce? Zawodnicy, którzy przyjechali na Wielkopolską Szybką Setkę zatrzymali się w bazie zawodów, która mieściła się w hali widowiskowo – sportowej przy Gimnazjum im. Polskich Olimpijczyków w Skokach. Hala była stosunkowo nowa, dlatego na wysokim poziomie, czysta i zadbana. Z czasem przyjeżdżali kolejni startujący. Dominowali amatorzy długodystansowych biegów i marszów, ale byli też cykliści. Organizator zaproponował bowiem dwa warianty imprezy: trasa piesza (100 km w 24 godziny) i trasa rowerowa (150 km w 15 godzin). W sumie na starcie stanęło 71 zawodników, z których 47 było pieszych i 24 rowerzystów. Jak na pierwszą edycję tej ekstremalnej imprezy frekwencja całkiem niezła. Dominowali oczywiście mężczyźni, ale były także przedstawicielki płci pięknej. Przedział wieku też był bardzo szeroki: obok młodych zapaleńców w szranki stanęli zawodnicy znacznie starsi, bardzo wytrzymali piechurzy, biegacze lub cykliści dysponujący często wieloletnim doświadczeniem w nawigacji. Oprócz Polaków do Skoków przyjechała dwójka doświadczonych Czechów, którzy uczestniczyli już wielokrotnie w podobnych rajdach na terenie naszego kraju.


Sam znalazłem się w gronie amatorów wersji pieszej rajdu. Nie należałem już na szczęście do nowicjuszy, ale dużym doświadczeniem, też nie dysponowałem. Trzykrotnie startowałem już w podobnych zawodach i tylko jedne z nich ukończyłem. Strona fizyczna rajdu nie przerażała mnie zbytnio, biegam maratony na amatorskim poziomie i wiedziałem, że moje nogi te 100 kilometrów powinny wytrzymać. Większe obawy budziła nawigacja. Byłem niezbyt doświadczonym nawigatorem i wszystkie moje wcześniejsze nieukończone rajdy zawaliłem przez nieumiejętność sprawnego odnajdywania punktów. Szczęśliwie otuchy dodawały deklaracje organizatorów. Zapowiedzieli, że zawody będą szybkie nie tylko z nazwy. Trasa miała być tak skonstruowana, by odnalezienie punktów i ich liczba nie sprawiły większych problemów. W przeciwieństwie do wielu podobnych rajdów mapa miała być kolorowa, dobrej jakości i niedawno zaktualizowana. Wszystko to w połączeniu z niezbyt uciążliwą porą roku miało umożliwić startującym osiągnięcie znakomitych czasów.

Start miał odbyć się w lipcowy piątek o godzinie 22 na rynku w Skokach. Starannie pakowałem plecak, wszystko powinno być niezbędne i tylko niezbędne. Na tak długim dystansie warto trzy razy zastanowić się nad zabraniem każdego drobiazgu. Wszystko to będzie miało wpływ na kondycję w końcówce rajdu. Niby o tym wiem, ale i tak zwykle nie mogę oprzeć się by zabrać odrobinę więcej. W lekkim rowerowym plecaku umieszczam obowiązkowo camelbak z wodą, kilka batoników i żelków. Przemyślenia wymaga ubranie: długie czy krótkie spodnie, bluza czy T- shirt? Obawiałem się, że w przypadku konieczności biegania po lesie na azymut poharatam nogi o jeżyny i gałęzie, więc ubrałem się lekko, ale zapobiegawczo spodnie i bluzę spakowałem do plecaka. Jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie. Były to jedyne elementy wyposażenia, których nie wykorzystałem w ogóle. Spakowałem też aparat, mocną latarkę ręczną, kilka par biegowych skarpet na zmianę oraz lekkie przeciwdeszczowe poncho, które nie raz już uratowało mi skórę. No właśnie - pozostawała jeszcze sprawa pogody. Spodziewałem się deszczu gdyż jest to już prawie tradycja na rajdach, w których uczestniczę. Nie było setki, w której startowałem by coś nie padało z nieba. Gdy organizator na kilka dni przed imprezą ostrzegał zapowiadając deszcz nie byłem wcale zaskoczony.

Gdy przed godziną 22 wieczorem zebraliśmy się wszyscy na rynku w Skokach było już całkowicie ciemno. Wszyscy spakowani, przygotowani, z czołówkami na głowach oczekują na sygnał do startu. W pośpiechu robię kilka zdjęć. Jeszcze tylko krótkie przemówienie burmistrza miasta oficjalnie otwierającego imprezę i na 5 minut przed startem dostajemy mapy. Wszyscy pochyleni śpiesznie planują już przebieg do PK 1. Swoje uwagi odnośnie mapy wymieniam z Katarzyną, sympatyczną młodą dziewczyną, którą poznałem na zawodach DYMnO. Mogą ją kojarzyć kieratowicze gdyż Kaśka to ta sama „szczęściara”, którą ratował GOPR, gdy dostała spadającą skałą na ostatnich zawodach w Limanowej. Jest mało doświadczonym nawigatorem, ale twardym piechurem (pracuje jako przewodnik górski). Postanawiamy przynajmniej początek trasy pokonać razem. Jak się później okaże będziemy się wspierać w nawigacji i napierać razem przez ponad połowę rajdu.

W końcu Start! Ze względów bezpieczeństwa miasto opuszczamy biegnąc (cykliści jadąc) za policyjnym radiowozem. Po około kilometrze mijamy tory kolejowe, radiowóz odjeżdża i już bez skrępowania kierujemy się do PK 1. Od początku biegniemy z Kaśką lekkim truchtem tuż za czołówką. Śmieję się w duchu, że nawet jak nie udadzą mi się zawody to będę mógł mówić, że przez jakiś czas byłem w czołówce. Patrząc na plecy biegnących przede mną zauważam, że mam plecak bardziej wypchany niż oni. Niektórzy mają plecaki prawie puste, wydaje się, że jest w nich tylko woda w camelbaku. Zawody ledwie się zaczęły a ja już planuję, że na następnych znacznie odchudzę swój plecak. Odtrącam szybko te myśli, bo muszę skupić się na sprawnym dotarciu do pierwszego punktu. Dziwne to uczucie, kiedy biegnę nocą po ulicy, jednocześnie patrzę na mapę i planuję trasę. Obym nie „spotkał” jakiegoś znaku drogowego. Dojście do jedynki oddalonej o niecałe 6 km wydaje się proste. Większość tego etapu pokonujemy biegnąc asfaltową drogą. Zastanawia mnie to, bo organizatorzy zapowiedzieli, że asfaltu będzie mało, jedynie 1 % na całej 100 kilometrowej trasie. Czyli 1 kilometr. Ten obiecany jeden kilometr dawno już minął, teraz biegniemy trzeci lub czwarty a to przecież dopiero początek zawodów. Nie ma co zaprzątać sobie myśli, może nie wybraliśmy optymalnego wariantu dojścia. Po jakimś czasie skręcamy w końcu w polną drogę, która wkrótce wchodzi do lasu. Teraz zaczyna się właściwa zabawa. Biegniemy po lesie bacząc by nie przeoczyć jakiejś ważnej drogi. Wyjmuję drugą, ciężką latarkę ręczną, która świeci bardzo mocno. Razem z Katarzyną konsultujemy trasę, ale na początku jest stosunkowo łatwo. Wokół nas jest jeszcze sporo ludzi a punkt nie jest zbyt głęboko w lesie. Na skraju stawu odnajdujemy żarzący się w świetle latarek lampion i podbijamy kartę startową. PK 1 zaliczony, pierwsze koty za płoty.






Nie tracąc czasu kierujemy się do PK 2. Tu już tak łatwo nie będzie, bo ten punkt jest ukryty głęboko w lesie, w pobliżu stawów hodowlanych i niewielkiego cieku Mała Wełna. Dobiegamy do ulicy i chwila zawahania. Ja optuję za drogą najkrótszą bezpośrednio na punkt, po groblach nad stawami. Problemem może być pokonanie cieku, bo według mapy nie ma na nim kładki. Liczę jednak optymistycznie, że takowa istnieje. Kaśka i spotkany po drodze Tomek wolą bezpieczniej obejść stawy od północnego wschodu nadkładając nieco drogi. Zgodziłem się w końcu na ich wariant i jak się później okazało słusznie. Kładki rzeczywiście nie było, więc forsowanie rzeczki (czy też dużego rowu) w środku nocy już na początku rajdu, mogłoby być kłopotliwe. Drogę do punktu pokonujemy marszobiegiem. Tomek wyrwał gdzieś do przodu, zostaliśmy z Kaśką sami. Nie widzimy innych zawodników, gdzieś się wszyscy rozbiegli wybierając najpewniej różne warianty dojścia. Jestem przewrażliwiony na punkcie błądzenia, dlatego uważnie rozglądam się po lesie - jedna przegapiona dróżka lub niewłaściwy skręt i mamy kłopoty. Nocą traci się poczucie przebytego dystansu, dlatego odległości z mapy przeliczam w myślach na czas, po jakim powinniśmy dojść do tego czy innego skrzyżowania. Na szczęście PK 2 osiągamy prawie z biegu. Jestem zaskoczony, że tak dobrze nam idzie, ale nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. To dopiero początek zawodów.

PK 3 leży już na terenie parku i puszczy „Zielonka”, przebieg do niego jest dosyć długi. Wybieramy drogę nieco dłuższą, ale pewniejszą. Dochodzimy do leśniczówki Antoniewo, potem do Karolewa i czerwonym szlakiem do Szczordochowa. Odbijamy wtedy trochę na zachód by dojść do niebieskiego szlaku w okolicach Sławy Wielkopolskiej. Jest piątek wieczór, pora wybitnie imprezowa. Po drodze spotykamy jakieś młode, podejrzanie wesołe dziewczyny wracające najpewniej z jakieś potańcówki. Bardzo chcą nam pomóc, mówią, że chwilę wcześniej widziały jakiegoś chłopaka z plecakiem i mapą. To pewnie Tomek, który ciągle trzyma się przed nami. Niechętnie podaję im mapę, bo i tak wiemy gdzie jesteśmy. Ponoć najgorsze, co można zrobić na rajdzie to pokazać mapę miejscowym.

Szkoda czasu na dłuższe dyskusje, nie czekamy na wnikliwą analizę mapy przez miejscowe imprezowiczki, dziękujemy za pomoc i ruszamy dalej. Gdy dochodzimy do stacji kolejowej w Sławie Wielkopolskiej zaczyna intensywniej kropić. Ubieram poncho i maszeruję dalej w deszczu. Idziemy po torach, bo na pobliską ruchliwą drogę nie mamy prawa wchodzić ze względów bezpieczeństwa. Wchodzimy na niebieski szlak, jesteśmy już niedaleko punktu. Zanim do niego dojdziemy czeka nas jeszcze jedna przygoda. Przy jakiejś wsi spotykamy dwóch lub trzech młodych chłopaków. Już z daleka widać i słychać, że wracają z imprezy suto zakrapianej alkoholem. Coś tam nas pytają, co robimy i gdzie idziemy. Odpowiadamy lakonicznie, bo nie mamy czasu. Na pożegnanie jeden z nich ściąga spodenki i głupawo merda do nas penisem. No cóż, to Polska i piątek blisko północy, i tak dobrze, że nie byli agresywni.

Tuż przed punktem doganiamy w końcu Tomka. Razem bez problemów dochodzimy do PK 3. Położony jest w lesie u wyjścia z wąwozu. Z niebieskiego szlaku łatwo do niego trafić. Sędziowie zapisują nasze numery i czasy. Jest środek nocy, ponad 21 kilometrów mamy za sobą. Jeszcze tylko szybkie, pamiątkowe zdjęcie przy lampionie i ruszamy dalej.






Czwórka położona jest na skraju lasu, u brzegu oczka wodnego. Kierujemy się do niej starając się tym razem nie nadkładać drogi. Tak jak do tej pory bardziej oczywiste odcinki biegniemy, a etapy gdzie trzeba bardziej uważać pokonujemy marszem. Kaśka zwykle trzyma się trochę z tyłu, ale ciągle w zasięgu wzroku i słuchu. Po drodze mijamy się kilkakrotnie z Michalem i Miladą, dwójką wspomnianych już Czechów. Czasem idziemy razem wymieniając uwagi o trasie, czasem znów się rozdzielamy. Trasa biegnie przez cały czas polnymi lub leśnymi drogami, idzie się przyjemnie, nie ma tam na szczęście żadnych odcinków asfaltowych. PK 4 osiągamy bez problemów, jak do tej pory od strony nawigacyjnej idzie nam wyśmienicie.

Z czwórki bardzo długi przelot (niecałe 10 km) w poprzek puszczy, do jej zachodniego skraju. Prawie cały odcinek jest leśny. Dochodzimy do wsi Zielonka, jest bardzo cicho. Nawet najtwardsi imprezowicze poszli już spać. Za wsią niezbyt długi odcinek asfaltowy, który pokonujemy biegiem. Niedługo potem znowu nieutwardzona droga leśna. Dochodzimy czarnym szlakiem na skrzyżowanie w pobliże punktu. Stamtąd skręcamy na leśną ścieżkę, która biegnie na zachód i powinna z czasem stopniowo zakręcać na północny wschód. Początkowo wszystko się zgadza, później już nie. Wychodzimy na jakąś polanę, której nie ma na mapie. Klnę pod nosem, chyba za wcześnie się cieszyłem z naszej sprawnej nawigacji. Przy wstającym świcie biegamy nerwowo po lesie, czeszemy krzaki w poszukiwaniu lampionu. Nie daje to jednak rezultatu a nie ma co szukać po omacku. Wracamy do skrzyżowania, które jest naszym pewnym punktem zaczepienia. Planuję już wchodzić na punkt na azymut, ale mam obawy, bo wedle mapy dystans dosyć duży, więc prawdopodobieństwo błędu bardzo wysokie. Miałem wówczas chyba jakieś chwilowe zaćmienie i nie zauważyłem, że można było łatwo dojść na punkt od południowego zachodu. Na szczęście doganiają nas w tym czasie Czesi. Gdy razem zastanawiamy się, co począć Milada odkrywa drogę, której wcześniej nie zauważyliśmy. To była ta właściwa, wcześniej skręciliśmy w inną, której nie ma na mapie a biegnącą z tego samego skrzyżowania w podobnym kierunku. Wspólnie dochodzimy w końcu do piątki i podbijamy karty startowe. Pięć punktów kontrolnych i 36 kilometrów za nami. Na tym błędzie przy PK 5 straciliśmy jakieś 20 minut, ale to jeszcze nie tragedia. Na innych rajdach bywały punkty, których szukałem znacznie dłużej.

Wychodząc z piątki mijamy jezioro Karpnik i przez Rakownię kierujemy się do Boduszewa. Jest już zupełnie widno. Katarzyna jak do tej pory dzielnie daje radę, ale po prawie 40 kilometrach nocą coraz trudniej jest mi namówić ją na bieganie. Jak sama twierdzi nie chce mnie spowalniać, mogę biec do przodu swoim tempem. Może się jeszcze spotkamy. Mam wyrzuty sumienia zostawiając dziewczynę na trasie, ale wiem, że da sobie radę. To nie jej pierwsze zawody, ma mapę i kompas a najgorszy nocny odcinek jest już za nami. Z Boduszewa kilka kilometrów asfaltem po drodze do Łopuchowa. Droga, choć utwardzona wije się malowniczo wśród lasów i pagórków. Przy jednej z leśniczówek odbijam w lewo i leśną drogą kieruję prosto do PK 6 położonego znowu przy jakimś oczku wodnym w lesie. Po drodze słyszę w krzakach podejrzane chrumkanie. To pewnie dziki, przed którymi ostrzegał organizator na odprawie. Zaraz mnie dopadną za karę, że zostawiłem Kaśkę. Cokolwiek to było na szczęście uciekło.

Punkt szósty położony na rozwidleniu dróg w lesie jest na 44 kilometrze. Trafiam bez problemu, na miejscu stoi sędziowski namiot. Uzupełniam wodę w bukłaku, w tym czasie dogania mnie Katarzyna. Chyba się zmobilizowała i podkręciła trochę tempo. Sędzia notując nasze czasy i numery twierdzi, że jesteśmy odpowiednio na 12tej i 13tej pozycji. Dla mnie to miłe zaskoczenie, mobilizuje do trzymania tempa w drugiej połowie. Wychodzimy do punktu siódmego idąc przez jakiś czas po kolejowym nasypie czynnej linii kolejowej. Ciężko się maszeruje po tych kamieniach i kolejowych podkładach, łatwo skręcić nogę. Kawałek przed nami idzie Karol, poznany tuż przed startem kolega. Biedaczysko utyka, bo załapał kontuzję. Nie poddaje się jednak i twardo prze do przodu.

Do siódemki znowu długi, ponad dziesięciokilometrowy przelot. Poruszamy się głownie polnymi drogami, sporadycznie asfaltem. Coraz mniej mam siły na bieganie, więc staram się to zrekompensować szybkim marszem. Za nami w oddali widzę jakiegoś innego zawodnika, jak się później okaże to sympatyczny nauczyciel WF-u z jednej z podpoznańskich szkół. Będzie deptał nam po piętach przez znaczną część drugiej połowy trasy. Jego widok mobilizuje do przyśpieszenia tempa, po drodze znowu rozdzielam się z Katarzyną. Tylko chwilowo. PK 7 położony jest w lesie u wyjścia z wąwozu, którym płynie strumyk. Lampion znowu odnajduje się bez problemów. Wychodząc z punktu dogania mnie Katarzyna i razem zmierzamy do kolejnego celu.

Punkt ósmy oddalony jest o 10 km na północny zachód od nas. Trasa jest dosyć prosta, w znacznej części po zielonym szlaku, ale całkiem przyjemna. Żadnych asfaltów. Prowadzi prawie wyłącznie drogami wśród lasów rosnących nad Wartą. Wspomniany wcześniej zawodnik konsekwentnie zbliża się by w końcu nas dogonić. Część drogi do PK 8 pokonujemy we trójkę. Po drodze oddzielam się od dwójki towarzyszy, tym razem już na dłużej. Katarzynę spotkam dopiero na mecie.






Gdy podbijam kartę startową przy lampionie PK 8 padająca od jakiegoś czasu mżawka wzmaga się i zamienia w deszcz. Niepocieszony ubieram poncho i maszeruje do przodu. Deszcz jest krótkotrwały, ale dokuczliwy. Chodzenie po trawie kończy się przemoczeniem i tak już wilgotnych butów. Gdy na przystanku w Łukowie zmieniam skarpety na suche dogania mnie kolega nauczyciel. Już ponad 60 km a on jeszcze biegnie! Nie mam siły się z nim ścigać, dlatego by zyskać na czasie skracam drogę idąc częściowo na przełaj prosto do punktu. Kilkaset metrów trudniejszego terenu (miedza pomiędzy polami, rów melioracyjny, ślady po ciągniku wśród zboża), ale jestem przy PK 9 dosyć szybko. Kolejny punkt położony w zagajniku przy oczku wodnym (tak jak wiele poprzednich – wyschniętym). Przedzieranie na skróty opłaciło się, kartę podbijam kilka minut wcześniej niż kolega biegacz.






Idąc do PK 10 mam już dosyć przedzierania po chaszczach. Wybieram trasę trochę okrężną, ale łatwą, w 2/3 asfaltową. Ulica pomiędzy Żernikami a Białężynem jest nudna i dosyć ruchliwa, dlatego chcę ją pokonać jak najszybciej. Biegnę po niej kilka kilometrów czując się jak na ulicznym maratonie. Tylko punktów odżywiania mi brakuje a słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewać. W sklepie w Uchorowie uzupełniam prowiant, parę drożdżówek i batony. Wodę w bukłaku jeszcze mam. Liczę, że wrócą mi siły, ale czuję się coraz gorzej. Ten ostatni bieg po asfalcie i słońce dały się we znaki. Od tej pory odpuszczam bieganie. Resztę trasy do mety pokonam najwyżej szybkim marszem. Gdy z Białężyna schodzę w końcu na zielony szlak wśród pól i lasów czuję ulgę. Nie chcę już żadnego asfaltu i dobrze, bo do mety prawie go nie będzie.

PK 10 to wiata turystyczna w lesie nad jeziorem Tuczno. Położona tuż przy szlaku i parkingu, więc trudno do niej nie trafić. Obecny na punkcie sędzia siedzi tam od niedawna. Na pytanie, który jestem odpowiada, że dwudziesty któryś. Mina mi rzednie. Jak to się stało, że w ciągu kilku godzin wyprzedziło mnie kilkanaście osób, których nawet nie widziałem? Na szczęście to pomyłka - niechcący policzył mnie razem z rowerzystami. Tak naprawdę jestem dziesiąty. Humor od razu się poprawia, chciałbym utrzymać tę pozycję i po uzupełnieniu wody śpiesznie wychodzę w kierunku ostatnich dwóch punktów.

Droga do kolejnego punktu kontrolnego nie jest ani bardzo ciekawa ani dokuczliwa. Prowadzi w większości drogami wśród pól i lasów, asfaltem sporadycznie. PK 11 wedle opisu leży na skrzyżowaniu ścieżek w środku lasu. Przed samym punktem mam problemy, leśna droga, którą idę staje się coraz bardziej zarośnięta, w końcu niknie. Idę jeszcze z kompasem kierując się na azymut w jak się wydaje właściwą stronę. Po kilkudziesięciu metrach wychodzę na drogę i widzę przed sobą lampion. Uff…, udało się, a myślałem, że już się zgubiłem. PK 11 zaliczony, 86 kilometrów za mną. Jeszcze tylko jeden punkt i pędzę do mety.

Łatwo powiedzieć, na ostatnich dwóch odcinkach problemów miałem najwięcej. Sam punkt 12 nie powinien sprawić kłopotu, ale trasy dojścia można było wybrać różne. Idąc do niego wybrałem wariant północno – wschodni. Gdzieś w połowie drogi bardzo tego pożałowałem. Na wschód od leśniczówki Długa Goślinna natknąłem się na jakąś rezydencję czy też ranczo, którego nie było na mapie. Ktoś bardzo zamożny wybudował sobie tam mały pałac, obok wykopał stawy. Wszystko, łącznie ze sporą połacią lasu ogrodził wysokim ogrodzeniem. Obchodząc tę olbrzymią posiadłość kląłem, na czym świat stoi. Przedzieranie się przez krzaki i pola wzdłuż ogrodzenia sprawiło, że musiałem nadłożyć drogi a ponadto straciłem trochę orientację. Przekroczyłem jakiś wyschnięty ciek w pobliżu mijanego rezerwatu i trochę na azymut trochę ledwie widoczną drogą mozolnie acz konsekwentnie kierowałem w stronę dwunastki. Poruszałem się wzdłuż stromej, kilkumetrowej skarpy nad ciekiem, dlatego patrząc na układ warstwic na mapie zorientowałem się gdzie jestem. Potem już bez problemów dotarłem do PK 12. Punkt ten usytuowany przy ambonie na skraju lasu widoczny był z daleka.

Teraz już tylko meta, ale dojście do niej niezbyt oczywiste. Najłatwiejsza, ale nie najkrótsza droga prowadziła półkolem obok sporego jeziora. Jakieś 6 kilometrów i jesteśmy w domu. Można było też zaryzykować drogę na wprost przez bagna pomiędzy dwoma jeziorami i niewielki ciek Dzwonówkę. Bardzo mnie ta krótsza wersja kusiła, bo obliczyłem sobie z mapy, że idąc nią zaoszczędzę ponad kilometr drogi. Skusiłem się na ten wariant, bo dla moich zmęczonych nóg kilometr to całkiem sporo. Ponadto mógłbym zyskać trochę czasu i kto wie, może jeszcze kogoś dogonić. Początkowo szło gładko. Bagien zbytnio się nie bałem, bo skoro oczka wodne przy punktach były wyschnięte to pewnie i bagna są przesuszone. Tak też było, bagienne krzaki były wysokie i gęste, ale suche. Przedzierałem się przez nie na azymut wśród komarów i pokrzyw widząc tylko zwierzęce ścieżki. Na razie szło nieźle, ale moja pewność siebie szybko ustąpiła, gdy dotarłem do cieku. Dzwonówka wcale wyschnięta nie była. Zbyt szeroka by ją przeskoczyć, ponadto tak gęsto porośnięta z brzegów, że bez szans na wzięcie rozpędu. Szkoda było wracać, bo w ten sposób dołożyłbym drogi i stracił mnóstwo czasu. Leżącymi obok kijami sprawdziłem głębokość - nie tak tragicznie, woda nie sięga nawet do pasa a dno wydaje się twarde, pomimo, że muliste. Bałem się nieco różnych wciągających bagien, o których nieraz słyszałem, ale bez oporów ściągnąłem buty oraz skarpetki i podpierając dodatkowo dwoma kijami ostrożnie przeprawiłem na drugą stronę. Na szczęście nic mnie nie wessało.

Dalej już bez problemów. Jeszcze tylko na azymut wyjście z bagien i dochodzę do upragnionej drogi. Później polną drogą wzdłuż jakichś ogródków działkowych czy też domków letniskowych i już prosta droga do bazy. Ostatni odcinek prowadzi leśną drogą wychodzącą z tyłu naszej szkoły - mety. Zmęczony melduję się u sędziów. Czas: 17 godzin i 40 minut. Gratulacje mnie cieszą, ale jeszcze bardziej wiadomość, że udało mi się utrzymać dziesiątą pozycję. To moja czwarta w życiu i druga ukończona stówa stąd dziesiąte miejsce sprawia, że szczerzę zęby od ucha do ucha. Po zdjęciu butów oglądam nogi. Nie są w tragicznym stanie, żadnych obtarć, tylko jeden odcisk. Paznokcie jak były tak są. Tylko kostki trochę opuchnięte. Jak się okazuje porządne buty i dobre, często zmieniane skarpety to na takich rajdach podstawa. Jeszcze tylko prysznic i mogę udać się na zasłużony, bardzo smaczny obiad, który organizatorzy zapewnili każdemu uczestnikowi w pobliskim zajeździe.

Wielkopolską szybką Setkę ukończyło ostatecznie 29 spośród 47 piechurów i 17 spośród 24 rowerzystów. Gratulacje należą się Michałowi Jędroszkowiakowi, który pokonał całą trasę w 13 godzin i 32 minuty. Katarzyna dzielnie walczyła do końca i ukończyła swoją pierwszą stówę zajmując dobre, piętnaste miejsce. Wszyscy obecni podkreślali znakomitą organizację zawodów. Jeśli chodzi o trasę to była to setka rzeczywiście „szybka”, bowiem tylko wyjątkowo podobne zawody kończy więcej niż połowa uczestników. Stało się tak dzięki bardzo dobrym, aktualnym mapom, niezbyt dużej ilości punktów kontrolnych, ich w miarę łatwemu usytuowaniu oraz często łatwym przebiegom pomiędzy nimi.

Były to znakomite zawody dla początkujących amatorów długodystansowych rajdów na orientację, na przykład dla maratończyków, którzy chcieliby się dla odmiany pobawić z mapą i kompasem. Taki stan rzeczy faworyzujący biegaczy mógł nie przypaść do gustu piechurom nastawionym na trudną nawigację. Wydaje się jednak, że obecna formuła zawodów sprawdziła się i ma rację bytu. Wielkopolska szybka setka powinna pozostać „szybka”, jako zawody łatwiejsze nawigacyjnie (ukłon w stronę początkujących nawigatorów) i bardziej wymagające fizycznie (dla starych wyjadaczy dobre do poćwiczenia szybkości). Jedyne, co można poprawić to mniej odcinków asfaltowych i nie tak długie, oczywiste przebiegi pomiędzy punktami. Organizatorzy już zapowiedzieli zmiany w przyszłorocznej imprezie zgodne z sugestiami uczestników. Nie pozostaje, zatem nic innego jak przyjechać na Wielkopolską Szybką Setkę za rok licząc na znowu dobrą, a nawet jeszcze lepszą zabawę.

Skoki 18 – 20 lipca 2008

Paweł Pakuła
www.pawel-antoni.blogspot.com



Komentarze czytelników - 2podyskutuj o tym 
 

mikaelos

Autor: mikaelos, 2008-08-24, 23:11 napisał/-a:
Świetny artykuł. Przyznam, że zachęciłeś mnie nim do wzięcia udziału w takiej imprezie. Szczególnie te info uczestniczeniu osób których słabą strona jest nawigacja. Może za rok bym się skusił. ;]
Pozdrawiam ^^

 

Antoni

Autor: Antoni, 2008-08-27, 10:35 napisał/-a:
Zapraszam w takim razie na WSS za rok w imieniu organizatorów choć organizatorem nie jestem:)

Możesz też wybrać się na inne setki na orientację, zobaczysz jak to jest, nabędziesz pierwsze doświadczenia. Nawet jeśli się nie uda (a mało komu się udaje za pierwszym razem) to nic się nie stanie, będziesz mądrzejszy i następny rajd pójdzie Ci lepiej.

Pozdrawiam.

 



















 Ostatnio zalogowani
Admin
20:33
wejac
20:20
pagand
20:13
Pathfinder
19:58
kryspek66
19:55
Basia
19:52
soniksoniks
19:35
jaro109
19:27
przemcio33
19:03
pawlo9
18:53
Wojciech
18:48
Pawel63
18:38
kemot_ts
18:37
42.195
18:16
Gryzli
18:14
Borrro
18:06
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |