Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

   



Ostatnio zalogowany
2019-02-20,17:58
Przeczytano: 9485/82789 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:9.9/9

Twoja ocena:brak


Komandosi z doliny
Autor: Agnieszka Pilawska
Data : 2007-12-02

„Nic się nie zdarza, jeśli nie jest wpierw marzeniem” - Carl Sandburg

O Maratonie Komandosa dowiedziałem się będąc po raz pierwszy w zeszłym roku na Biegu o Nóż Komandosa, i byłem przekonany, że bieg ten dostępny jest tylko dla komandosów ewentualnie żołnierzy, bo któż o zdrowych zmysłach porywałby się na coś takiego, a żołnierz dostaje rozkaz i musi.

A ja słyszałam o tym Maratonie, gdy jeszcze nawet nie wierzyłam, że kiedyś pokonam sześciokilometrową krosową trasę w Kokotku... eh, zamierzchłe czasy...

W ciągu kolejnych upływających miesięcy dowiedziałem się, że impreza jest otwarta dla wszystkich a nawet poznałem kilku świrów, którzy ją zaliczyli (nawet wyglądali normalnie), ale dla mnie to nadal było coś w rodzaju nieosiągalnego kosmosu. Sam pomysł zmierzenia się z czymś takim zrodził się wprawdzie kiedyś w mojej głowie, ale chyba byłem wtedy nie w pełni świadomy, bo temat zmarł śmiercią naturalną albo zabiłem go w sobie, aby mnie nie bolało. Jednak po Biegu Katorżnika znowu coś się odezwało. Powodem wznowienia negocjacji z własnym umysłem był prestiżowy - ”Wielki Szlem Lubliniecki”.

Zostałam fanką imprez organizowanych przez Biegaczy z Mety po wyścigu w rowach melioracyjnych. Ne koszulce jednego z uczestników przeczytałam „Ukończyłem Maraton Komandosa”. Zagrały emocje. Przyrzekłam wtedy sobie, że i jak kiedyś wywalczę taką koszulkę. Oraz, że zawalczę o zdobycie Szlema...

Decyzja ostateczna zapadła pewnego mglistego niedzielnego poranka na ścieżkach WPKiW.

To był początek września. Ukończyłam niedawno ciężki bieg w Gorcach, czułam w sobie moc i sportową zaciętość oraz wolę walki. Przeliczyłam szybko dni pozostałe do 17 listopada. Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? Obiecujemy sobie, że od startu do mety pobiegniemy razem, wcześniej wspierając się w trudach przygotowań, i…


Przygotowania Mirasa

Bieg z plecakiem to jedno wielkie nieporozumienie, wszystkie próby kończyły się rozczarowaniem, że znowu nie udało mi się wyregulować pasków tak, aby plecak przylepił się do pleców. Częste kombinacje przyniosły jednak pewien efekt, ramiona po wielokroć nadwerężane szarpnięciami powoli stawały się silniejsze.

Raporty przesyłane codziennie przez Agnieszkę, rozganiały wątpliwości co do sensu mojego działania, chociaż pierwsze 10 km z pełnym obciążeniem dały mi wiele do myślenia. Postanowiłem przygotować organizm do stałego obciążenia pleców, które i tak dawały mi się we znaki nawet na zwykłym półmaratonie, a na pełnym dystansie maratońskim ból grzbietu był tak duży, że często korzystałem ze środków farmakologicznych, aby złagodzić jego skutki. Już na samą myśl o 42 km z obciążeniem plecy zaczynały mnie boleć.
Trzy razy w tygodniu po 10 km po hałdach i z obciążeniem 8, 10, 12 kg szybko przyniosły efekt, niestety ujemny: w Szczyrku nie byłem w stanie iść z plecakiem na Skrzyczne, a występ już za tydzień! Ostateczna próba sił oraz munduru nastąpiła podczas wtorkowego treningu doliniarzy-spadochroniarzy. Najpierw 4km spokojnym tempem, kolejne 4 galopem pod dyktando Eli, Justycji i Sławka i znów kolejne dwa spokojnie, razem 10 km w czasie 60 minut. Gdy na drugi dzień okazało się, że nie okupiłem tego wysiłku większym bólem, zrodziła się nadzieja, że dam radę!

Kompletowanie sprzętu

W pierwszej fazie przygotowań biegałem w stroju typu meteor. Wprawdzie Kris nie miał dobrego zdania na temat tej odzieży, ale musiałem się o tym przekonać na własnej skórze. Już po pierwszym biegu w deszczu zrozumiałem, że ten zestaw nie nadaje się właściwie do niczego. A mogłem uczyć się na cudzych błędach! Mając komplet informacji przesyłanych przez Agnieszkę, postanowiłem zdobyć prawdziwy mundur: jeden telefon do Adriana - mojego chrześniaka służącego w Bundeswerze i po kilku dniach kurier dostarczył mi przesyłkę ze sprawdzonym kompletem umundurowania oraz plecakiem. O buty byłem spokojny: stare wysłużone buty taktyczne leżały gdzieś w szafie, wystarczyło je znaleźć. No i znalazłem - w opłakanym stanie.

Na zakup i testowanie nowych nie było już czasu, w ruch poszedł klej. Nie będąc jednak do końca przekonany o skuteczności swoich umiejętności szewskich, wyposażyłem plecak w tubę szybkoschnącego kleju, kilka plastikowych opasek do spinania kabli elektrycznych oraz taśmę na gada. Pogoda nie sprzyjała bieganiu na bosaka, a ja mimo wszystko nie chciałem zostać wyeliminowany przez głodnego buta.

Pakując plecak wiedziałem, że musi on być zintegrowany z plecami, a środek ciężkości powinien znajdować się stale w jednym miejscu, stosunkowo blisko kręgosłupa.

Układanie, przebieżka, układanie, przebieżka i tak kilkanaście razy. W plecaku wylądowała płyta paździerzowa owinięta w karimatę, mająca za zadanie usztywnić konstrukcję i zachować optymalną przyczepność do pleców, dwa ciężarki do zapinania na kostki (każdy po 2,25 kg) a całość wypełniły trzy bardzo mocno ściśnięte śpiwory, waga ca. 10,250 ! Oczywiście było jeszcze kilka pomniejszych drobiazgów, ale ze względu na możliwość zużycia ich na polu walki nie mogły być brane pod uwagę jako stałe obciążenie.

Przygotowania agnieszki_

Ignoruję retoryczne pytania: „naprawdę chcesz w TYM wystartować?”, „nie wystarczy ci zwykły maraton”, „możesz się jeszcze wycofać?”

Szukam inspiracji w mądrych słowach wielkich ludzi:

"Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki" - Paul Michael Zulehner,

"Nie ma nic bardziej żałosnego od niespełnionych marzeń" - Mikołaj Gogol,

"Jeśli nie chcesz mieć swego udziału w klęskach, nie będziesz go miał również w zwycięstwach" - Antoine de Saint-Exupéry,

”Jedyny sposób, by odkryć granice możliwości, to przekroczyć je i sięgnąć po niemożliwe” - Arthur C. Clarke,

”Odpowiedzialni jesteśmy tylko za to, co robimy, lecz i za to, czego nie robimy” - Anonim,

”Śmiałym los sprzyja” – Wergiliusz.

Zewsząd zbieram dobre rady: "nie przeciążaj się", "nie biegaj zbyt dużo z wypchanym plecakiem", "odpowiednio wcześniej przetestuj w boju mundur, plecak i buty", "zrezygnuj". Wybieram te, które najbardziej mi się podobają i układam ramowy plan:

-przygotować się kondycyjnie i psychicznie,
-skompletować odpowiedni sprzęt,
-ułożyć taktykę pozwalającą na maksymalny efekt minimalnymi kosztami, którym natychmiast dzielę się z Mirasem.

Przygotowania

Biegu z plecakiem przestałam się panicznie bać w momencie, gdy uświadomiłam sobie, że dobrych parę lat temu, podczas maratońskiego debiutu ważyłam jakieś 8 kilo więcej. Teraz wystarczyło więc przygotować kolana na obciążenie, które kiedyś już przecież wytrzymywały. Drobiazg...

Po konsultacjach z Pitem (doświadczonym biegaczem: ultrasem i Rzeźnikiem) oraz Krisem (Komandosem i Twardzielem, którego fanom imprez lublinieckiej Mety nie trzeba przedstawiać) wiedziałam już mniej-więcej jak zacząć, żeby nie skończyć przed czasem.

Wyjęłam z szafy rolki, w sklepie ogrodniczym zaopatrzyłam się w dwa worki z ziemią, które upchnęłam w plecaku razem z pięciolitrowym baniakiem wody. Pierwsze dwa tygodnie to, poza standardowymi wybieganiami (bez obciążenia), wielokilometrowe wycieczki na rolkach z pełnym plecakiem - chodziło mi przede wszystkim o stopniowe przygotowanie do kilkugodzinnej pracy mięśni grzbietu i ramion. Następnie schowałam rolki, a wyrzuciłam bilet miesięczny i zaczęłam z plecakiem chodzić do pracy - poza książkami i klasówkami uczniów miałam w nim zawsze dziesięć litrów wody. Ponadto dwa razy w tygodniu przepływałam półtora kilometra. No i biegałam według planu przysłanego przez Bziuma.

Kompletowanie sprzętu

Najmniejszy problem to mundur. Chociaż wizualnie najbardziej podobał mi się letni kamuflaż Bundeswehry zdecydowałam się na polski mundur polowy. Najważniejsze były oczywiście dobre buty. Po konsultacji z Krisem wybrałam buty taktyczne "Magnum" jednak ceny (o wiele za wysokie) i oferta rynku (zbyt duża numeracja) zweryfikowały tę decyzję - ostatecznie kupiłam polecane przez Agnieszkę Mizerę "Gromy" Protektora Lublin. Zdziwiła mnie ich lekkość i łatwość w dopasowaniu do stopy - wygodne od pierwszego założenia, nie wymagały wielogodzinnego „łamania”. Test na asfalcie nie wypadł korzystnie, ale ich ostatecznym przeznaczeniem była przecież trasa krossowa.

W plecak zaopatrzyłam się niemal w ostatniej chwili, wybierając wygodny plecak specjalny z serii Grot. Trzy dni przed startem dokupiłam pasującą do munduru pilotkę (na temperatury mocno ujemne) oraz mniej pasującą wandamkę (na temperatury okołozerowe)

Nadszedł dzień, gdy trzeba było wszystko przetestować w boju. Początki średnio przyjemne - buty niby wygodne, ale oblepione błotem stawały się niemożliwie ciężkie; zbyt obszerny, sztywny mundur krępował ruchy. Modliłam się, aby w czasie maratonu nie świeciło zbyt mocno słońce (jak w ubiegłym roku) albo nie padało ulewnie. Po początkowej euforii coraz częściej dopadały mnie kryzysy i poważne wątpliwości w sens całego przedsięwzięcia. Tu znów z pomocą przyszedł Kris - jego rzeczowe spokojne rady sprawiły, że strach ustąpił miejsca rozsądkowi. Jednocześnie przez cały czas wspierał mnie towarzysz niedoli-Miras. Zobowiązałam się do codziennego wysyłania mu raportu dnia, co skutecznie stawiało mnie do pionu - zamiast pogrążać się w marazmie ruszałam do boju i, z większą bądź mniejszą konsekwencją, realizowałam plan. Eksperymentowałam z różnymi elementami stroju: musiałam być przygotowana na mróz, deszcz, śnieg i słońce, plecak miał być spakowany tak, aby ciężar sprawił na trasie jak najmniej kłopotów.

Pięć tygodni przed startem podjęłam ostateczną próbę: sprawdziłam, czy potrafię pokonać 10 kilometrów ciągłym biegiem w bojowym rynsztunku - udało się, choć „wyczyn” okupiłam bólem mięśni, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałam.

Kolejna próba to pokonanie tych samych kilometrów marszem - chodziło mi o dobranie odpowiedniego tempa: takiego, które pozwoliłoby dotrzeć do mety w limicie czasowym minimalnym kosztem.

W następnym tygodniu dodałam gimnastykę siłową i rozciąganie oraz trening mentalny. Bzium, choć przeciwny "wariackiemu pomysłowi" nie próbował mnie od niego odwieść. Na duchu nieustannie podnosili mnie Herman, Kris i Miras. Głosów krytyki nie przyjmowałam. Inna sprawa, że o całym projekcie nie rozpowiadałam zbyt głośno. Wiedziałam, że kilku "życzliwych" będzie starało się wszelkimi sposobami obrzydzić mi ten start i wybić mi go z głowy, a ja jestem zbyt podatna na sugestie.

Tydzień przed Dniem Próby wybraliśmy się z grupa przyjaciół w góry. Wyjazd do Szczyrku miał służyć przede wszystkim integracji doliniarzy.com, ale my z Mirasem mieliśmy jeszcze jeden, ukryty cel. Teraz już chyba już wiecie, dlaczego to ja, a nie Herman wniosłam do schroniska na Skrzyczne oraz na szczyt Klimczoka ten ciężki plecak z piwem.

Finisz wieńczy dzieło

Noc przed wyjazdem nie spałem normalnie, świadom swoich słabości śniłem o przygniatającym do ziemi ogromnym ciężarze, spod którego nie mogę się wydostać, gdy wstałem nie chciałem dopuścić do świadomości informacji, że TO JUŻ DZISIAJ!
Agnieszka przywitała mnie w "cywilnych" ciuchach ze słowami, których słyszeć bym raczej nie chciał – „boję się!”. Niestety nie podniosłem jej na duchu, bo ja też się zwyczajnie bałem.

Czego? Wielkiej niewiadomej! Uczucie bardzo irracjonalne, zakładaliśmy przecież, że jak coś nas przerośnie to, ciesząc się z podjętej próby, podejmiemy wyzwanie za rok. Tylko Hudikson zachowywał stoicki spokój. On jedyny w drużynie ukończył już Maraton rok temu, teraz więc przypadła mu rola naszego "dobrego ducha”. Znakomicie się z niej wywiązywał do ostatniej niemal chwili rozwiewając nasze wątpliwości i odpowiadając na najbardziej niedorzeczne pytania debiutantów. Aby dodać sobie odwagi deklaruje, że jak ukończę maraton to wzniosę toast komandoskim piwem.

Widział ktoś, aby Agnieszka kiedykolwiek piła piwo? Nie? No właśnie!



Rys.1 - ważenie plecaków...



W biurze sprawna rejestracja, kontrolne ważenie plecaków, i tu można było przekonać się o profesjonalizmie Hudiksona, jego garb ważył równo; 10,000 kg! mój 10,250 , a Agnieszki 10,400 , przy czym ja miałem zapakowany plecak bez możliwości zmniejszenia jego wagi, a Agnieszka usypała sobie trochę balastu i zbliżyła się go idealnej 10-tki przekraczając ją tylko nieznacznie. Może kogoś to śmieszy, bo co to jest 250 gram, 25 deko, 0,25 kg? Proponuję przekonać się o tym osobiście i pogadamy na mecie! Należy przy tym uwzględnić fakt fizycznego wzrostu ciężaru plecaka podczas biegu. Dlaczego? A gdzie magazynuje się pot spływający normalnie stróżkami po plecach ? Tak, tak, wchłania go plecak! Największą nadwagę garba na mecie miał Hudikson ! No, ale po kolei…

Plecaki po zważeniu ostatecznym i spisaniu komisyjnym wagi, lądują w specjalnej strefie startowej.

Mamy jeszcze kilka minut dla siebie, wykorzystujemy je na zapakowanie kieszeni tym, co przyda się na trasie. Zostawiamy plecaczek z prowiantem na stole depozytowym tak, aby móc skorzystać później z jego dobrodziejstw.

Odliczanie: „Osiem! Siedem! Sześć!” -w wojskowym rytmie, równiutko jak salwa honorowa – „Pięć! Cztery! Trzy!” - adrenalina kipi – „Dwa! Jeden!” - i... pooooooooooszliiiiiiiii.

Życzymy powodzenia koledze z drużyny i powolutku ruszamy, bardzo powoli. Zaraz za startem wyłapuje nas nasz ulubiony spiker Zenek, ubrany w strój ratownika górniczego wraz z kaskiem i aparatem tlenowym na plecach. Przy nawrocie obok hali sportowej zatrzymujemy się do zdjęcia, czuję się jak ktoś wyjątkowy, kilku fotoreporterów, flesze i krzyki jeszcze chwila, jeszcze jedno zdjęcie! Dobra, dobra, wystarczy; żegnamy się z Zenkiem. 42 km przed nami.

Opuszczamy miejscowość Posmyk drogą wyślizganą jak lodowisko, wraz z czwartym kilometrem kończą się zabudowania, wokół piękna zimowa sceneria uśpionego lasu i tylko sznur dziwnych plamiastych, garbatych stworów przemieszcza się systematycznie niczym wagony jednego pociągu. Raz po raz wyprzedzamy kolejne grupki lub pojedynczych zawodników, po kolejnym przywitaniu się z Kuflandią słyszymy tylko "ja to pier..lę, już z nikim nie żegnam się na trasie”.

Droga leśna jest zmrożona i całe szczęście. Moje buty taktyczne maja już chyba 12 lat i tak są wyeksploatowane i spękane, że już żadna pasta nie jest w stanie ich zaimpregnować, woda mogłaby mnie wyeliminować z biegu. Na 10 kilometrze zaczynam poważnie odczuwać ból grzbietu. Z niecierpliwością wyczekuję jakiegoś zakrętu drogi, który można by uznać za połowę połówki dystansu. Mijamy kolejne miejsca biwakowe nad leśnymi stawami, latem musi tu być pięknie!



Rys.2 - pierwsze okrążenie za nami...



Często mijają nas quady z sędziami lub fotoreporterami, właściwie nie jesteśmy sami na żadnym odcinku trasy. Znów mijamy ekipę Kuflandii, krzyczymy „bzzzziiiuuuuuummmmm!” pozujemy do głupiego zdjęcia - wszelkimi możliwymi sposobami próbujemy odgonić nieuniknione - zmęczenie i ból.

Pojawiają się kolejne ataki bólu pleców. Na 15. kilometrze uzupełniamy straty energetyczne. Wydobywam baton z dolnej kieszeni spodni i mam kłopoty z odpakowaniem. Paluchy nie są w pełni sprawne - trochę zapewne zrobiło zimno, a trochę niedokrwienie. Po krótkiej walce wyłuskuje "Cornego", nie potrafię go ugryźć, jest zamrożony! „Bzzzzziiiuuuuum!” - mija nas Kufel - pochłonięcie tego zlodowaciałego batona zajęło mi cały kilometr, na szczęście puszki izotonika miałem w górnej kieszeni- tej która znajduje się bliżej ciepłego miejsca. Zmęczony walką z batonem połykam apap i z pewną niechęcią ruszam dalej - taktycznie, zgodnie z założeniami. „Piiip-piip” - mija nas znajomy z trasy, kolejny staw, lekko pod górkę- o cholera dobrze, że tak niewiele. „Bzziiiiiuuum!” - Kufel za nami, coś dłuży się ten kilometr, „pip-piiiip” mijamy zmiennika, chyba przegapiliśmy tabliczkę z oznaczeniem kilometrów. Poprawiam paski plecaka, zaciągam pas biodrowy i znowu luzuję - szukam sposobu na pozbycie się ciężaru – bzziiuuumm - gnam do przodu. Z górki biegniemy, pod górkę idziemy, „piiip-piiip” - "cześć zmiennicy" - w pewnym zasięgu rozpoznajemy prawie wszystkich, a i my jesteśmy rozpoznawalni i nie ma co ukrywać że to dzięki Agnieszce.

Na 19. km znajome tereny: ścieżki, przez które wiedzie Bieg o Nóż Komandosa, wyliczam, że na półmetku będziemy grubo przed 3 godzinami. Przez chwilę jeszcze nie mogę w to uwierzyć - jest aż tak dobrze? Tę chwilową ekstazę urywa trzeźwe spostrzeżenie: „to nie czterdziesty, a dopiero dwudziesty kilometr”... Przy samej Silesianie mijamy się z gen Romanem Polko, on już był po przerwie, my mamy jeszcze spory kawałek. Obiecuje nam, że jak się pospieszymy to na nas zaczeka! Dobry żart!

Podbieg do mety, miało być podejście pod tą parszywą górkę, ale adrenalina zwyciężyła -biegniemy. Kolana się uginają, ale przecież na górze mamy przymusowe 2 min postoju - damy radę! Wbiegamy na półmetek, Zenek krzyczy w niebo głosy - "miravita i agnieszka pilarska" ( musimy kiedyś mu to sprostować!). Tuż za bramą znika mi ciężar z pleców. Plecaki trafiają do kontrolnego ważenia, a my pod opiekę anioła stróża z obsługi, który zajmuje się nami przez najbliższe dwie minuty, zabawia rozmową, częstuje napojami. Szukam plecaczka, w którym mamy termosy z kawą i herbatą, no i zapas jedzenia na drugie kółko. Dzielimy się prowiantem z komandosami, w kieszeni ląduje Poweraid i wio! Zenek znów krzyczy - "jestem pewny Agnieszko, że Miras doprowadzi cię na metę całą i szczęśliwą". Zenek, żebyś Ty wiedział, kto kogo prowadził! Ale dzięki Ci za to! Poczułem się zobowiązany dotrzeć na metę, dodałeś mi skrzydeł. Biegniemy.



Rys.3 - na trasie...



Śliska droga teraz roztopiona słońcem okazuje się jeszcze bardziej zdradliwa. Pod cienką warstwą wody kryje się lód, kilka razy byłem bliski przyziemienia. Nareszcie las, tu zamiast lodu breja błotno-śniegowa, stopy odjeżdżają. Na szczęście środek drogi to pas śniegu. Podbieg-marsz, podbieg-marsz, nasza taktyka skutkuje - kolejni zawodnicy pozostają w tyle. Skupienie uwagi na drodze na zachowaniu rytmu pozwala odciągnąć myśli od tego, co wisi na plecach!

Doganiamy pułkownika, sympatycznego człowieka, z którym pokonujemy kolejne kilometry, w końcu gratuluje nam taktyki i sił, pozostaje w tyle. Około 9 km drugiej pętli zapada decyzja: posiłek regeneracyjny! Nauczeni przykrym doświadczeniem już wcześniej włożyliśmy batony do rękawiczek, aby je zagrzać, dobra decyzja. Milkiway, kostka czekolady, łyk izotoniku -musi wystarczyć.

Kilometry nie chcą uciekać, mijamy coraz mniej ludzi. Intryguje mnie żołnierz poruszający się przed nami, cały czas idzie, a my nie jesteśmy w stanie go dogonić! Co jest grane? Biegnę, a Miras przechodzi do marszu, no i wszystko jasne! Nasze tempo biegu nie różni się od szybkiego marszu, to nas mobilizuje. Znów narzucamy twardy rygor, nie ma zmiłuj się, to co że boli? Jak już nie możesz to przyspiesz! Te i inne hasła mobilizują nas wzajemnie, wraca humor, choć nie odszedł jeszcze ból, pyralgina i garść śniegu i nadzieja, że będzie dobrze. "Hej doliniarze! Nie uciekajcie" - Co jest? Kto to? To woła Zawodnik z nr 11. Nawiązujemy wesołą rozmowę, cieszymy się, że jesteśmy rozpoznawalni jako doliniarze w środku lasu gdzieś w nadleśnictwie Koszęcin, pomimo maskujących mundurów. Znowu nieoczekiwany zastrzyk sił, niech ktoś mi wytłumaczy jak to działa! Kazimierz Kordziński nam ucieka, ale pozostajemy w dobrych humorach.

Tabliczka - 12 km majaczy w oddali, bardzo, bardzo powoli się przybliża, utrzymanie rygoru marsz-bieg, marsz-bieg coraz ciężej nam idzie. A jednak niebawem kolejny raz przekonujemy się, że jednak przynosi to efekt. Dopadamy Zawodnika nr 1. Spotkanie na trasie takiego Gościa jak generał Roman Polko nie jest codziennym wydarzeniem. Dziękujemy, że dotrzymał słowa i poczekał na nas. Wymieniamy jeszcze kilka uprzejmości w wojskowym stylu, Roman życzy nam powodzenia i ... pozostawiamy go za plecami. Razem z Agnieszką myślimy to samo: mały wielki człowiek! Promieniuje od niego coś fajnego, coś, co udziela się innym, a my z tego skrzętnie korzystamy i dumni z siebie jak pawie zdeptujemy następne metry coraz to cięższymi krokami. Przeganiamy Cylka, który głośno protestuje, przytaczając punkty regulaminu, gdzie mowa o zakazie wyprzedzania. Przed nami grupa z kijkami, poruszają się bardzo dynamicznie, większość mijanych przez nas osób włóczyła nogami albo była baaardzo przytłoczona garbem, a oni wyglądają świeżo, jakby robili dopiero pierwszą pętlę. Okazało się, że maja taktykę podobną do naszej tyle, że w fazach marszu pomagają sobie kijkami. I znowu nagły przypływ sił, mobilizacja, oni mogą - my też. Gdy tylko ucichły stukoty kijków nastąpiła złowroga cisza przerywana przez nasze głębokie oddechy i coraz rzadziej wypowiadane słowa. Mija nas pędzący quad, a tuż za nim karetka, ten widok nie dodaje sił a raczej odwrotnie. To czas, w którym waży się każde słowo, porozumiewanie wzrokiem zupełnie wystarcza. Drobny gest wystarcza za całe zdania, a ból i zmęczenie wylewa się oczami. To chyba ogólne otumanienie organizmu, jedyny bodziec żyjący swym życiem i tłukący się w głowie to bieg, bieg, bieg, bieg, bieg.



Rys.4 - w komplecie na mecie :-)



Z letargu wyrywa nas kolejny mijany zawodnik - Ladyslaw ze Słowacji, przesympatyczny człowiek, z którym pokonujemy pewien dystans zajęci rozmową. Po pożegnaniu Ladka, chyba resztkami sił rozpocząłem dyskusje nad sensem tego, co robimy. Powiedziałem Agnieszce, co o niej myślę, że jest największa waryjatką, jaką znam i że w ogóle wszystko przez nią itd. Agnieszka przyjęła wszystko ze stoickim spokojem, czym mnie całkowicie rozwaliła. Nie pozostało już nic innego jak kontynuować rozpoczęte kilka godzin temu dzieło wyniszczenia własnego organizmu. I tak nam zeszło, że dobiegła do nas tabliczka z 18 kilometrem!

Ucieszyłam się jak dziecko: zostały 4 km, to mniej niż moja najkrótsza treningowa pętla, meta tuż tuż! Żartem upewniam się u zabezpieczającego trasę chłopaka - daleko jeszcze? 3 km! ??? No tak, przecież 18 km 1 pętli to nie 38 km drugiej a 39 !!!!!

Następną tabliczkę, mimo iż trzeba było biec pod górkę, minęliśmy biegiem. Jeszcze długi rozciaplany kawałek brzegiem jeziora i... W kieszeni mam nadal puszkę izotonika zabranego na starcie - nie chciało się pić - ale przecież nie będę biegł z nim do mety. Wypijamy go niczym szampana, częstując wyprzedzanego strażaka, który chyba nie za bardzo kontaktował, o co chodzi. Poniżej Silesiany słyszymy jak Zenek opowiada historie doliniarzy! Dziwimy się jak on nas namierzył.

Przed nami podbieg do mety. Rezygnujemy z taktyki nakazującej pokonywać podbiegi marszem. Gnamy!

Wpadamy na metę ostatkiem sił. Ale za to z wielkim fasonem, trzymając się za ręce w geście zwycięstwa. Zenek wykrzykuje gratulacje dla Agnieszki, dla mnie, dla doliniarzy - on po prostu jest szalony. Medal od postawnego oficera i uścisk dłoni, który przeszywa mnie na wylot! Jest i Hudikson! Drużyna w komplecie!

Zenek porzucił mikrofon, ubrał się w swój strój ratownika wydobył skądś burmistrza Lublińca, dowódcę 1 Pułku Specjalnego, dyrektora Silesiany i zarządził małą konferencję prasową, przestawiając Agnieszkę, Krzycha i mnie jako promotorów biegania w Katowicach, i w ogóle tak nas chwalił, że aż mi głupio było. Przez te kilkanaście minut gęba mu się nie zamykała i jedynie burmistrz, w chwili, gdy Zenek nabierał powietrza, złożył na nasze ręce gratulacje wszystkim doliniarzom, a my obiecaliśmy, że za rok przybędziemy większą i silniejsza ekipą! Kto to powiedział?! I kto to powiedział?!

Emocje powoli opadają, przebieramy się w suche ciuchy, wysyłam MMS-y z naszym zdjęciem na mecie. Po chwili powracają z gratulacjami, czujemy się jak bohaterowie, dumni, że nie zawiedliśmy oczekiwań najbliższych.

Czas na obiad, obiad w restauracji podawany przez kelnerki: pomidorowa z makaronem, schabowy, frytki i surówka do tego piwo, dobre Tyskie lane za symboliczną złotówkę! Na jednym się nie skończyło;-), a i był obiecany przez Agnieszkę toast!

Rozpoczyna się ceremonia zakończenia, więc biegniemy na salę, przed wejściem czeka gorąca czekolada i ogromny kawał smaczystego ciasta. Sprawna dekoracja, wojskowy ład, burze oklasków, gratulacji i ..."Maraton Komandosa uważam za zamknięty"



Rys.5 - smak triumfu...



Przemieszczamy się do budynku hotelowego, instalujemy w pokoju, oceniamy straty, tzn. nabyte w walce rany: obtarte do krwi plecy Hudiksona, robią największe wrażenie, ale nie czas na płacz. Przebieramy się i po kilku minutach jesteśmy w sali restauracyjnej ze wszystkimi, którym nie spieszno do domów. Chciałoby się powiedzieć -jedna wielka rodzina. Niesamowita atmosfera. Przykulały się beczki z piwem, wystarczy podejść do rollbaru i lać! Zdjęcia, toasty. Przeżywamy od początku minione czterdzieści dwa kilometry, rozprawiamy o taktyce, planujemy następne starty. Kolejnych kilka piw, wstajemy i śpiewamy hymn: to nasi rozpoczynają bój na "Śląskim". Trudno opisać, co działo się, gdy padały bramki.

Zastanawiam się skąd w nas tyle wigoru, skąd tyle sił? Dobrze po północy wracamy do pokoju, nic nie boli, nawet spać się nie chce. Czy ja na pewno przebiegłem Maraton Komandosa? O tym zapewne przekonam się rano, gdy mózg będzie wydawał rozkazy a ciało ogłosi bunt!


agnieszka_
mirasvitas
(doliniarze.com)



Komentarze czytelników - 162podyskutuj o tym 
 

marcinmak12

Autor: marcinmak12, 2007-12-03, 13:46 napisał/-a:
Qrcze musze przyznac ze po obejrzeniu tych szystkich zdjec :D jeszcze bardziej zaluje ze mnei tam nie bylo :) ale za rok obecnosc obowiazkowa :) bo to naprawde wspanialy wyczyn dlatego Gratuluje wszystkim zarowno tym co ukonczyli jak i nie :)

 

Zulus

Autor: Zulus, 2007-12-03, 20:23 napisał/-a:
Zrobiłem pierwszą próbę w wojskowych butach i pierwsze obtarcia.No fakt,nówki,nawet nie rozchodzone,do listopada wyrobia się.Teraz następny krok,próba z plecakiem.Szkoda,że dzieciaki juz za duże,udźwigałem się ich trochę w życiu.

 

DamianSz

Autor: Damek, 2007-12-04, 08:05 napisał/-a:
no może dwoma ;-)

DOLINIARZE GÓRĄ !!!

 

Grażyna W.

Autor: Grażyna W., 2007-12-06, 00:37 napisał/-a:
Piękna sprawa sprostać takiemu wyzwaniu...gratulacje do potęgi entej :-)

 

kóla

Autor: kulbet, 2007-12-17, 13:01 napisał/-a:
i tak ma być

DOLINIARZE GÓRĄ

ps
powtażam to za Damkiem ale to myśl przewodnia klubu

 

KRIS

Autor: KRIS, 2007-12-17, 13:12 napisał/-a:
Tak, ale z rankingu wygląda, że dla Doliniarzy nie wszystko było "górą" :P

 

szwager

Autor: szwager, 2007-12-17, 13:21 napisał/-a:
"górą" może nie było , ale było "GÓRĄ"

:-)

cytując kogoś innego " każdy ma swój Everest"

 

wujasek

Autor: maxpaster, 2008-07-15, 15:21 napisał/-a:
witam czy cywile mogą brać udział w zawodach ?
i jeszcze jedno na temat sprzętu ,w przyszłym roku gdzie moge się dowiedzieć w jakich butach i z jakim plecakiem mam startować ?

 

Autor: agnieszka_, 2008-07-15, 15:26 napisał/-a:
Mogą:)

 

Prezes

Autor: Prezes, 2008-07-15, 21:25 napisał/-a:
http://www.wkbmeta.pl/mk/regulamin.htm

 



















 Ostatnio zalogowani
dejwid13
11:33
Marek P.
11:27
rlebioda
11:02
Namor 13
10:29
przystan
10:26
arco75
10:07
Madmax
09:58
golus3
09:45
miro57
09:40
BOP55
09:29
biegacz54
09:27
kirc
09:12
gawon
08:57
pckmyslowice
08:50
Bartu¶
08:32
Sebastian P.
08:31
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |