Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

Przeczytano: 2924 razy (od 2006-07-25)

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Taki zwyczajny Maraton
Autor: Jacek Karczmitowicz
Data : 2001-10-19

Pamięci mojego synka Jaśka
-od niego wszystko się zaczęło.

Nie mam zwyczaju tłoczyć się pod komunikatem z „ciepłymi wynikami”. Tym razem jakiś diablik mnie pchnął pod tablicę i... Szukałem siebie dość długo w okolicach wyniku, jaki wg mojego zegarka osiągnąłem i nie znalazłem się. W zamian, z czasem idealnie takim jak mój w pamięci stopera, znalazłem Tomka Chawawko z Dębna (wycofał się po półmetku - admin). Już odchodziłem od tablicy ale ponownie jakiś diablik kazał mi zaznajomić się z wynikami czołówki biegu. Szok. Taki wynik mi się nigdy nawet nie marzył. Byłem na pierwszej /a może drugiej/ liście!!! Ale od początku.
Start w Poznaniu był od czasu startu w Lęborku dla mnie priorytetowy. Jednak poważne przygotowania zacząłem dopiero po Pile. Dwa ostatnie tygodnie września spędziłem w Borach Tucholskich akumulując kilometry i grzyby. Potem miał być start w Warszawie. Niestety problemy rodzinne pokrzyżowały takie plany. Start w Lublińcu także wykreśliło życie z mojego terminarza. Sam byłem skłonny nie startować w Poznaniu. Niezbitym argumentem za takim zdrowo rozsądkowym podejściem był brak treningów przez ostatnie dwa tygodnie. Jak mi się wydawało /na trasie po 37km potwierdziło się/ brakowało wybiegania. Całą akumulacja z Borów przepadła bez wieści.
Do Poznania trafiłem w piątek. Popołudnie spędziłem zwiedzając Poznań. Pomimo tego, że urodziłem się nieopodal to ostatni raz byłem w Poznaniu jeszcze jak istniała ulica Armii Czerwonej. A od tego czasu zmieniło się bardzo wiele. Ale pewne rzeczy pozostały bez zmian. Poznań szczyci się, kiedyś słyszałem w lokalnym „Teleskopie”, najskuteczniejszymi Kanarami!!! Doprawdy ich chamstwo i głupota osiąga szczyty. Bo może ktoś mi powie czy dwie połówki to nie całość? Niestety wg kanarów poznańskich dwie połówki to jedynie może być litr, nigdy cały bilet. Ale Poznań to także Kultura i to przez duże K. Z rozpędu próbowałem nawet nabyć bilet na konkurs skrzypcowy im. Wieniawskiego. Niestety moje zapędy ostudziła żona do spółki z rzeczywistością biletową. Pierwsza oświadczyła, że wyprawa do teatru Wielkiego na koncert w stroju zbliżonym do dresu to nietakt. Druga poinformowała mnie, że biletów nie ma. Powetowałem sobie to zwiedzeniem w sobotę muzeum instrumentów muzycznych z ekspozycją instrumentów muzycznych jednego z trzech wielkich lutników włoskich- Guarnieri’ego.
Jeszcze w piątek przed zamknięciem stawiłem się w biurze maratonu aby problem z zapisaniem mieć już za sobą. Miałem wszakże zaświadczenie lekarskie wystawione w czerwcu od wenerologa i istniała możliwość, że poznańska skrupulatność odrzuci tak sfatygowany mój dyżurny kwit lekarski. Obawy moje były bezpodstawne, a proces zapisu przebiegł tak sprawnie, że głupio mi było tak szybko opuszczać tak miłe i serdeczne miejsce.
W sobotę odwiedziłem ponownie biuro ale tym razem z planowanym poddaniem się szałowi zakupów. Łódź w tej dziedzinie stanowi niemalże pustynie a asortyment akcesoriów przydatnych do biegania w sklepach sportowych dąży do zera! Więc skwapliwie wykorzystałem okazję jaka się nadarzyła w związku z Hansaplast Maraton Poznań. Sobotni wieczór spędziłem bardziej niż miło. Ci co mi towarzyszyli wiedzą o czym mówię a Ci co nie byli niech żałują!!!
Niedziela godzina 5:30. Ze snu wyrywa mnie ryk budzika. Po co tak wcześnie stawać? Organizatorzy w regulaminie przezornie podali czas przyjmowania własnych odżywek na 6:00-8:00. Więc żeby się doczłapać z centrum na Maltę w niedzielny poranek musiałem sobie zrobić pobudkę w godzinie pobudek rezerwistów;-))) Szczęśliwie udało mi się rozłożyć odżywki w koszach przed 8:00 i jak czas pokazał, kosze te stały jeszcze po 9:00. Więc po co organizatorzy ukradli mi 1godzinę snu? Potem obserwując to co się tam działo, podziwiałem z niemym uznaniem. Zabezpieczono zawodnikom łaźnie do przebrania się, smarowania maściami czy nawet zaspokajaniem potrzeb uprysznicowania! Torbę włożyłem do opisanego przez organizatorów worka i zdałem do szatni gdzie po biegu bez kolejki i niepotrzebnego zamieszania sprawnie mi ją wydano. Z czego wnioskuję, że panował tam naprawdę porządek. Na zewnątrz nie było potrzeby „skakania w krzaczki” bo stał szereg przenośnych toalet. Szkoda, że na trasie jednak trzeba było korzystać z „uroków bliższego kontaktu z naturą”. Start odbył się mniej więcej punktualnie.
Trasa. Przyjechałem z planem albo przebiec w czasie poniżej 3:46 / czyli pobić życiówkę o 30 minut/ albo nabić sobie minimum punktów na najrówniejszego. Rozgrzewkę zaplanowałem sobie na pierwsze 5km. Spokojnie przekroczyłem linię startu jako jeden z ostatnich. Potem sobie biegliśmy razem z panią Barbarą Gil i Jankiem. Tak było do Rynku. Rynek opuszczałem z międzyczasem trochę poniżej 6min/km. Potem przyspieszyłem. Na 10 km miałem czas trochę poniżej 55min. Wiedziałem, że długo tak nie pociągnę. Trochę zwolniłem. Zaniepokoiłem się tempem gdy zauważyłem, że pewną osobę mijam przed półmetkiem. A zauważyłem, że gdy mijam ją przed półmetkiem oznacza to skurcze zaraz potem. I tak było i tym razem. Półmetek minąłem w dobrym samopoczuciu i z czasem 1:53:??. Na rynku miałem czas 2:16 czyli znów przyspieszyłem ale czułem się wyśmienicie więc już planowałem finisz od 35km. Niestety po 28km bez żadnego ostrzeżenia dopadł mnie skurcz w mięsień dwugłowy uda. 3 minuty sterczałem obok przystanku naciągając nogę. Potem kilkadziesiąt metrów szedłem i gdy mijający mnie Tadziu Spychalski poinformował mnie, że 4 godziny poszły się ... to z przekory mu powiedziałem że to akurat jeszcze jest do zrobienia i mimo bólu który potem ustał ruszyłem dalej. Po 30 km czułem się znów dobrze tylko ta noga bolała i co jakiś czas zwalniałem. Po punkcie żywnościowym na 35,5km postanowiłem ruszyć do przodu i jak najwięcej uszczknąć z tych 4 godzin. Wszakże czułem się świetnie i noga ostatecznie odpuściła. Niestety kilka metrów po 37km złapał mnie drugi skurcz w tę samą nogę i teraz wiedziałem, że to nie przelewki, a nawet zajrzało mi widmo nie ukończenia maratonu. Nie oglądając się na czas nogę rozmasowałem, potem jeszcze harcerz mi to jeszcze poprawił i rezygnując z biegu marszem podążałem w kierunku mety. Po drodze spotkałem kompana z „Lublinieckiej METY” który borykał się ze skurczem łydki więc razem pokuśtykaliśmy do przodu. Ostatni kilometr próbowaliśmy biec ale skurcze wracały więc bieg ponowiliśmy dopiero przed zbiegiem do mety. Metę osiągnęliśmy w dobrych nastrojach i całkiem już zdrowi. Potem kierując się w stronę szatni zdarzyło mi się dać autograf. Chłopak się chyba pomylił, dotychczas trochę starsze chłopaki cenią sobie mój podpis. Ale to już całkiem inna historia.
Tak jak wyżej wspomniałem wydanie depozytów przebiegało sprawnie, a do prysznicy nie było kolejek!
Maraton poznański jest już organizacyjnie w Europie. Zorganizowany jest perfekcyjnie. Brak kibiców na trasie zostanie z biegiem czasu, wraz z wrośnięciem imprezy w życie Poznania, wspomnieniem. Nie znajduje prawie żadnych powodów do krytyki. Prawie. Jeśli czytający te słowa w tej chwili pomyśli, że się

uczepię tematu „chip-show” to jest w błędzie. Jedynym nie przemyślnym rozwiązaniem było umieszczenie na rynku punktów żywnościowych. Bieg po kostce nie jest przyjemny ale można się przemęczyć. Piękno starówki i Ratusza Poznańskiego pewnie by przysłoniło ten niedostatek, ale bieg po mokrej kostce po 5km jest uciążliwy. Niestety bieg po mokrej kostce i po skórkach bananowych gdy ma się w nogach 25km jest niebezpieczny i żaden, nawet najpiękniejszy widok nie jest w stanie odwrócić od tego faktu uwagi. Kogo uwaga skierowała się na cokolwiek innego, ten ryzykował zdrowiem. Moim zdaniem organizatorzy powinni jakoś ten mankament dopracować. Np. rozmieścić stoły przy wylocie z rynku. Zdaję sobie sprawę z atrakcyjności dla kibiców, widowiska jakim jest pobieranie napojów przez maratończyków. Zdrowie jednak jest wartością nadrzędną.
Czasami wydaje mi się, że to był sen. Jednak ból lewego uda i prawego śródstopia wskazuje niezbicie, że ja tam byłem i ślizgałem się po kocich łbach na rynku. Imprezę tą zorganizowano w pełni profesjonalnie. Jeżeli miałbym określić ten profesjonalizm jakimś przymiotnikiem to byłby to „chłodny”. Tak jak mistrz Guarnieri do produkcji skrzypiec, z chłodnej kalkulacji używał takich a nie innych gatunków drewna, następnie poddając je zmyślnym procesom technologicznym które do dnia dzisiejszego pozostają tajemnicą wytwarzał instrumenty będące wzorcem dla dzisiejszych lutników. Tak Hansaplast Maraton Poznań powinien być wzorcem dla organizatorów imprez biegowych w Polsce. Myślę, że problem frekwencji wówczas sam by się rozwiązał. Osobiście milej wspominam maraton w Lęborku- może dlatego, że to był pierwszy raz. Jednak w kategoriach bezwzględnych Hansaplast Maraton jest nr 1 wśród wszystkich imprez w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. A dlaczego milej wspominam Lębork?
Ostatecznie mistrz Guarnieri był geniuszem lutniczym, ale jeszcze istniały pracownie lutnicze Amanti’ego i Stradivardi’ego.

Jacek KARCZMITOWICZ
morito@obywatel.pl
Zgierz 17.10.2001r.



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał



















 Ostatnio zalogowani
entony52
20:52
marczy
20:50
zulek
20:50
Pawel_Wu
19:23
Jarek42
18:50
czewis3
18:48
creas
18:03
paulina82
18:00
crespo9077
17:52
CZARNA STRZAŁA
17:32
kasjer
17:15
Maciej
16:52
ona
16:48
Ryszard
15:44
BULEE
15:42
eldorox
15:41
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |